Czy mieć dziecko? To jedno z najmłodszych egzystencjalnych pytań ludzkości, jakkolwiek dziwacznie to brzmi. Kiedyś się nie pojawiało, a jeśli już, to w ściśle ograniczonym kontekście: wyboru drogi życiowej wiążącej się ze wstrzemięźliwością seksualną lub trudnymi warunkami życia, które taką wstrzemięźliwość czyniły wskazaną. A i w takich okolicznościach obecność tego pytania jest nader ograniczona, o czym najlepiej być może świadczy to, że wiele dzieci rodziło się i rodzi w czasie wojny czy w skrajnej biedzie. Dla wielu ludzi na świecie pytanie to nadal nie istnieje. Dzieci po prostu pojawiają się lub nie – to kwestia losu, naturalnego biegu rzeczy.
Mimo to ranga i wydźwięk wspomnianego pytania uległy diametralnej zmianie, z peryferii ludzkich dylematów przenosząc je w centrum tego, co szumnie zwie się kondycją ludzką. Kiedy to się stało? Po raz pierwszy wraz z powstaniem pigułki antykoncepcyjnej, która oddzieliła współżycie seksualne od płodzenia dzieci. Po raz drugi wraz z rozwojem medycyny i pojawieniem się możliwości sztucznego zapłodnienia, które płodzenie dzieci oddzieliło od aktu seksualnego. Ogromny postęp w wiedzy na temat początków życia, który dokonał się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat,sprawił, że pytanie to przestało być kwestią marginalną i niesamoistną. Dziś pada ono tam, gdzie wcześniej nigdy by się nie pojawiło. Tam, czyli gdzie?
Rodzice wczoraj i dziś
Przede wszystkim u tych osób, które kiedyś po prostu zostawały rodzicami, którym dziecko „przydarzało się”, w jak najbardziej pozytywnym sensie tego słowa, jako konsekwencja wspólnego życia. A więc pośród kobiet i mężczyzn żyjących ze sobą w trwałych związkach. Dziś powszechne wśród przeważającej ilości par pytanie: „Kiedy zdecydować się na dziecko?”, poprzedza coraz częściej to bardziej fundamentalne: „Czy w ogóle je mieć?”. Ale to możliwość postawienia tego pierwszego wywołała to drugie, nie odwrotnie. Skoro bowiem możemy kontrolować poczęcie, decydować o tym, kiedy ma do niego dojść, to znaczy, że jesteśmy za nie odpowiedzialni, że leży ono w naszych rękach. I już samo to – możliwość wyboru – czyni decyzję o poczęciu dziecka trudniejszą. Nie jest już ono czymś oczywistym, naturalnym, czymś nieuchronnym (przynajmniej nie w takim stopniu jak kiedyś), lecz – jak każda decyzja – potrzebuje uzasadnień. To jednak nie sama możliwość wyboru przesądza o tym, że pozytywna odpowiedź na pytanie o to, czy mieć dziecko, coraz częściej musi mierzyć się ze swoim przeciwieństwem. W pewnym sensie możliwość ta istniała bowiem zawsze. Co innego wcześniej jednak oznaczała i z innego rodzaju odpowiedzialnością się wiązała. Można było zdecydować się na nieposiadanie dziecka, ale wymagało to dużego wysiłku, pociągało za sobą zmianę życia, obranie takiej jego formy, która odróżniała się od formy życia większości ludzi. Zazwyczaj decyzja o nieposiadaniu dziecka nie była podejmowana ze względu na nią samą, lecz podporządkowana innej, ważniejszej sprawie, która przesądzała o słuszności dobrowolnie obranej bezdzietności i w pewnym sensie ją usprawiedliwiała. Dziś bezdzietność nie potrzebuje takich zewnętrznych uzasadnień lub potrzebuje ich coraz mniej. To posiadanie dzieci, a nie rezygnacja z nich, wydaje się wielkim życiowym wyzwaniem, które jeśli się go nie zarzuca w ogóle, to co najmniej odkłada coraz bardziej w czasie.
Koncepcja antynaturalna
Dlaczego? Powodów jest wiele, i to różnorakich. Jednym z najważniejszych jest z pewnością przełom kulturowy, któremu w latach 60. rozpędu nadało wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej. Bezdzietność stała się łatwiejsza i niejako bardziej „naturalna”, od kiedy nie wymaga wstrzemięźliwości seksualnej. Nawet nie uciekając się do sztucznej antykoncepcji, przy obecnej i coraz bardziej powszechnej wiedzy na temat cyklu owulacyjnego kobiety oraz procesu zapłodnienia, a także przy równoczesnej większej akceptacji dla innych form współżycia seksualnego niż tylko stosunek dopochwowy, uniknięcie poczęcia nie wiąże się z tak dużymi jak niegdyś „kosztami”, nie wymaga zmiany życia i całkowitej rezygnacji z realizacji potrzeby bliskości fizycznej. Dziś to bezdzietność jest niejako „naturalnym” stanem wyjściowym żyjących ze sobą mężczyzn i kobiet. Dziecko zaś świadomym tego stanu przełamaniem. Na pewno istnieje pewien nacisk społeczny (głównie ze strony rodziny, starszego pokolenia), by młodzi ludzie, osiągnąwszy pewien status społeczny, stabilność finansową, na dziecko się zdecydowali. Ale niepodejmowanie tej decyzji i odwlekanie jej w czasie nie wiąże się z ostracyzmem. Co prawda, życie bez dzieci wciąż nierzadko określa się jako egoistyczne i jałowe, bo nieprzekazujące życia dalej, oraz jako niepełne, bo pozbawione doświadczenia macierzyństwa czy ojcostwa, ale coraz większa jest także świadomość tego, że nie inne pobudki niż egoistyczne ku rodzicielstwu w dużej mierze popychają. Nade wszystko jednak zmienia się kultura, w której żyjemy, i przewartościowaniu ulegają role życiowe. Już samo pozostawanie w związku, nie wspominając o znaczącej dywersyfikacji sposobów, na jakie ludzie dziś ze sobą są, nie jest tak silnym jak niegdyś składnikiem poczucia własnej wartości. Bycie rodzicem przestaje być rolą uprzywilejowaną. Jest tylko jedną z wielu ról, które człowiek powinien w swoim życiu umiejętnie ze sobą łączyć.
Przede wszystkim jednak spojrzenie na rodzicielstwo jako na pewną życiową rolę, którą się dobrowolnie podejmuje, nie zaś jako na sferę życiowej konieczności, czyni coraz silniejszym przeświadczenie, że dziecko nie powinno się w życiu tak po prostu przydarzyć, jego pojawienie się na tym świecie nie powinno być kwestią przypadku, zrządzenia losu, a „przydarzanie się”, jakkolwiek pozytywnie by na nie spojrzeć, element przypadkowości w sobie niesie. Narodziny wciąż bywają odczuwane jako błogosławieństwo i dar Boga, ale nie powinny, niezapowiedziane, spadać z nieba, bez przygotowania ze strony rodziców. Rosnąca nieufność wobec „przydarzania się” dziecka wynika z coraz dogłębniej uświadamianej sobieza nie odpowiedzialności. Ale też odpowiedzialność ta poszerza się o coraz to nowe aspekty. Nie ogranicza się tylko do tego, by dziecko, gdy już się pojawi, było chciane, nawet jeśli nie było wcześniej planowane. Skoro możemy kontrolować poczęcie, to powinno się ono wydarzyć w odpowiednim momencie naszego życia. Przede wszystkim wtedy gdy na dziecko nas stać. I nie chodzi tylko o zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych, ale stworzenie mu materialnych warunków na satysfakcjonujące życie, którego standardy stają się coraz bardziej wyśrubowane (dziś obejmują one na pewno także dobrą edukację oraz możliwość rozwoju pasji i zainteresowań).
Nie tylko aspekt materialny jest ważny, a bycie dobrym, odpowiedzialnym rodzicem do niego się nie ogranicza. Trzeba być także osobą dojrzałą psychicznie, świadomą swoich mocnych i słabych stron, sposobów działania, znać główne filary swojej konstytucji psychicznej i umieć choć w pewnej mierze ocenić, czy będzie się potrafiło zapewnić dziecku także w tym aspekcie warunki do szczęśliwego życia, czy uda nam się z nim stworzyć dobrą i zdrową, wielowymiarową relację, wykraczającą poza same tylko instynkty przywiązania. To niepewność co do podołania temu właśnie aspektowi rodzicielstwa sprawia, że pozytywna odpowiedź na pytanie, czy mieć dziecko, staje się dla wielu ludzi coraz bardziej problematyczna. Tym bardziej że doświadczenie ich własnej relacji z rodzicami naznaczone jest często rozczarowaniem, a niekiedy i poczuciem krzywdy: „Jeśli im nie udało się dobrze wywiązać z tej trudnej roli, to jaką mogę mieć pewność, że ja jej podołam?”. Rosnąca wiedza o tym, że nasza psychika, osobowość, charakter, schematy postępowania w bardzo dużym stopniu kształtują się właśnie w dzieciństwie, w relacji z rodzicami, niepewność tę jedynie potęguje, już o całym chcianym i niechcianym dziedzictwie, jakie otrzymujemy wraz z genami nie wspominając – a nie wspomnieć właśnie nie sposób.
Coraz więcej wiemy dziś o ludzkim genomie jako źródle naszych cech fizycznych, psychicznych i umysłowych (w tym stanowiącej fetysz współczesnego świata inteligencji), ale także potencjalnych chorób i wad. Coraz precyzyjniej potrafimy określić, które geny za co odpowiadają, w jaki sposób działają i łączą się z innymi, dając w efekcie takie, a nie inne rezultaty – niekiedy zachwycająco piękne jak niespotykana uroda, niezwykły głos, wyjątkowe zdolności matematyczne, innym razem przerażająco smutne jak nieznana prowadząca do śmierci lub przysparzająca ogromnego cierpienia choroba czy też trwałe upośledzenie. Nie jest to tylko wiedza. W ślad za nią idą konkretne umiejętności i możliwości, te zaś zdają się wyznaczać kolejne wymiary odpowiedzialności, które odpowiedź na pytanie o to, czy mieć dziecko, czynią jeszcze trudniejszą, jeszcze mniej oczywistą.
Prenatalne rozterkiKolejny aspekt odpowiedzialności towarzyszącej narodzinom wiąże się z nieobecną wcześniej możliwością diagnostyki prenatalnej. Badania te pozwalają wykryć wady płodu już we wczesnych miesiącach ciąży. Czy można ich zaniechać, powołując się na gotowość przyjęcia dziecka, jakiekolwiek by się ono urodziło? Można. Ale przecież pozwalają one na leczenie wielu wad jeszcze w okresie płodowym. Z drugiej strony wykrywają również wady nieuleczalne. Co zrobić, gdy są one bardzo poważne i oznaczają śmierć dziecka zaraz po urodzeniu albo, co gorsza, życie, ale w ciągłym cierpieniu, którego w żaden sposób nie nazwalibyśmy „satysfakcjonującym”? Jak wtedy, gdy dziecko już jest, gdy już się poczęło, odpowiedzieć sobie na pytanie: czy je mieć? Nie tylko odpowiedź negatywna, która jest równoznaczna z decyzją o aborcji, ale także ta pozytywna, by dziecko urodzić, może budzić duży niepokój i kontrowersje: czy dziecku takiemu po urodzeniu pozwolić umrzeć, czy też starać się je ratować? Można przed takimi dylematami uciec, rezygnując z diagnostyki prenatalnej. Ale nie ucieknie się tym samym od odpowiedzialności. Decyzja taka oznacza bowiem, że bierzemy na siebie wszystkie choroby naszego dziecka, których można mu było dzięki tym badaniom oszczędzić. I może być to decyzja w pełni odpowiedzialna, tak zresztą jak pozostałe z wyżej zarysowanych. Mogą takie być wtedy, gdy podejmowane są ze świadomością konsekwencji, jakie one ze sobą pociągają, a więc także ze świadomością winy, jaką, podejmując każdą z nich, na siebie zaciągamy. Nawet odmowa wyboru jest pewnym wyborem. Kolejna trudność: co wówczas, gdy w rodzinie pojawiają się choroby genetyczne, które potomstwo może odziedziczyć? Jak wtedy odpowiedzieć na pytanie: czy mieć dziecko? Istnieją badania genetyczne, ale czy należy im się poddawać? Rozsądek opowiada się za nimi, żeby móc ocenić prawdopodobieństwo choroby u dziecka. Ale jeśli nawet się okaże, że jest ono wysokie, to czy powinno się z dziecka zretematzygnować? Czy zaakceptować ryzyko, czy też starać się je wykluczyć, uciekając się do sztucznego zapłodnienia, które umożliwia badanie i selekcję gamet tylko z dobrym, nieuszkodzonym materiałem genetycznym jeszcze przed ich połączeniem się? Ale poddanie się tej procedurze także nie rozwieje wszystkich wątpliwości. Nawet w przypadku zdrowych gamet może dojść do samorzutnych mutacji genetycznych, które stwierdzić można będzie dopiero po zapłodnieniu. Ale i im możemy do pewnego stopnia zaradzić. Badania preimplantacyjne pozwalają wybrać tylko te ze stworzonych metodą in vitro zarodków, które nie są obciążone wadami genetycznymi, i tylko tym pozwolić się rozwinąć w płód w macicy kobiety. Co jednak z pozostałymi zarodkami? A nawet gdyby pozostać tylko przy selekcji najlepszych, najbardziej odpowiadających pod względem genomu gamet, by nie mierzyć się z problemem zbędnych zarodków, to czy taki dobór materiału genetycznego nie jest działaniem przypominającym projektowanie dziecka? Można odpowiedzieć twierdząco, ale w tym przypadku działanie takie jest uzasadnione, gdyż…