Subskrybuj
Redaktorka miesięcznika „Znak”, socjolożka, absolwentka MISH UJ. Przez rok studiowała na rzymskim uniwersytecie La Sapienza. Stypendystka Fulbrighta, laureatka grantu badawczego Narodowego Centrum Nauki. Napisała rozprawę doktorską Upamiętnianie społeczności żydowskich w byłych sztetlach we współczesnej Polsce....

Prawo do Sprawiedliwych

Debata o pomniku prowadzi do rozmowy, której jeszcze jako społeczeństwo nie odbyliśmy. Co zrobić z dziedzictwem ratujących – kto ma do niego prawo i co nam mówi o trudnej do zaakceptowania przeszłości?

W Muzeum Historycznym Miasta Krakowa Fabryka Emalia Oskara Schindlera podczas debaty o kuriozalnym tytule Czy Kraków zdał egzamin? O postawach krakowian w latach 1939‒1945 podkreślono, że uczyć powinniśmy głównie o pozytywnych postawach w historii, bo to one zasługują na pamięć następnych pokoleń. Autorzy tych słów mieli na myśli czyny tych, którzy ukrywali Żydów w czasie II wojny światowej; to do nich sprowadzono dyskusję o postawach wspomnianych w tytule spotkania. Trzeba mieć jednak na uwadze, że w przypadku II wojny światowej, a szczególnie Zagłady, której częścią są historie polskich Sprawiedliwych, skupienie się głównie na tym, co dobre, niewiele nam powie o tym, co się wówczas wydarzyło. Ponadto zastanawia również fakt, czy postulujący tego typu edukację historyczną zdają sobie sprawę, że chcąc być konsekwentnym, należałoby również uczyć głównie o pozytywnych postawach Niemców, Sowietów, Ukraińców, komunistów wobec Polaków w czasie wojny i po niej.

Skąd zatem biorą się tego typu nieracjonalne argumenty? Co mamy na myśli, mówiąc: polscy Sprawiedliwi? Jak są wykorzystywani w polskich zmaganiach z trudną pamięcią? Coraz więcej inicjatyw poświęca się dziś losom osób ratujących Żydów. Bez wątpienia zasługują one na upamiętnienie. Warto jednak przemyśleć, w jaki sposób to robić. Wzrasta dziś liczba sygnałów, które wskazują, że będzie nam niezwykle trudno wyłączyć emocje i spokojnie się nad tym zastanowić.

Ukazuje to gorąca debata wokół decyzji o postawieniu pomnika upamiętniającego Sprawiedliwych w pobliżu Muzeum Historii Żydów Polskich, która od wielu miesięcy toczy się na łamach m.in. „Gazety Wyborczej” i „Krytyki Politycznej”. Głównym argumentem przeciwko umieszczeniu go w tym miejscu jest ten, który zwraca uwagę na „wtargnięcie zewnętrznej narracji w przestrzeń narracji żydowskiej, jako rodzaj zawłaszczenia i manipulacji”, oraz na to, że, „pomnik Sprawiedliwych w sąsiedztwie Muzeum to przedstawienie wyjątku jako reguły. Ratujący będą zasłaniać – a w dyskursie dominującym już zasłaniają – tych, którzy donosili, przez których ginęli oni i ich podopieczni” – jak napisały Helena Datner, Elżbieta Janicka, Bożena Keff w liście opublikowanym na łamach „Krytyki Politycznej”. Druga strona w debacie zauważa natomiast, że w ten sposób wyłącza się tę przestrzeń cierpienia Żydów z polskiej historii – „stworzenie swoistego rezerwatu pamięci tylko żydowskiej oznaczać by w sposób nieuchronny musiało jej wykluczenie zarówno z pamięci polskiej, jak i z żywej tkanki miasta, i ustawienie tych dwóch pamięci już nawet nie obok siebie, ale przeciw sobie” – pisze Dawid Warszawski (Miejsce Sprawiedliwych jest obok powstańców, „Gazeta Wyborcza”, 9 kwietnia 2013 r.). Do przemyślenia obaw związanych z postawieniem pomnika zachęcają Agnieszka Graff i Rafał Szymczak: „Pomyślmy też o tej przestrzeni z perspektywy przyszłych odbiorców naszych obecnych upamiętnień – już nie wnuków, lecz praprawnuków uratowanych i tych, którzy ich ratomotywali. Pomyślmy, co chcemy im pokazać. Czy naprawdę tylko i wyłącznie pamięć o straszliwym cierpieniu, osamotnieniu i śmierci? Czy chcemy, by w tej przestrzeni, gdzie upamiętnia się powstańców, nie było ani metra dla tych, którzy przeciwstawili się Zagładzie w inny sposób?” (Wokół pomnika Sprawiedliwych. To są Nasi Sprawiedliwi, „Gazeta Wyborcza”, 23 kwietnia 2013 r.). Debata o pomniku prowadzi do rozmowy, której jeszcze jako społeczeństwo nie odbyliśmy. Co zrobić z dziedzictwem ratujących – kto ma do niego prawo i co nam mówi o trudnej do zaakceptowania przeszłości?

Nasi Sprawiedliwi

W wyłączeniu emocji nie pomaga na pewno określenie Sprawiedliwych świętymi, tak jak uczyniła to historyczka Krystyna Samsonowska, która wraz z Łukaszem Sroką i prowadzącym wspomniane już spotkanie Piotrem Legutką zastanawiała się Czy Kraków zdał egzamin? Zamyka to drogę rozważaniom o tym, kim byli ratujący Żydów, jakie relacje mieli z tymi, którym udzielali pomocy, oraz jakie było to doświadczenie dla ratowanych. W zamian proponuje się złączenie wielu wyjątkowych historii w jedną przypowieść o dobrych Polakach, katolikach heroicznie przeciwstawiających się złu przychodzącemu z zewnątrz wspólnoty. W takim wypadku Zagłada schodzi na drugi plan. Narracja układa się zatem w dwa zdania: wymordowano krakowskich Żydów, my – krakowscy nie-Żydzi, szerzej: Polacy – zdaliśmy egzamin. Nie brzmi to jednak dobrze, dlatego po prostu pomija się pierwsze zdanie.

W trakcie dyskusji kilkakrotnie przyznano, że były przypadki, w których Polacy się źle zachowali wobec Żydów. Nie zostały one natomiast ani nazwane, ani zlokalizowane. Można było pozazdrościć dobrego samopoczucia debatującym, którzy przekonywali o szlachetności i kulturze patriotycznej mieszkańców Krakowa, gdzie, jak twierdzili, złe postawy stanowiły margines. Ta konkretna dyskusja ukazuje charakterystyczne koleiny myślenia o Zagładzie, z których część polskiego społeczeństwa nie może się wydostać. Od momentu ukazania się książki Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi coraz wyraźniej widać tendencję wśród części polskiego społeczeństwa, by mówić o historii tego okresu tak, żeby przeciwstawić się przedstawionym w niej faktom. Rozumie się je jako mające udowodnić, że to nie Niemcy, ale Polacy odpowiedzialni są za Zagładę. Prowadzący dyskusję Piotr Legutko przywołał oprócz publikacji Grossa te, które wychodzą spod piór historyków Centrum Badań nad Zagładą Żydów jako idące w parze z tezami zachodnich historyków, w tym oczywiście żydowskich bądź izraelskich badaczy.

Dla przeciwwagi, by pokazać, że jest inaczej, mamy zatem Sprawiedliwych. Nie jest to nowa tendencja w polskiej historii. O wykorzystaniu ratujących jako kontrapunktu do rozliczeń z trudną historią w Polsce pisze Dariusz Libionka w przekrojowym tekście Polskie piśmiennictwo na temat zorganizowanej i indywidualnej pomocy Żydom (1945‒2008), który ukazał się w roczniku „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”. Przyjęło się sądzić, że temat osób ratujących Żydów przedostał się do przestrzeni publicznej w Polsce dopiero po 1989 r. Dla przykładu, by pokazać, że tak nie było, przywołać można kampanię antysemicką w 1968 r. W całej Polsce, w każdej lokalnej gazecie ukazywały się wówczas artykuły mówiące o osobach, które pomagały żydowskim mieszkańcom w czasie wojny. Michał Głowiński, analizując marcowy dyskurs, wydzielił nawet blok tekstów o „żydowskiej niewdzięczności i polskim miłosierdziu”. Dziś, po kilkunastu latach odkrywania trudnej przeszłości o mordowaniu, szantażowaniu, wydawaniu ukrywających się Żydów przez Polaków nie-będących Żydami, wyraźna jest narracja, w której odrzuca się tę wiedzę, a Sprawiedliwymi czyni cały naród. Ku takiej interpretacji skłania choćby konstrukcja pomnika Polaków Ratujących Żydów w Łodzi – gdzie dominujący w założeniu pomnika orzeł osłania gwiazdę Dawida. Ostatnią inicjatywą z tego nurtu jest budowa Kaplicy Pamięci w powstającej świątyni w Toruniu. Na apel ks. Tadeusza Rydzyka na antenie Radia Maryja Polacy mieli odpowiedzieć niezwykle entuzjastycznie – „Do tej pory było ok. 10 tys. połączeń telefonicznych w sprawie składania świadectw i zgłaszania nazwisk do tej Kaplicy. Zebrane zaś dotąd materiały dotyczą ponad 12 tys. Polaków, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów” – czytamy w artykule zatytułowanym Polskie Yad Vashem („Nowy Dziennik”, 20 listopada 2013 r.). W przeciwieństwie do jerozolimskiej instytucji, w Kaplicy znajdą się nazwiska tych, których kandydaturę zgłoszą też Polacy. W ten sposób tworzy się własną wersję historii, której potwierdzenia nie oczekujemy od nikogo poza nami samymi.

Co ciekawe, część społeczeństwa musi mieć świadomość, że sprawy nie przedstawiały się w tak jasnych barwach. Wielu świadków tamtych wydarzeń wciąż o tym pamięta, spora część słyszała o nich od rodziny. Na potwierdzenie tych słów warto przywołać fragment jednego z wywiadów przeprowadzonych współcześnie z mieszkańcem miejscowości pod Sandomierzem: „…było tu takie zdarzenie jedno, pod lasem, to przetrzymywali tych Żydów. Nie wiem jak długo, jak co, tylko wiem, co potem ludzie gadali, nie? Przyjechała policja niemiecka, żandarmeria, i dziesięciu czy jedenastu tych Żydów zabiło… Ale tych nie zabili ludzie, co ich trzymali. Bo rzekomo miał ten facet pójść, co ich trzymał (…) – może korzystał, nie było z czego utrzymać? – poszedł i powiedział, że napadło na niego stado Żydów i nie chce od niego odejść. Nagadał, nagadał, to tamte przyjechali… (…) za coś trzymał tych Żydów, nie? To ich nie ruszyły, ani dzieci jego, nikogo, tylko samych tych Żydów… I nawet – było jedenaścioro tych Żydów – to jeden się gdzieś… tu kula poszła, nie zabiła…” (J. Tokarska-Bakir, Sprawiedliwi niesprawiedliwi, niesprawiedliwi sprawiedliwi, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 2012, nr 8). Szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie trudniej o anonimowość, gdzie ludzie siebie znali nawzajem, wiedza na temat tego typu wydarzeń pozostała własnością grupy określonej przez konkretną przestrzeń. Dziś coraz częściej można spotkać osoby, które zaczynają się nią dzielić. Wśród głównych kategorii udzielanej pomocy przyjętych przez Instytut Jad Waszem są: ukrywanie, fałszowanie dokumentów, towarzyszenie ukrywanej osobie jako kurier bądź pośrednik, pomoc medyczna i dostarczanie jedzenia w przypadku obozów. Wśród kryteriów możemy wyszczególnić: osoba, która udziela pomocy, musi być nie-Żydem, mieszkać w czasie wojny na terytorium kontrolowanym przez Niemców, gdzie Żydzi byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie, mieć moty wację niesienia pomocy Żydom, narażać własne życie w imieniu tych, którym udzielano pomocy oraz mieć świadomość konsekwencji tego, co robi. Przyjęto również, że…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Praca