100 lat po wybuchu I wojny światowej chcielibyśmy zapytać o współczesny ład międzynarodowy. Nie boimy się dziś wybuchu globalnej wojny, ale też – o czym pisaliśmy w styczniowym „Znaku”*– przez te 100 lat ani jeden rok nie upłynął bez poważnego konfliktu zbrojnego. Jakie są zatem najbardziej znaczące cechy panującego porządku międzypaństwowego? Co decyduje o naszym poczuciu bezpieczeństwa i o naszym strachu?
Rzeczywiście, w dającej się przewidzieć przyszłości nie zagraża nam wybuch kolejnej wielkiej wojny światowej. III wojna światowa jest już zresztą za nami. Była to zimna wojna. Przyniosła ona nie tylko zniewolenie naszej części kontynentu, ale też dramatyczne konsekwencje w wielu regionach świata: w Europie – krwawe stłumienie powstań w Berlinie (1953), w Budapeszcie (1956) i w Pradze (1968); w Azji – wojnę w Korei i w Indochinach; w Afryce – konflikty w Kongo, tolerowanie apartheidu w RPA i wiele innych negatywnych zjawisk. Koniec zimnej wojny wyznaczył początek nowej epoki w stosunkach międzynarodowych.
Dwubiegunowy zimnowojenny świat – podzielony na wspólnotę państw demokratycznych i obóz państw zdominowanych przez Związek Radziecki – miał dwie fundamentalne cechy: z jednej strony generował permanentną konfrontację i poważną groźbę wybuchu wojny termojądrowej (katastrofa taka mogłaby doprowadzić do wzajemnego unicestwienia – do zniszczenia naszej cywilizacji); z drugiej strony temu niebezpieczeństwu towarzyszył wysoki stopień stabilności. Dzisiaj groźba wybuchu wojny nuklearnej jest bliska zeru, ale też stopień stabilności jest bardzo niski. Żyjemy w świecie mniej przewidywalnym, niesterowalnym i trudniejszym do opanowania. Jest to świat policentryczny. Nastąpiło rozproszenie ośrodków władzy. W różnych regionach dominują różne mocarstwa. Niektóre z nich odgrywają kluczową rolę w wymiarze wojskowo-politycznym, a inne w gospodarce, finansach lub w zakresie technologii. Stany Zjednoczone i Chiny wpływają decydująco na globalną gospodarkę i system finansowy. W zakresie nowych technologii – obok USA i Europy – coraz większe znaczenie mają Japonia i Indie. Liczba osób z doktoratem z fizyki jest tam większa niż liczba mieszkańców w niektórych krajach europejskich. Ten skok edukacyjny przyniesie – musi przynieść – jakościową zmianę w gospodarce światowej.
Powiadają, że wiek XVIII skończył się dopiero w 1815 r., a jego podsumowaniem był kongres wiedeński. Wiek XIX zakończył się w 1914 r. – wraz z wybuchem I wojny światowej. Wiek XX był najkrótszy: zapoczątkowany traktatem wersalskim (1919), zakończył się w roku 1989.
Nowy globalny porządek XXI-wieczny wciąż jeszcze się kształtuje. Dziś trudno byłoby określić, jakie będą jego podstawowe cechy.
Co w tym policentrycznym świecie urasta do największego zagrożenia dla globalnego bezpieczeństwa?
W przeszłości zagrożenie pochodziło ze strony państw silnych, agresywnych i ekspansywnych. W naszych czasach główne konflikty generują państwa słabe, upadające lub upadłe.
Jakie to państwa? Przypomnę: po pokoju westfalskim (1648) Hugo Grocjusz sformułował klasyczną definicję państwa. Na płaszczyźnie prawa międzynarodowego o istocie państwa stanowią trzy kryteria wyraźnie oznaczone: terytorium, ludność i skutecznie sprawowana władza. Przy tym bez znaczenia było to, czy władza była demokratyczna, autorytarna czy despotyczna. Miała być skuteczna. Według moich obliczeń blisko 60 ze 194 państw świata nie spełnia dziś tych uznanych w prawie międzynarodowym kryteriów państwowości. Dotyczy to zwłaszcza, co naturalne, kryterium skutecznie wykonywanej władzy. Brak kontroli nad terytorium i ludnością skutkuje rozwojem regionalnych, międzyregionalnych, ale i ponadregionalnych struktur kryminalnych i terrorystycznych. Niekiedy są one silniejsze od instytucji państwowych. Ilustruje to sytuacja m.in. w Somalii, Sudanie, Jemenie, Libii czy Afganistanie i Republice Środkowoafrykańskiej.
W państwach słabych dochodzi często do konfliktów wewnętrznych promieniujących na cały sąsiadujący region. W ostatnim 10-leciu (2002–2012) spośród 69 wielkich konfliktów zbrojnych tylko trzy były wojnami toczonymi między państwami. Pozostałe miały charakter wewnętrzny. Jednak wewnętrzne konflikty w Afganistanie, Somalii czy też trwające teraz walki w Republice Środkowoafrykańskiej stają się bardzo niebezpieczne dla sytuacji w Zatoce Perskiej, na Bliskim Wschodzie i dla całej Afryki. Wojna w Afganistanie destabilizuje Pakistan i inne państwa regionu. Stwarza bezpośrednie zagrożenie dla Tadżykistanu i Uzbekistanu – i to nie tylko dlatego że państwa te sąsiadują z Afganistanem, ale również dlatego że klany i plemiona uzbeckie i tadżyckie stanowią blisko połowę mieszkańców tego kraju. Podobnie rzecz ma się z Sudanem, Somalią i Republiką Środkowoafrykańską na Czarnym Kontynencie. Z kolei wojna domowa w Syrii destabilizuje cały Bliski Wschód – prowadzi do napięć w Turcji, Jordanii i Iraku oraz angażuje bezpośrednio Iran, który wspiera jedną z wojujących stron. Mamy zatem do czynienia z interesującym paradoksem: z jednej strony proces globalizacji świata, a z drugiej – regionalizacja konfliktów.
Jedną z przyczyn małego prawdopodobieństwa wybuchu konfliktu globalnego jest wciąż jeszcze żywa pamięć o II wojnie światowej. Z pewnością miało to znaczenie dla przebiegu przemian w Europie w sposób pokojowy – ludzie Solidarności pamiętali jeszcze o tragedii Powstania Warszawskiego, Węgrzy o krwawym stłumieniu zrywu powstańczego w 1956 r., a hiszpańscy reformatorzy, po śmierci Franco, o krwawej wojnie domowej lat 30. Ta świadomość staje się jednak czymś odległym i kruchym, gdy odchodzi pokolenie bezpośrednich świadków wojny i ich dzieci. Dla nowych generacji, które znają wojnę wyłącznie z medialnych obrazów, wydawać się ona może nawet czymś atrakcyjnym. Politycy często nie doceniają pokoleniowych różnic w postrzeganiu świata.
Czy światowi przywódcy, politycy i dyplomaci potrafią właściwie reagować na niestabilność współczesnego porządku międzynarodowego i zagrożenia związane z nowymi formami prowadzenia wojen – np. wojnami, które mogą toczyć się w cyberprzestrzeni?
Świat zmienia się coraz szybciej, a myślenie polityków z reguły pozostaje dosyć tradycyjne. Przykładowo: decyzje polskich polityków i wojskowych – świadomych przecież potencjalnej groźby konfliktu w cyberprzestrzeni – wydają się niekiedy anachroniczne, zwłaszcza gdy dotyczą rozbudowywania i modernizacji sił pancernych. Z drugiej strony, warto pamiętać, że konflikty w cyberprzestrzeni będą rozgrywać się równolegle z konfliktami konwencjonalnymi. A zatem potrzebne są zbrojenia, które umożliwią przeciwstawienie się potencjalnej napaści, zarówno z użyciem tradycyjnych środków walki, jak też nowych narzędzi wojny w cyberprzestrzeni.
Przyspieszenie procesu zmian stanowi duże wyzwanie dla wszystkich.
Warto przypomnieć, że w 1989 r. ówczesny prezydent USA George Bush senior ogłosił swoją wizję nowego porządku światowego – New World Order. Po kilku miesiącach nikt już do tej wizji się nie odwoływał. Została szybko zapomniana. Opierała się bowiem na złudnym przekonaniu, że nowy porządek zapewni nową stabilność. Tak się nie stało. Zmierzam do tego, że brak stabilności nie może być uznany za zjawisko przejściowe. W naszych czasach zmiana stała się czynnikiem permanentnym – jest jedną z fundamentalnych cech współczesnego systemu międzynarodowego. Kto nie rozumie przemian związanych z nowymi technologiami, z rewolucją cyfrową – i wyobraża sobie, że świat, którym rządzi, również w przyszłości będzie w zasadzie taki sam – skazany jest na porażkę. Ilustracją był upadek zmurszałych reżimów w Afryce Północnej – w Tunezji i Egipcie, i losy obalonego prezydenta Hosniego Mubaraka, któremu zdawało się, że kontroluje w pełni sytuację w Egipcie i – co więcej – jest gwarantem stabilności w całym regionie.
Może zatem problemem współczesnych stosunków międzynarodowych jest brak elit, które nie potrafią zdiagnozować charakteru przemian i zaproponować nowej wizji dla tego szybko zmieniającego się świata?
Z całą pewnością społeczeństwa potrzebują mądrego przywództwa, zdolnego do określenia zbiorowej tożsamości i wspólnych celów, do których zmierzają współczesne narody. Dodam na marginesie, że nie podzielam poglądu, jakoby ten, kto ma potrzebę wizji w polityce, „powinien udać się do okulisty”. Szczęśliwie w momencie przełomu, w roku 1989, na polskiej scenie politycznej były takie postacie, jak Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek czy Leszek Balcerowicz, którzy dzięki swojemu intelektowi i doświadczeniu stawiali wyżej cele długofalowej strategii rozwoju państwa niż potrzeby taktyki politycznej. To oni zaproponowali wizję transformacji. Byli świadomi, że za wprowadzane w życie trudne reformy zapłacą porażką w najbliższych wyborach. Dzięki takiej postawie zbudowali fundamenty – swoisty kapitał założycielski dla niepodległego i w pełni suwerennego państwa, kapitał, z którego korzystamy do dzisiaj.
Brak takich elit jest jednym z powodów słabości Ukrainy, gdzie od początku lat 90. rządzą ludzie myślący w kategoriach koniunkturalnych. Skupieni są na tym, by władzę zdobyć i ją zachować. Zresztą jest to problem szerszy. Wystarczy porównać jednego z ojców zjednoczonej Europy, premiera Włoch Alcide de Gasperiego, z jednym z jego następców – Silvio Berlusconim.
A może czas takich elit minął? Nie zgadzam się z poglądem, jakoby brakowało dziś elit formułujących ambitne i atrakcyjne propozycje nowego porządku międzynarodowego. Przeciwnie – istnieją liczne europejskie i transatlantyckie grona złożone z byłych polityków i ekspertów, którzy – choć często w podeszłym wieku – myślą o przyszłości w sposób innowacyjny i odważny. Przykładem jest choćby grupa amerykańskich myślicieli zebrana wokół instytucji Hoovera, w skład której wchodzą takie osobistości, jak Henry Kissinger, George Shultz, William Perry, Sam Nunn. Dołączyli do nich później Zbigniew Brzeziński, Brent Scowcroft i inni. Zaczęło się od ich wspólnego artykułu na łamach „Wall Street Journal” (4 stycznia 2007). Potem większe grono spotkało się w październiku 2007 r. w Stanfordzie. Inicjatorem był weteran rokowań rozbrojeniowych Max Kampelman. Zespół ten zaproponował wówczas program bezpieczeństwa nuklearnego, którego celem ostatecznym jest wyeliminowanie broni jądrowej. Dwa lata…