Kiedy rozmawia się o Izraelu z amerykańskimi Żydami wystarczająco długo, można dostrzec pewną rzecz. Konwersację można co prawda zacząć od tematu Izraela, ale rzadko się ona na nim skończy. Zazwyczaj pod koniec będzie skupiała się na „nich”.
Ci, którzy wyrażają zaniepokojenie dofinansowaniami, jakimi Izrael wspiera osadników z Zachodniego Brzegu, usłyszą, że osadnictwo nie ma znaczenia, bo „oni” nie zgodzą się na istnienie Izraela w żadnych granicach. Ci, którzy zacytują słowa byłego szefa agencji bezpieczeństwa Shin Bet Yuvala Diskina o tym, że „w ciągu ostatnich 10–15 lat Izrael stawał się coraz bardziej rasistowski”, usłyszą w odpowiedzi, że jakiekolwiek byłyby niedoskonałości Izraela, to przecież „oni” uczą swoje dzieci nienawidzić i zabijać. Ci, którzy wspomną, że były premier Izraela Ehud Olmert określił Mahmuda Abbasa, prezydenta Autonomii Palestyńskiej, partnerem w walce o pokój, usłyszą, że to, co „oni” mówią po arabsku, znacznie różni się od tego, co mówią po angielsku.
Kilka miesięcy temu, wiosną, obejrzałem film dokumentalny The Gatekeepers („Strażnicy”), w którym sześciu byłych szefów Shin Bet ostro skrytykowało politykę Izraela dotyczącą Zachodniego Brzegu. Na pokazie w Nowym Jorku Żydzi stanowili większość widowni. Po seansie pewien człowiek przyznał, że to był interesujący dokument. Po czym zapytał, dlaczego „oni” nie krytykują działań po swojej stronie tak, jak robią to Izraelczycy.
Zazwyczaj niezdarnie próbuję odpowiadać na twierdzenia dotyczące Palestyńczyków, które tak często trawią rozmowy amerykańskich Żydów dotyczące Izraela, lecz coraz częściej zdarza mi się dawać jedynie lakoniczną odpowiedź: „Zapytajcie ich”. To najczęściej kończy konwersację, ponieważ w kręgach amerykańskich Żydów głównego nurtu pytanie Palestyńczyków o sprawy będące tematem podobnych rozmów jest niezwykle rzadkie. Przeważnie Palestyńczycy nie wygłaszają przemówień w amerykańskich synagogach ani nie publikują swoich tekstów w żydowskiej prasie. Organizacja Taglit – Birthright Israel, która od 1999 r. pokazała Izrael prawie 350 tys. młodych Żydów z diaspory, głównie ze Stanów Zjednoczonych, nie podejmuje się pokazywania palestyńskich miast na Zachodnim Brzegu. Nie jest też łatwo znaleźć Palestyńczyków wśród mówców Amerykańsko- -Izraelskiego Komitetu Spraw Publicznych (American Israel Public Affairs Comittee, AIPAC) – podczas zorganizowanej przez Komitet w 2013 r. Policy Conference wśród blisko 200 mówców jedynie dwóch było Palestyńczykami. Według standardów przyjętych wśród amerykańskich Żydów to i tak dużo. Podczas konferencji Global Forum zorganizowanej przez Amerykański Komitet Żydowski (American Jewish Commitee) w tym samym roku wśród 64 mówców nie było ani jednego Palestyńczyka.
Organizacje amerykańskich Żydów zapytane o to, czemu tak rzadko zapraszają palestyńskich prelegentów, odpowiedzą, że nie mają nic przeciwko Palestyńczykom samym w sobie. Ale nie mogą nagłaśniać wypowiedzi wrogów Izraela. W 2010 r. Hillel – organizacja nadzorująca życie żydowskich studentów na amerykańskich kampusach – wydała listę wskazówek, w których przekonywała swoje lokalne oddziały, żeby nie zapraszały prelegentów „odmawiających Izraelowi prawa do istnienia jako żydowskie demokratyczne państwo w bezpiecznych i uznanych granicach”, osób „delegitymizujących lub demonizujących Izrael bądź stosujących wobec niego podwójne standardy” czy też „popierających bojkot lub sankcje wobec państwa Izrael”.
Tak wyznaczone standardy sprawiają, że zapraszanie palestyńskich prelegentów staje się dla studenckich organizacji żydowskich praktycznie niemożliwe. Po pierwsze, „delegitymizowanie lub demonizowanie Izraela bądź stosowanie wobec niego podwójnych standardów” jest tak nieprecyzyjnym określeniem, że można je odczytać jako zakaz jakiejkolwiek krytyki polityki izraelskiej ze strony Palestyńczyków (lub też ludzi innych nacji). Nawet opowiadanie się za utworzeniem państwa palestyńskiego w granicach z 1967 r. można odczytać jako pogwałcenie standardu „bezpiecznych granic”, jak zauważył Benjamin Netanjahu.
Po drugie, nawet Palestyńczycy o umiarkowanych poglądach, tacy jak były premier Salam Fajjad, ulubieniec Ameryki i Izraela, popierają bojkot produktów wytwarzanych przez osadników. Po trzecie, wiceprzewodniczący Knesetu Ahmad Tibi, będący izraelskim Arabem, publicznie zaproponował przekształcenie Izraela z państwa żydowskiego w państwo bez określonej tożsamości religijnej. Wynika z tego, że mimo iż przewodniczy on posiedzeniom Knesetu, to zgodnie z wytycznymi organizacji Hillel, nie mógłby przemawiać do grupy amerykańskich Żydów na uczelnianym kampusie.
Wytyczne tego typu sankcjonują ograniczenia de facto istniejące wśród wielu wpływowych grup amerykańskich Żydów i tworzą ze środowiska skupionego wokół organizacji żydowskich zamkniętą przestrzeń intelektualną, odciętą od doświadczeń i sposobu patrzenia około połowy ludzi żyjących pod kontrolą władz Izraela. Na skutek takiego stanu rzeczy liderzy amerykańskich Żydów, również ci, którzy nie żywią niechęci do Palestyńczyków, wiedzą niewiele o ich doświadczeniach.
W 2010 r., np. dziennikarz zapytał Abrahama Foxmana, dyrektora Ligii Przeciwko Zniesławieniu (Anti-Defamation League, ADF) o proces Palestyńczyków skazanych przez sądy wojskowe na Zachodnim Brzegu za udział w protestach pokojowych. Żydowscy osadnicy jako obywatele Izraela podlegają sądom cywilnym, jednak palestyńscy mieszkańcy Zachodniego Brzegu jako osoby niebędące izraelskimi obywatelami stają przed sądami wojskowymi. Według śledztwa przeprowadzonego w 2011 r. przez izraelską gazetę „Haaretz” 99% spraw rozpatrywanych przez sądy wojskowie kończy się skazaniem oskarżonych. Foxman, który przewodzi organizacji – według jej strony internetowej – „broniącej wartości demokratycznych i praw obywatelskich dla wszystkich”, odpowiedział, że nie jest ekspertem od systemu sądowniczego i nie aspiruje do tego, by nim zostać.
Tego samego roku laureat Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesel wykupił w największych amerykańskich gazetach publikację ogłoszenia, w którym napisał, że w Jerozolimie „po raz pierwszy w historii Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie mogą praktykować swoją wiarę w swoich sanktuariach”. Niestety, to stwierdzenie jest nieprawdziwe. W porównaniu z poprzednimi rządami, którym podlegała Jerozolima w przeszłości, Izrael jest rzeczywiście tolerancyjny. Jednak niedługo po publikacji ogłoszenia Wiesela można było przeczytać w raporcie na temat wolności religijnej wydanym przez Departament Stanu USA, że „rząd Izraela nadal ograniczał swobodę przemieszczania się, co w znacznym stopniu utrudniało swobodny dostęp muzułmanów i chrześcijan do miejsc kultu na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie”.
W raporcie odnotowano również, że „władze Izraela na ogół odmawiały większości muzułmanów z Zachodniego Brzegu dostępu do Wzgórza Świątynnego”, które jest najważniejszym świętym miejscem islamu w Jerozolimie.
Jest wysoce prawdopodobne, że Foxman i Wiesel odwiedzali Izrael dziesiątki razy. Zapewne znali też każdego izraelskiego premiera ostatnich dekad. Przypuszczalnie spotykali wielokrotnie palestyńskich przywódców. Co więcej, każdy z nich nieraz w swojej karierze wygłaszał pięknie brzmiące przemowy nawołujące do przestrzegania praw człowieka. Jednak wnioskując z ich wypowiedzi, nie są oni świadomi, w jakim stopniu odmawia się tych praw Palestyńczykom z Zachodniego Brzegu. Foxman i Wiesel nie znają realiów życia zwykłych Palestyńczyków, ponieważ funkcjonują w granicach kokonu, jaki wytworzyło środowisko organizacji amerykańskich Żydów. Ich wypowiedzi potwierdzają, że rację miał pewien lider amerykańskich Żydów, który po spotkaniu Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu podczas wycieczki zorganizowanej przez niezastąpioną grupę Encounter szczerze wyznał: „Po jednym dniu tej wycieczki poczułem się tak, jakbym nigdy wcześniej nie był w Izraelu, a przecież uznaje się mnie za zawodowego eksperta od spraw Izraela, który podróżuje do tego kraju wielokrotnie w ciągu roku”.
Niestety, takie wyznania zdarzają się rzadko. Mamy też niewiele danych dotyczących wiedzy amerykańskich Żydów na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego (inaczej jest z danymi dotyczącymi postaw wobec konfliktu). Jednak informacje, jakimi dysponujemy, sugerują, że Foxman i Wiesel nie są wyjątkami. W roku 1989 socjolog Steven M. Cohen zapytał amerykańskich Żydów, czy „arabscy i żydowscy Izraelczycy chodzą do tych samych szkół”. Tylko co trzeci pytany wiedział, że odpowiedź na to pytanie jest negatywna. W ankiecie z 2012 r. przeprowadzonej przez Instytut Arabsko-Amerykański (Arab American Institute, AAI) dwie trzecie amerykańskich Żydów przyznało, że chciałoby, żeby Jerozolima pozostała niepodzielną stolicą Izraela. Jednak zapytani o Ras al-Amud i Silwan – dwie dzielnice zamieszkane w większości przez Palestyńczyków, które mogłyby zostać oddzielone od Jerozolimy, żeby utworzyć palestyńską stolicę, ok. 70% amerykańskich Żydów powiedziało, że to kwestia nieistotna, albo przyznało, że nie wiedzą, gdzie są te miejsca.
Jednym ze skutków takiego oddzielenia od Palestyńczyków jest brak informacji, drugim – brak empatii. Wielu przywódców amerykańskich Żydów nigdy nie spotkało osoby, która nie mogła odwiedzić członka rodziny tylko dlatego, że nie posiada odpowiedniego pozwo-lenia; nigdy nie było w sądzie wojskowym; nigdy też nie widziało palestyńskiej wioski przeznaczonej do wyburzenia ze względu na brak pozwoleń budowlanych, które są dla Palestyńczyków niemal niemożliwe do zdobycia. Takim liderom łatwo jest bagatelizować ciężar życia ludzi przed 46 laty pozbawionych podstawowych praw, których posiadanie ich żydowscy sąsiedzi uznają za naturalne. Na wielu terenach Zachodniego Brzegu Palestyńczykom zakazuje się np. zgromadzeń liczących 10 i więcej osób w celach „politycznych” bez uzyskania wojskowego zezwolenia.
Broszurka przygotowana przez proizraelską grupę z Los Angeles Stand With Us podaje, że „w każdym mieście na Zachodnim Brzegu jest pływalnia albo ośrodek sportowy, a w Ramallah jest ich ponad 10” – ilustrując informację zdjęciem dzieci pluskających się w parku wodnym. Czytelnicy nigdy nie zgadliby, że zgodnie z danymi izraelskiej organizacji B’Tselem działającej na rzecz praw człowieka, Palestyńczycy z Zachodniego Brzegu zużywają jedynie 73 litry wody na dzień, czyli mniej niż stulitrowe minimum zalecane przez Światową Organizację Zdrowia i mniej niż jedna trzecia wody, jaką ma do dyspozycji mieszkaniec Izraela.
Trzeba jednak przyznać, że Stand With Us jedynie umniejsza cierpienia Palestyńczyków. Zdarza się przecież, że amerykańscy Żydzi zupełnie otwarcie z nich szydzą. W 2002 r. podczas krwawej Drugiej Intifady wiceminister obrony Stanów Zjednoczonych Paul Wolfowitz przemawiał przed proizraelską publicznością licznie zgromadzoną w waszyngtońskim parku National Mall i stwierdził, że „wielu niewinnych Palestyńczyków również cierpi i umiera” podobnie jak Izraelczycy. W czasie kiedy Wolfowitz przemawiał, wiadomo już było z komunikatów podanych przez organizację Defense of Children International, że podczas intifady zgi-nęło ponad 200 palestyńskich dzieci. Mimo to, kiedy wiceminister wspomniał o cierpieniu Palestyńczyków, z tłumu dochodziły gwizdy.
Brak znajomości realiów życia Palestyńczyków skłania wiele osób w organizacjach amerykańskich Żydów do tłumaczenia złości, jaką Palestyńczycy żywią wobec Izraela, ich patologicznym usposobieniem. Do rzadkości należą dyskusje amerykańskich Żydów na temat Izraela, w których nie byłoby odwołań do książek i programów telewizyjnych „uczących Palestyńczyków nienawiści”. Takie oskarżenia mają pewne podstawy. Palestyńskie szkoły i media rzeczywiście przemycają antysemityzm i propagują przemoc. Jednak jest coś rażąco nieobecnego w dyskusjach prowadzonych przez amerykańskich Żydów a dotyczących palestyńskiej nienawiści – mianowicie nie dopuszczają oni myśli, że nienawiść może rodzić się nie z tego, co Palestyńczycy czytają lub słyszą o państwie żydowskim, ale z bezpośredniego kontaktu z nim, z ich codziennego doświadczenia.
Gniew Palestyńczyków nie usprawiedliwia palestyńskiej przemocy.Z całą pewnością nie usprawiedliwia absurdalnych ataków na izraelskich cywilów, których dopuszczają się Hamas i inne grupy terrorystyczne. Jednak jak zauważyli izraelscy urzędnicy odpowiedzialni za bezpieczeństwo, żeby powstrzymać palestyński terroryzm, trzeba go najpierw zrozumieć. Tymczasem przypisywanie wszelkiego zła wpływowi szkolnych podręczników i programów telewizyjnych, tak jak robią to grupy amerykańskich Żydów, nie przybliża nas do niczego. Informacje na temat palestyńskich zamachowców samobójców zgromadzone przez Basela Saleha, byłego wykładowcę ekonomii z Radford University, dowodzą że „osobiste rozżalenie [wobec Izraela] było istotną motywacją do zamachów”. W 2003 r. Avishai Margalit, jeden z ważniejszych filozofów izraelskich, przedstawił podobne wnioski: „wydaje się, że główną motywacją dla zamachowców samobójców jest pragnienie widowiskowej zemsty”1. Eyad El Sarraj, twórca organizacji nonprofit Program Ochrony Zdrowia Psychicznego w Strefie Gazy (Gaza Community Mental Health Programme, GCMHP), podkreślał w 2002 r., że „ludzie, którzy popełniają zamachy samobójcze, są dziećmi Pierwszej Intifady – w młodości byli świadkami wielu cierpień”. Przez odgradzanie się od Palestyńczyków amerykańscy Żydzi mają problem ze zrozumieniem zachowań, którym próbują przeciwdziałać. To intelektualne oddzielenie przeszkadza im w zrozumieniu także innego zjawiska, którego się bardzo obawiają, a mianowicie antyizraelskiego ruchu Bojkot, Wycofanie Inwestycji i Sankcje (Boycott, Divestment and Sanctions, BDS). Przywódcy amerykańskich Żydów na ogół tłumaczą poparcie dla tego ruchu przez różne organizacje akademickie, zawodowe i chrześcijańskie odradzającym się antysemityzmem. „60 lat po Zagładzie – mówił Foxman w 2009 r. – obserwujemy, jak mechanizmy zwalczające antysemityzm, które powstały po wymordowaniu 6 mln Żydów, złuszczają się warstwa po warstwie”. Ruch BDS, który został przez Foxmana określony jako „do cna antysemicki”, ma być głównym dowodem na odradzającą się nienawiść do Żydów. W szeregach ruchu znajdziemy antysemitów, co dobitnie udowodniłem na swoim blogu Open Zion. Ogólnie rzecz biorąc, działalność tej grupy opiera się na niebezpiecznym i nietrafnym porównaniu systemu Izraela do apartheidu w Afryce Południowej. Takie zestawienie każe wielu członkom ruchu krytykować rozwiązanie dwupaństwowe i opowiadać się za jednym „świeckim, dwunarodowym” państwem, którego powstanie w rzeczywistości musiałoby prawdopodobnie skończyć się wojną domową między Żydami i Palestyńczykami. Jednak liderzy żydowscy w Stanach Zjednoczonych tacy jak Foxman nie rozumieją tego, że paliwem dla BDS są interakcje z Palestyńczykami żyjącymi pod izraelską kontrolą. Ludzie mu podobni nie uświadamiają sobie znaczenia takich spotkań, ponieważ rzadko ich sami doświadczają. Kiedy do Izraela przyjeżdżają delegacje wpływowych protestantów, o wiele bardziej prawdopodobne jest, że odwiedzą Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu. Wiele chrześcijańskich organizacji utrzymuje swoje biura wzdłuż tzw. zielonej linii (która pokrywa się z linią demarkacyjną z 1949 r.), co rzadko się zdarza wśród organizacji amerykańskich Żydów. To sprawia, że protestanci zdają sobie sprawę z palestyńskiego cierpienia o wiele lepiej niż amerykańcy Żydzi. Mark Harrison, koordynator programu Pokój i Sprawiedliwość (Peace and Justice Program) Zjednoczonego Kościoła Metodystycznego, zapytany o plany wycofania inwestycji z firm zaangażowanych w kontrolę Zachodniego Brzegu (Kościół ostatecznie odrzucił ten pomysł w głosowaniu), odpowiedział że „do rozważania takiej możliwości wierni zostali zmuszeni przez to, co zobaczyli na miejscu”. Podobnie apele palestyńskich akademików, których Stephen Hawking, brytyjski profesor fizyki teoretycznej, spotkał podczas wizyt w Birzeit University pod Ramallah, skłoniły go do odrzucenia zaproszenia na konferencję organizowaną przez prezydenta Szimona Peresa w maju 2013 r. Można więc stwierdzić, że ruch BDS rośnie w siłę nie tylko dlatego, że Izrael osądzany jest przez pryzmat niesprawiedliwych podwójnych standardów, ale raczej dlatego, że spotkania Palestyńczyków i ludzi z całego świata sprawiają, iż coraz więcej osób okazuje stronie palestyńskiej współczucie. W tym samym czasie społeczność amerykańskich Żydów jest sparaliżowana, ponieważ może na to odpowiedzieć jedynie swoim brakiem wiedzy na ten temat. Gdyby to oddzielenie od Palestyny ograniczało się do amerykańskich Żydów, sytuacja byłaby już wystarczająco poważna. Jednak jeszcze gorsze jest to, że ta zaściankowość cechuje całą debatę, jaka toczy się w Waszyngtonie. Po części spowodowane jest to słabą pozycją organizacji palestyńskich i arabsko-amerykańskich w StanachZjednoczonych. Ale po części także skutecznością wpływowych organizacji amerykańskich Żydów. Według danych podawanych na stronie LegiStorm od roku 2000 członkowie Kongresu i ich personel odwiedzili Izrael ponad tysiąc razy. To znaczy, że jeździli tam dwa razy częściej niż do jakiegokolwiek innego państwa na świecie. Ok. trzech czwartych z tych podróży było sponsorowanych przez Amerykańsko-Izraelską Fundację na rzecz Edukacji (American Israel Education Foundation, AIEF), która jest oddziałem non profit Amerykańsko-Izraelskiego Komitetu Spraw Publicznych. Za pozostałe zapłaciły Amerykański…