Subskrybuj

Dziś akurat nikt nie umarł

Od początku wojny domowej w Syrii ochronę w Polsce znalazło 24 syryjskich uchodźców. Wielu wciąż czeka na decyzję polskich władz. Każdy ma nadzieję, że kiedyś wróci do ojczyzny, i drży o bliskich, którym nie udało się uciec.

Na stole leżą hummus, jogurt z czarnuszką i oliwą, placki pita. Wokół siedzą Mohamad i Rabha z dziećmi – Liną, Aminem i najstarszą córką Lamą. W Polsce są od 4 miesięcy. Starają się podtrzymać drobne zwyczaje z Syrii. Kilka razy dziennie obowiązkowo w ruch idzie herbata z cukrem. Ta polska może nie taka – torebki zanurzone w kubkach z ciemnego szkła nijak nie przypominają aromatycznego napoju w małych przezroczystych szklaneczkach. Jednak nie to przeszkadza najbardziej rodzinie. W ośrodku dla uchodźców w Dębaku (27 km od Warszawy) są jedynymi Arabami. Wokół Czeczeni i Gruzini, ich najwięcej stara się o azyl. Rodzina Syryjczyków nie zna angielskiego. Najstarsza, dziewiętnastoletnia Lama powie hello i goodbye, Mohamadowi plącze się kilka słów po czesku z czasów, gdy pracował na budowie w Brnie. Na dokładkę dorzuci dwa zwroty po rosyjsku podłapane od Czeczenów. Do rozmów z personelem ośrodka lub lekarzem nie wystarczy. Na lekcje polskiego nie ma co iść, bo prowadzone są po rosyjsku lub angielsku. Lama zapisała się na kurs w Warszawie, tam uczą po arabsku. – Niedługo stanę się nauczycielką dla całej rodziny – mówi.

Dom

Najstarszy syn Mohamada i Rabhy ożenił się niedawno z Polką i przysłał rodzinie zaproszenie. Przyjechali wszyscy na początku 2013 r. Odwiedzili syna w Krakowie i po kilku dniach pojechali do Warszawy złożyć wniosek o status uchodźcy. Dziękują losowi, że są już bezpieczni. Rodzina pochodzi z obrzeży Damaszku, gdzie przecinały się dwie linie frontu. W ich miejscowości stacjonowały wojska opozycyjne, regularnie szturmowane przez siły Asada. Do domu Rabhyi Mohamada mogli zastukać żołnierze z jednego lub drugiego obozu – w obu przypadkach rodzinie groziła śmierć. Rabha jest izmailitką, a Mohamad sunnitą, który służył w armii syryjskiej, gdy reżim nie zwalczał tak ostro większości sunnickiej. Na osiedlu w sąsiedniej dzielnicy wybito mieszkańców całego bloku. Codziennie ktoś ginął. Rabha i Mohamad najpierw zdecydowali się na wyjazd do regionu Hama. Tam mieli czas, by na spokojnie zaplanować ucieczkę z Syrii. Pojechali taksówką do Jordanii, w drodze przydały im się legitymacje z pracy – Rabha była nauczycielką wuefu, Mohamad wciąż miał dokument z wojska. Solidne rządowe posady, które miały znaczenie już tylko na papierze.

Strach po raz pierwszy

Z Syrii udało się uciec prawie całej rodzinie Mohamada i Rabhy. Zostali tylko dalecy krewni. Jedynym zmartwieniem jest dziś dla nich to, jak sobie poradzą po otrzymaniu statusu uchodźcy. Środki z rocznego programu integracyjnego nie starczą na utrzymanie pięcioosobowej rodziny (maksymalnie 600 zł miesięcznie na głowę). – Jak tu znaleźć pracę bez dobrej znajomości polskiego? – zastanawia się przerażony Mohamad.

O dalszym losie w Polsce nie mają czasu myśleć Abu i Om Hasan. Oboje są mocno po sześćdziesiątce. Nauczycielka arabskiego i emerytowany inżynier w syryjskich siłach powietrznych. Powinni teraz wychowywać wnuki. Ich rodzina rozdarta jest między Syrią, Polską i Niemcami. Jedna wnuczka w drodze – córka Fatima mieszkająca w Berlinie jest w szóstym miesiącu ciąży. Om Hasan marzy o tym, aby pojechać do niej i jej pomóc. Dopóki nie dostanie decyzji od polskich władz, nie może jednak wyjechać z Polski. Razem z mężem na decyzję z Urzędu ds. Cudzoziemców czekają już siedem miesięcy.

Om Hasan pokazuje zdjęcie dwóch wnuczek, które zostały w Syrii. Niedawno urodziła się mała Amira. Na zdjęciu w telefonie uśmiecha się dwumiesięczny berbeć. Om Hasan wybucha płaczem. Trzęsie się ze strachu o losy dwóch synów i ich rodzin, które zostały w kraju. Starszy syn Ahmed nie może wyjechać z Damaszku, bo nie ma paszportu dla niedawno narodzonej córeczki. Żona młodszego Yusufa nie chce zostawić swojej rodziny. Obaj mieszkają w Damaszku. Ahmed żyje w tym samym budynku co jego rodziceprzed ucieczką. Niedaleko ich bloku jest góra, na której stacjonują wojska syryjskie. Często zrzucają rakiety. Budynek dygocze jak podczas trzęsienia ziemi. Ahmed, żeby dostać dwa kilo chleba dla rodziny, ustawia się w kolejce do piekarni o pierwszej w nocy i czeka na swój przydział po 5–6 godzin. To bardzo niebezpieczne, bo nocą po mieście grasują różne grupy rebeliantów i przestępców. W ciszy i strachu ludzie czekają na chleb.

Abu i Om Hasan codziennie rozmawiają z rodziną przez telefon. Tydzień temu znajoma z osiedla poszła z synem odwiedzić na chwilę sąsiadkę – w jej mieszkanie uderzyła rakieta. Wszyscy zginęli. Kuzynka Abu Hasana od życia w ciągłym strachu dostała raka. Krzepka kobieta, która przez całe życie na nic nie chorowała. Tak mniej więcej brzmi cotygodniowy bilans. Syryjczycy czekają na dzień, gdy usłyszą w słuchawce, że dziś akurat nikt nie umarł.

Syryjczycy uciekli z Damaszku, gdy w okolicy żołnierze Asada zaczęli pukać do drzwi. Gdyby dowiedzieli się, że Abu Hasan, sunnita, pracował kiedyś jako inżynier w syryjskich siłach powietrznych, byłoby po nim. Dyskryminacja rządzącej mniejszości alawickiej wobec sunnitów zaostrzyła się wraz z postępującą rewolucją. Abu Hasan już i tak raz otarł się o śmierć. Gdy wszedł na dach budynku, żeby sprawdzić stan zbiornika z wodą (każde mieszkanie ma swój), strzelił do niego snajper. Chybił. Tydzień później Hasanowie siedzieli w taksówce prowadzonej przez zaprzyjaźnionego kierowcę. Wydostali się z Syrii dzięki łapówkom. Podczas ucieczki, niedaleko granicy z Jordanią, ostrzeżono ich, żeby nie jechali dalej. Niedaleko grasowały grupy szabrowników, którzy okradali i strzelali do uciekinierów. Po raz kolejny otarli się o śmierć.

Abu i Om Hasan nie planowali jechać do Polski. Chcieli dostać się do Niemiec, do córki. Łatwiej było jednak dostać polską wizę. Pomyśleli: byle dostać się do strefy Schengen. Jak większość uchodźców nie znali procedury Dublin II, według której można starać się o azyl tylko w pierwszym kraju Unii, którego granicę się przekroczyło. Dowiedzieli się o tym dopiero od innych uchodźców w ośrodku w Dębaku. Nie ma dnia, żeby nie przywozili Czeczenów i Gruzinów z deportacji. Niektórym udało się pożyć na Zachodzie miesiąc, nielicznych złapali dopiero po pół roku. Ich zachodni sen kończy się w Dębaku. – Przez tych z deportu wciąż zmieniali się ludzie w ośrodku. Nigdy nie wiedzieliśmy, kto kręci się po korytarzu – mówi Om Hasan.

Małżeństwo szybko zdecydowało się wyprowadzić„ na prywatę”. Mieszka kilka kilometrów dalej w Otrębusach. Wynajmuje mieszkanie wspólnie z Ukrainką. – Jest ciężko ze względu na barierę językową, my nie mówimy po polsku, a ona duka po angielsku. – dodaje Abu Hasan. – Ale przynajmniej możemy gotować po swojemu. Ile można jeść ziemniaki w ośrodku?

Marzą o tym, by normalnie żyć, zobaczyć rodzinę. Jeśli dostaną status uchodźcy, od razu postarają się ściągnąć do Polski synów. Teraz życie w Syrii to jak palenie papierosów na stacji benzynowej.

Strach po raz drugiŚciągnąć rodzinę do Polski chce też Dilger, 29-letni Kurd z Aleppo. Z rodzicami nie ma jednak…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jezus Żydów