Subskrybuj

Równość pochyła

Obietnice tolerancji dla religijnego sprzeciwu wobec homoseksualizmu, które zostały udzielone w brytyjskiej debacie parlamentarnej na temat związków partnerskich, okazały się w wielu przypadkach pustosłowiem. Najbardziej jaskrawym przykładem była historia katolickich ośrodków adopcyjnych, które w kwietniu 2007 r. dostały 21-miesięczne ultimatum na zmianę swoich wewnętrznych przepisów tak, aby o adopcje mogły się u nich ubiegać pary pozamałżeńskie, w tym jednopłciowe.

Poszerzanie praw osób homoseksualnych w Wielkiej Brytanii w ostatniej dekadzie zbiegło się w czasie z postępującą marginalizacją chrześcijaństwa w tym kraju. Wielu chrześcijan uważa, że pierwszy proces prowadzi do drugiego albo przynajmniej to drugie zjawisko przyspiesza. Były zwierzchnik Kościoła anglikańskiego George Carey mówi wprost, że za przyjętym przez Izbę Gmin w lutym projektem małżeństw jednopłciowych kryje się agresywna świecka agenda. Równość praw dla odmiennych orientacji seksualnych brytyjskim chrześcijanom jawi się bardziej jako równia pochyła, po której sami zaczynają się staczać.

Ten dramatyczny ton może zaskakiwać w kraju, w którym anglikanizm jest nadal religią państwową. Pokazuje jednak także skalę problemów, z którymi przychodzi się borykać brytyjskim chrześcijanom. Według najnowszego sondażu przeprowadzonego przez firmę ComRes dwie trzecie z nich uważa się za prześladowaną mniejszość. Rodzi się pytanie, dlaczego właśnie emancypacja homoseksualistów wywołuje to poczucie zagrożenia. Czy poszerzanie praw tej społeczności musi koniecznie jakoś ograniczać swobody religijne?

W lutym 2012 r. grupa Chrześcijanie w Parlamencie (Christians in Parliament), skupiająca posłów i lordów z trzech głównych partii i należących do różnych Kościołów, przeprowadziła dochodzenie w sprawie stanu chrześcijańskich praw w Wielkiej Brytanii. W opublikowanym raporcie autorzy co prawda odrzucili tezę o prześladowaniach chrześcijan, niemniej jednak ostrzegli, że przestrzeń dla wyrażania przekonań religijnych dramatycznie się skurczyła, obarczając za to winą zmiany społeczne i prawne w ostatnich latach. Bliżej opisał ten proces jeden z przesłuchanych przez parlamentarzystów świadków, Dan Boucher, z organizacji charytatywnej CARE. Jego zdaniem przestrzeń swobód religijnych zawężają nie tylko restrykcyjne przepisy np. kodeksu pracy, ale także wpływa na to konflikt pomiędzy prawami orientacji seksualnych, z jednej, a wolnością religijną, z drugiej strony. Według Bouchera ten konflikt prowadzi nie tylko do spychania chrześcijańskiej wizji etyki seksualnej do sfery prywatnej, ale także – w sferze publicznej – prowadzi do stawiania chrześcijan pod przysłowiową ścianą, czyli do zmuszania ich do wyboru pomiędzy nową państwową ortodoksją, a np. utratą pracy czy licencji.

Nietolerancja dotyka zarówno osób indywidualnych, jak i zbiorowej aktywności świeckich. Dotyka także innych religii, w tym islamu. Islam jest przypadkiem szczególnym i drażliwym: media, niezwlekające z krytyką całego Kościoła katolickiego w przypadku grzechu księdza, nie przejawiają podobnego instynktu generalizacji w przypadku antypaństwowych zapędów ekstremistycznego, lokalnego imama. Powszechna brytyjska tolerancja wobec nakryć głowy muzułmańskich dziewcząt i kobiet, nawet w szkołach, instytucjach państwowych czy prywatnych firmach, nie zawsze znajduje odbicie w stosunku tychże placówek do symboli wiary chrześcijańskiej. Wreszcie islam, podobnie jak inne religie przeniesione na grunt brytyjski przez relatywnie niedawne, postkolonialne fale imigranckie, nie stanowi centralnego obiektu ataków „agresywnego sekularyzmu”. Kluczowym celem tej nagonki jest chrześcijaństwo, w każdej postaci, bez względu na to, czy broni swoich prawd wiary, czy też służy dobru ludzi spoza swoich „szeregów”, a zatem dobru publicznemu. Kiedy pielęgniarka oferuje pacjentce, że się za nią pomodli i zostaje za to dyscyplinarnie zawieszona, jak baptystka Caroline Petrie w zachodniej Anglii w 2009 r., to znaczy, że Rubikon został już przekroczony.

Wspomniana wyżej nietolerancja odnosi się do wszelkich przejawów realnego, domniemanego, a często wyimaginowanego konfliktu pomiędzy religią i prawem. Ma ona źródła – jak wskazują w swoim raporcie chrześcijańscy posłowie i lordowie – w powszechnym religijnym analfabetyzmie i jest podsycana przez podobnie ignoranckie przedstawianie problemów wokółreligijnych przez media. Najjaskrawszym jej przejawem jest całkowita dezaprobata czy wręcz tępienie chrześcijańskiego rozumienia instytucji i sakramentu małżeństwa jako wyjątkowego i wyłącznego związku jednej kobiety i jednego mężczyzny. Za narzędzie służy tu ustawa o związkach partnerskich i ustawa o równości z jej przepisami wykonawczymi. Jest to jednak tylko przygrywka przed aktem końcowym.

Pomimo protestów Kościołów różnych wyznań i ogólnonarodowej petycji, podpisanej przez 650 tys. obywateli, brytyjska Izba Gmin, stosunkiem głosów 400 do 175, przyjęła na początku lutego nowy projekt ustawy, znoszący wyłączność małżeństwa dla par płci przeciwnej. Projekt, zgłoszony przez konserwatywny rząd premiera Davida Camerona, trafił do Izby Lordów, która ma się nim zająć w najbliższych miesiącach. Oznacza to, że ustawa nie została jeszcze uchwalona i może być poprawiona, ale jej ostateczna aprobata jest wysoce prawdopodobna, o ile nie przesądzona.

Konfrontacja wartości

Proces przyznawania praw małżeńskich parom homoseksualnym w różnych krajach świata, od Argentyny po Nową Zelandię, postępuje bezustannie, choć skokowo, i można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z nieodwoływalną, zdeterminowaną ewolucją, która – prędzej czy później – doprowadzi do ujednolicenia prawa w całym demokratycznym świecie.

W Wielkiej Brytanii adwokaci legalizacji małżeństw jednopłciowych chętnie prezentują swoją kampanię w tych właśnie kategoriach: cywilizacyjnego postępu; kolejnego logicznego i moralnie niepodważalnego kroku, po zniesieniu niewolnictwa, politycznej emancypacji kobiet czy abolicji segregacji i dyskryminacji rasowej. W tym kontekście opozycja jawi się jako wyrazicielka uprzedzeń i zabobonu, wywołując proporcjonalnie ostre kontrreakcje: potępienie, pogardę, czy – w skrajnych przypadkach – wręcz agresję. Odbiorcami najgorszych przykładów nienawistnej korespondencji byli oponenci nowej ustawy: konserwatywny poseł David Burrowes i anglikański arcybiskup Yorku, John Sentamu.

Warto pamiętać, że taki jest społeczny i polityczny kontekst reformy prawa w Wielkiej Brytanii, postępującej stopniowo od czasu obniżenia wieku legalnych aktów homoseksualnych, i wprowadzenia adopcji przez konkubinaty w 2002 r. Ta zmiana prawna otworzyła drogę do adopcji również dla par homoseksualnych, tym samym oficjalnie nadając im status instytucji społecznie użytecznych. Z jednej strony reformy wspierają główne partie polityczne, prawie wszystkie media, i – według niektórych sondaży, krytykowanych za uprzedzenia – większość społeczeństwa, w tym wyraźna większość młodszego pokolenia. Z drugiej zaś strony – jak to sugerują zwolennicy zmian – rywalami są starsi wiekiem reprezentanci Kościołów chrześcijańskich, którzy bronią rzekomo straconego i moralnie skompromitowanego stanowiska.

Według rzecznika Koalicji na rzecz Małżeństw, grupy lobbingowej, która powstała, aby wyrazić społeczny głos sprzeciwu wobec zmiany w prawie małżeńskim i która zorganizowała petycję w obronie małżeństwa, rząd w Londynie niesłusznie odwołuje się do tego stereotypu przeciwnika reformy: starszego chrześcijanina z klasy średniej. Jak powiedział mi Andrew Collinson, wśród 650 tys. dotychczasowych sygnatariuszy petycji w obronie status quo, znaczną grupę stanowią muzułmanie, sikhowie czy ateiści; generalnie ludzie reprezentujący przekrój grup wiekowych i dochodowych. Politycznym wyrazicielem opinii przeciwników reformy jest połowa konserwatywnych parlamentarzystów, niezgadzających się z oficjalną linią partii; dalej protestancka partia z Ulsteru, i wreszcie pojedynczy posłowie z pozostałych stronnictw w Izbie Gmin.

Jeszcze we wczesnych latach 90. publiczne dyskusje w brytyjskim radiu i telewizji na temat praw gejów często prowadziły do sporów pomiędzy ich uczestnikami na temat akceptowalności samego homoseksualizmu. W pewnym momencie, na początku ubiegłej dekady, ton debaty dramatycznie się zmienił. Moralna dezaprobata homoseksualizmu, choćby z autentycznych pobudek religijnych, praktycznie zniknęła z publicznego dyskursu, a pojedyncze głosy sprzeciwu spotykają się odtąd z wyrażanym głośno oburzeniem, i automatycznym przypinaniem łatki „homofoba” – terminu, który szybko zyskał status i wydźwięk równy „rasiście” czy „antysemicie”.

Nowa era i represje

Istotna cezurę stanowią dwa akty prawne uchwalone w niewielkim odstępie czasu: ustawa o jednopłciowych związkach partnerskich z 2004 r. i ustawa o równości z 2006. Pierwsza unormowała homoseksualne związki cywilne, nadając im nie tylko formę prawną, ale ostatecznie uznając ich de facto równość związkom małżeńskim, we wszystkim oprócz nazwy. Druga wprowadziła szereg szczegółowych zapisów, gwarantujących równe traktowanie m.in. osób o odmiennej orientacji płciowej w życiu zawodowym i prywatnym, w administracji państwowej, w usługach czy w stowarzyszeniach. Jej zasięg poważnie ograniczył obszary życia społecznego, gdzie homoseksualizm byłby w jakikolwiek sposób izolowany, ganiony czy dyskryminowany. Jednym słowem: organizacji religijnych.

Przyjrzyjmy się na moment pierwszej z reform. W przeciwieństwie do odrzuconych w Polsce projektów ustaw o związkach partnerskich osób tej samej i przeciwnej płci, w Anglii i Walii związki te stworzono tylko dla homoseksualistów. Związki partnerskie zrównały przywileje homoseksualnych par z małżeńskimi, dając tym pierwszym pełne prawa majątkowe i spadkowe, włącznie z wypłatą ubezpieczenia na życie w wypadku śmierci partnera; prawa rodzicielskie obejmujące dzieci partnera czy partnerki z wcześniejszych związków; prawo do przyjęcia lub dodania nazwiska partnera itd. Nowe związki zostały zaprezentowane w czasie ówczesnej debaty parlamentarnej jako kompromis pomiędzy nową tendencją i tradycją. Ta interpretacja doprowadziła to złagodzenia oporów niektórych posłów konserwatywnych, ale nie zmieniła opinii przedstawicieli największych religii na Wyspach, którzy ostrzegali, że jest to tylko krok na drodze do dekonstrukcji małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety.

Niepokój hierarchów kościelnych był uzasadniony, ponieważ obietnice i gwarancje tolerancji dla religijnego sprzeciwu wobec homoseksualizmu, które zostały udzielone lub zasugerowane w debacie parlamentarnej na temat związków partnerskich, okazały się w wielu przypadkach pustosłowiem. Ustawa o równości z 2006 r., a zwłaszcza jej przepisy wykonawcze z 2007 r. nie pozostawiły wątpliwości co do konieczności podporządkowania się obowiązującej linii. Najbardziej jaskrawym przykładem była historia katolickich ośrodków adopcyjnych, które w kwietniu 2007 r. dostały 21-miesięczne ultimatum na zmianę swoich wewnętrznych przepisów tak, aby o adopcje mogły się u nich ubiegać pary pozamałżeńskie, w tym jednopłciowe. Państwo nie odwoływało się do szantażu finansowego, ponieważ ośrodki te nie otrzymywały pieniędzy budżetowych, utrzymując się wyłącznie z datków i dotacji Kościoła katolickiego. Jedyną groźbą, jaką użyto, było to, że dalsze dyskryminowanie w świadczeniu usług równałoby się z łamaniem prawa, co pociągnęłoby za sobą przymusową likwidację.
Po próbie kontestacji tego nakazu i bezskutecznym odwoływaniu się do paragrafu w ustawie, który teoretycznie gwarantuje możliwość utrzymania ograniczonej dyskryminacji orientacji seksualnej w uzasadnionych przypadkach, 12 agencji zaprzestało działalności adopcyjnej, przekształcając się w świeckie biura, podporządkowane literze ustawy, lub poświęcając się innej działalności społecznej. Do 2010 r. z ustawą walczyła agencja Catholic Care z diecezji w Leeds w północnej Anglii, która zajmowała się adopcją od 140 lat. Jednym z jej argumentów było to, że prowadziła adopcje dzieci trudnych, odrzuconych we wcześniejszych próbach adopcyjnych w państwowych instytucjach, do których mogli się także zgłaszać geje. W Szkocji, jeden z dwóch tamtejszych katolickich ośrodków adopcyjnych, St. Andrews Children’s Society w Edynburgu, dał za wygraną i zerwał formalne więzy z Kościołem, aby kontynuować działalność już jako organizacja niekatolicka. Ostatni przyczółek, St.Margaret’s Centre w Glasgow, nadal prowadzi walkę o prawo do działania pod katolickim szyldem, w wierności nauce Kościoła. Do tego przypadku wrócimy poniżej. Organizacje kościelne próbowały argumentować, że działalność ośrodków, kierujących swoją ofertę wyłącznie do par małżeńskich, jest dopuszczalna w świetle ustawy o równości. Opiera się bowiem na nauce Kościoła, a zatem spełnia warunki zawartego w ustawie wyjątku, który gwarantuje im wolność religijną. Dyskryminacja płciowa nadal przecież w pewnych wypadkach jest tolerowana i jest legalna; np. żeńskie klasztory mają prawo dyskryminować męskich kandydatów. Trudniejszym zadaniem okazało się argumentowanie prawa do uszanowania przekonań religijnych jednostek funkcjonujących w życiu społecznym, zwłaszcza w instytucjach publicznych. Urzędniczka udzielająca ślubów w urzędzie stanu cywilnego w londyńskiej dzielnicy Islington, Lillian Ladele, popadła w konflikt ze swoim pracodawcą…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy rodzice mogą być tej samej płci?