Subskrybuj
dziennikarka i publicystka. W latach 1996–2008 była redaktorką „Tygodnika Powszechnego”. Laureatka nagrody dziennikarskiej Grand Press w kategorii wywiad (2007). Wydała m.in. Co zdążysz zrobić, to zostanie. Portret Jerzego Turowicza (Znak 2012) oraz Ludzie Znaku (2015)....

Twarda mowa

W okresie sfoborowym, podczas nauk rekolekcyjnych wygłaszanych w jednym z kościołów w Katowicach, poproszono mnie o wykład na temat społecznej nauki Kościoła, którą dopiero co zaczęłam poznawać. Przed wygłoszeniem nauki zachęciłam zebranych, by wysłali do mnie uwagi, zanotowane choćby na pudełku od papierosów. No i dostałam takie pudełko ze słowami: „Dziewczynko, ty jeszcze nic nie wiesz...”. Gdy Kościół będzie się za bardzo wymądrzał, też może usłyszeć takie słowa.

„Chrystus był ubogi” – przypominał Jan Paweł II w Szczecinie, w 1987 r., podczas spotkania z alumnami, księżmi i zakonnikami. I chociaż mieliśmy wówczas kolejki przed sklepami, a żywność i benzynę sprzedawano na kartki, duchowni usłyszeli: „Nie można autentycznie głosić Ewangelii ubogim, nie zachowując właściwego dla swego powołania ubóstwa. (…) Musicie być solidarni z narodem. Stylem życia bliscy przeciętnej, owszem, raczej uboższej rodziny. Całkowicie oddani Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi, i Jego Kościołowi (…). Z tego będzie was sądził Bóg i wasze sumienie”. Ile z tego zapamiętał polski Kościół: tak hierarchowie, jak wierni?

To pytanie o to, jak wyglądała recepcja nauczania Jana Pawła II, która – choćby z tej racji, że wszyscy słyszeliśmy, co do nas mówił – powinna być bezpośrednia. Tak się nie stało, może dlatego że pełnia recepcji dokonuje się w działaniu – w ten sposób przypominamy nauczanie, ale już osadzone w konkretach. Nie twierdzę, że tamte słowa nie odbiły się w rzeszach przeżywających papieskie pielgrzymki żadnym echem. Przeczy temu doświadczenie wielu ludzi – ale właśnie: ludzi, bo wspólnoty i instytucje pod wpływem samego słuchania się nie zmieniają. Taki los – niezrozumienia albo zapomnienia – spotkał posłannictwo, które przeżyliśmy o wiele mocniej niż papieskie nauczanie na temat ubóstwa, a mianowicie umieranie i śmierć Jana Pawła II. Wydawało mi się, że ono będzie kamieniem milowym w myśleniu o opiece nad umierającymi i miejscu w społeczeństwie osób, które są pozbawione kompetencji do samodzielnego życia.

Miała się stać naszym udziałem metanoja…

A było przede wszystkim wielkie poruszenie emocjonalne. Najpierw negowaliśmy możliwość śmierci „naszego Papieża”, kiedy czas był na to, by go ostatni raz wysłuchać i pożegnać. Kiedy zmarł, jeszcze w czasie żałoby, zaczęło się budowanie pomników, ale wedle najmniej odpowiednich wzorców – zachowywaliśmy się jak rodzina, która wyżywa się w tym, by temu, z kim się musiała rozstać, postawić drogi nagrobek ponad stan. Zabrakło przypominania i uczenia się tego, co nam pozostawił w duchowym spadku. Zapomnienie dotknęło także problematyki społecznej, przecież niesłychanie ważnej dla autora encyklik Laborem exercens i Sollicitudo rei socialis oraz duchowego orędownika związku Solidarność. Poza szwankującą recepcją trzeba jeszcze przypomnieć, że Kościół nie jest instytucją, w której możliwe byłoby sprawne przeprowadzanie zmian. Od zakończenia Vaticanum Secundum upłynęło już prawie pół wieku, a przecież daleko nam do rezultatów, o których moglibyśmy powiedzieć, że są owocem przeorania kościelnej świadomości. Wciąż uważamy, że jeszcze na wszystko przyjdzie czas… W polskim Kościele nie bez znaczenia jest i to, że nadal rządzą nim ludzie, którzy otrzymali nominacje biskupie nie tylko przed ’89 rokiem, ale nawet przed powstaniem Solidarności. Świadomość, w jak dużym stopniu Kościół jest gerontokracją – a jest nią przynajmniej od XIX w. – pozwala sporo zrozumieć. Choćby to, że młodzi ludzie są kształtowani przez osoby wiekowe, które nieraz uważają, że współczesny świat z jego problemami (którego często nie miały okazji poznać) jest obcy i zagrażający. Skoro tak, mniej zagadkowy staje się też rozwód między twórczą teologią, która rozgląda się na wszystkie strony świata, a Kościołem instytucjonalnym.

Tyle że nauczanie o ubogich jest obecne w Kościele co najmniej od momentu, kiedy Jezus opowiedział przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu. Św. Grzegorz Wielki, papież i doktor Kościoła, napisał w komentarzu do niej: „Co dnia możemy znaleźć Łazarza, jeśli go szukamy, i co dnia go napotykamy, nawet jeśli go nie szukamy. Ubodzy pojawiają się przed nami w niestosownej chwili i proszą o coś, oni, którzy będą mogli wstawiać się za nami ostatniego dnia…”. Co więc tutaj przypominać, skoro to żadna nowa nauka, której przyswojenie wymagałoby czasu?

Przypomnę słowa, które usłyszał Jezus po jednej ze swoich nauk: trudna jest ta mowa, któż jej może słuchać… I to się powtarza za każdym razem, ilekroć dotykamy czegoś, co przejmuje ludzi do żywego. Co jest ważne, ale trudne w realizacji. To też, niestety, nie podważa mojej tezy o gerontokracji – całe połacie Kościoła, w których nauczanie o ubóstwie ma uzasadnienie społeczne, nie były dotąd dowartościowane. Miałam szczęście poznać na Soborze dom Héldera Câmarę, ordynariusza diecezji Recife, stolicy prowincji Nord-Este, wówczas najbiedniejszego regionu Brazylii.

„Biskup faveli”, jak go nazywano, który niestrudzenie upominał się o prawa ludzi żyjących w nędzy. Jego mieszkaniem była przykościelna zakrystia, nie miał samochodu, a z oznak biskupich nosił tylko drewniany krzyż.

Jego prostota była najwierniejszym świadectwem tego, komu chciał służyć – biednym. Héldera Câmarę rozpoznaję w papieżu Franciszku, jakby tamten był jego wzorem i nauczycielem, choć nie wiem, czy się w ogóle znali. Obaj przenoszą w sobie echo głosu swoich wiernych i ich potrzeb. Jan Paweł II mówił w Szczecinie: „Nie można autentycznie głosić Ewangelii ubogim, nie zachowując właściwego dla swego powołania ubóstwa”. I, jak przypuszczam, miał na myśli nie tylko posiadanie skromnych zasobów, także umiejętność dzielenia się tym, co się posiada, czy prostotę sposobu bycia. To nie przypadek, że właśnie papież z Ameryki Łacińskiej kładzie nacisk na te elementy nauczania. On wie, czym jest łamanie się struktur, które nie są w stanie udźwignąć Ewangelii w warunkach niesprawiedliwości, jaka dominowała i wciąż dominuje w niektórych krajach jego rodzimego kontynentu. I że w takich warunkach sprawdza się jedynie duszpasterstwo bliskie ludziom – Kościół musi być ubogi dla ubogich, korzystać ze skromnych środków.

Wie, czym jest nędza – dla nas pojęcie zapomniane. Jak pisał w liście na tegoroczny Wielki Post: „Nędza to nie to samo co ubóstwo; nędza to ubóstwo bez wiary w przyszłość, bez solidarności, bez nadziei”. I wyróżnia trzy rodzaje nędzy: materialną, moralną to pojęcie dopiero po transformacji, kiedy przez lata nie wiedzieliśmy, jak pomóc ludności, która została pozostawiona sama sobie po rozwiązaniu Państwowych Gospodarstw Rolnych.

I stanęliśmy przed problemem dziedziczenia biedy czy patologicznego alkoholizmu – nędzy, która prowadzi do degrengolady, bo odbiera ludziom godność. Zadaniem ubóstwa jest niedopuszczenie do sytuacji, kiedy żądza posiadania staje się dominującym motywem działania. Dlatego Kościół ma być ubogi, czyli ma żyć w stanie wolności od pokładania nadziei w „koniach i pieniądzach”. Bo szansa tkwi nie w środkach bogatych, ale w bliskim byciu z ludźmi i bezpośredniości, wolności od tromtradracji kościelnej, przejawiającej się w strojach czy tytulaturze. Z uśmiechem przeczytałam informację o „wielkim wydarzeniu”: papież spowiada się w kościele, przy konfesjonale, jak każdy wierny.

A właściwie dlaczego nas to dziwi?

No właśnie: dlaczego nas dziwi prostota, z jaką papież włącza się do publicznego aktu pokuty przez przystąpienie do konfesjonału? Przecież to powinno być czymś w Kościele naturalnym… Powiem więcej: w sile prostych gestów tkwi tajemnica, która sprawia, że każdy człowiek jest na nie wrażliwy, brak mu tylko okazji, by się tą wrażliwością cieszyć. W moim przekonaniu Franciszek praktykuje kardynalną zasadę pedagogiczną, wedle której do ludzi przemawia się nie tylko słowami, ale także wspólnym działaniem. Dopiero za sprawą połączenia słów i gestów skutki wychowawcze są najbardziej trwałe. Ileż słów musiałoby paść, by wyłożyć w kazaniu wszystkie te kwestie, którym Franciszek dał wyraz, umywając nogi dwunastu osadzonym, w tym muzułmance, w rzymskim więzieniu dla nieletnich, w Wielki Czwartek 2013 r.? A czy my potrafimy tak wyrażoną prawdę wypowiedzieć własnymi gestami, tak by nauczanie Franciszka rozeszło się szeroką falą?

W naszej neoliberalnej rzeczywistości?

Innej, przynajmniej w Polsce, na razie nie mamy. Tyle że nauczanie językiem symbolicznym nie może się ograniczyć li tylko do materialnego naśladownictwa – ascetyka chrześcijańska wręcz przekonywała, że nie wolno naśladować świętych, jeden do jeden, powtarzając ich praktyki. Trzeba odnaleźć własną formułę wyrażenia tego samego. Swoją drogą: nie wiem, jak bym zareagowała, gdyby proboszcz przyszedł do mnie z prośbą, by mu załatwić wstęp do więzienia na Rakowieckiej, gdzie pracuję z więźniami, bo on chce dwunastu z nich umyć nogi. Czy więźniowie w ogóle zgodziliby się na taki gest? Chyba najpierw trzeba byłoby dłużej z nimi pracować, zdobyć zaufanie, by nie poczuli się potraktowani jak narzędzia – jak ozdobniki Wielkiego Czwartku. Ale nam to nie grozi, duchownym daleko do takich gestów.

A jak blisko – my, polski Kościół – jesteśmy realizacji „preferencyjnej opcji na rzecz ubogich”, która była tak ważna dla bp. Câmary, ale też Jana Pawła II? Podczas pielgrzymki w 1999 r., kiedy najgorszy czas transformacji mieliśmy już za sobą, choć ofiar wciąż nikt nie liczył, papież użył tego pojęcia w homilii wygłoszonej w Ełku, przypominając, że „rozwój i postęp gospodarczy nie może dokonywać się kosztem człowieka (…). Musi to być rozwój, w którym człowiek jest podmiotem, czyli najważniejszym punktem odniesienia. (…) Kościół współczesny głosi i stara się realizować miłość i opcję preferencyjną na rzecz ubogich. Nie chodzi tu tylko o przelotne uczucie, o jakąś doraźną akcję, ale o rzeczywistą i trwałą wolę działania na rzecz dobra ludzi będących w potrzebie i pozbawionych niejednokrotnie nadziei na lepszą przyszłość”.

Oby tak było! To kwestia ustawienia priorytetów Kościoła i państwa, o których najłatwiej będzie mi opowiedzieć, przypominając losy niedawnej akcji audiodeskrypcyjnej – miała ona udostępnić dzieła filmowe i teatralne osobom z dysfunkcjami wzrokowymi i słuchowymi. Instytucji, która się tego podjęła, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego odmówiło dotacji w wysokości 800 tys. złotych. Ponoć jesienią, gdy pojawią się pieniądze unijne, jest szansa jej otrzymania i rozpoczęcia prac. Decyzja zbiegła się z informacją o przyznaniu 6 mln złotych na budowę muzeum pod kopułą Świątyni Opatrzności Bożej. Z tego wynika, że niewidomi i głusi muszą / mogą poczekać… Ważniejsza jest budowa kolejnej świątyni – de facto niepotrzebnej, bo duszpastersko ta dzielnica Warszawy jest obsłużona – oraz kolejnego muzeum Jana Pawła II. Zamiast komentarza przypomnę słowa tego, którego tak chcemy upamiętniać: tylko ubóstwo może uratować Kościół. A do słów Jana Pawła II wypowiedzianych w Ełku można dodać to, co napisał w encyklice Laborem exercens: praca ludzka nie jest towarem. Jeśli ją kupujemy – to już dodaję od siebie – to za dobrą cenę, bo nie wypada jej zaniżać. Oczywiście jest to śmieszny idealizm, bo cenę pracy ustala rynek, niemniej płaca ma być adekwatna do poniesionych nakładów i poziomu zaangażowania, a przez to zapewnić godne życie temu, kto ją świadczy. Jestem przywiązana do tego przekonania zwłaszcza w odniesieniu do pracy opiekuńczej wykonywanej przez rodziców osób niepełnosprawnych i starszych, pielęgniarek, salowych. Ich praca wymaga dużo więcej niż tylko kompetencji, także cierpliwości, oddania, by nie powiedzieć: serca. I stosownie do tego powinna być wynagradzana.

„Nas na to nie stać” – słyszymy od ćwierć wieku w kraju, w którym Kościół przeznacza sporo energii na walkę z in vitro i warunkami dopuszczalności przerywania ciąży. A na ile jest wiarygodny, przekonując, że należy poprzestawać na małym i przedkładając „być” nad „mieć”, jeśli zaspokajaniu roszczeń przez kościelną Komisję Majątkową kres położyły dopiero dochodzenia prokuratorskie? Przypomnę definicję ubóstwa: ubodzy Pana Najwyższego to ci, którzy nic prócz Niego nie mają i w Nim pokładają nadzieję. On sam chciał, by jego uczniowie nie mieli torby ani trzosa, ani nawet drugiej pary sandałów. Ale bądźmy realistami – samochód też jest przydatny w misji, choć nie musi to być najnowszy model prestiżowej marki. Może wystarczyłoby nawet…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Praca