Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Praca czy zawód?

Premier zarabia ok. 20 tys. zł, pensja minimalna wynosi ok. 1600, a średnia płaca w sektorze przedsiębiorstw – około 4 tys. zł. Zarobki w Polsce, mimo iż są zróżnicowane, nie wyjaśniają więc przyczyn faktycznych nierówności w dochodach. Gdzie zatem leży źródło tego zjawiska?

W okresie PRL-u blisko połowa społeczeństwa zatrudniona była w przemyśle. Dlaczego rok 1989 stał się początkiem końca epoki robotniczej?

Globalne trendy nałożyły się na lokalne procesy transformacji ekonomicznej. Kiedy zaczęły padać wielkie zakłady przemysłowe, okazało się, że ludzie są nieprzygotowani do zmiany zawodu. W PRL-u pozycja społeczna robotnika, dostęp do dóbr zależały nie tyle od kwalifikacji formalnych, takich jak wykształcenie, doświadczenie zawodowe, ile od usytuowania w gałęzi gospodarki. Jeżeli byłeś szczęściarzem i pracowałeś w tych branżach, które były politycznie preferowane – energetyce, przemyśle ciężkim, górnictwie – miałeś znacznie lepszą sytuację niż ludzie zatrudnieni np. w fabryce włókienniczej w Łodzi. Zasadnicze szkoły dobrze wywiązywały się z zadania kształcenia w wąskim profilu zawodowym, ale nie uczyły samodzielnego nabywania innych kwalifikacji. To jest umiejętność, którą daje liceum lub technikum. Oczywiście robotnicy Warszawy, Trójmiasta czy Górnego Śląska byli w o wiele lepszej sytuacji niż pracownicy mniejszych ośrodków, patrząc jednak na te przemiany w skali makro, można powiedzieć, że cała ta klasa zapłaciła koszty zmian. W okresie PRL-u robotnicy stanowili ok. 40% populacji, dzisiaj jest to znacznie mniej. Rewolucja pożarła własne dzieci.

Co w dobie transformacji decydowało o sukcesie? Jakie znaczenie miały czynniki demograficzne, a jakie indywidualny kapitał wyniesiony z domu?

Na początku lat 90. jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać małe zakłady. Wbrew temu, co się czasami mówi, nie tworzyła ich żadna nomenklatura, tylko klasa robotnicza. Nomenklatura uwłaszczała się gdzie indziej, np. przejmując małe i średnie zakłady przemysłowe i instytucje finansowe. Pierwsi mikroprzedsiębiorcy wywodzili się z klasy robotniczej. Co decydowało, że jeden robotnik przez 20 lat pił wódkę, a drugi rozwijał w tym czasie własną firmę? Tutaj wchodzimy już na poziom cech indywidualnych, szerzej rozumianego kapitału ludzkiego i rodzinnego. Czy miał na tyle dużą wiedzę ogólną, aby zrozumieć kwestionariusz podatkowy albo umiał podjąć ryzyko? Kiedy przeanalizujemy indywidualne historie, okaże się, że decydujące znaczenie miały: z jednej strony struktura gospodarstwa rodzinnego, z drugiej – wykształcenie, z trzeciej – usytuowanie geograficzne. Jeżeli miała Pani czworo dzieci i mieszkała w Braniewie, to po zamknięciu jedynego zakładu przemysłowego zostawała Pani bez środków do życia. Bo jak tu wyjechać z czwórką dzieciaków i mieszkaniem komunalnym, którego nie da się sprzedać? To jest moim zdaniem ogromnie niedoceniony czynnik: przecież my w PRL-u byliśmy niczym chłopi pańszczyźniani, przypisani do mieszkania. Kawaler czy panna mogli coś pokombinować, byli bardziej mobilni. Jednak dla większości ludzi brak rynku mieszkaniowego był strukturalnym czynnikiem uniemożliwiającym zmianę. PRL-owska propaganda wmawiała nam, że w komunistycznym ustroju wszyscy mamy takie same szanse rozwoju. I myśmy w to uwierzyli. Tymczasem jest to absolutna nieprawda i nic się pod tym względem przez ostatnie 25 lat nie zmieniło. Lepsze wyposażenie procentuje i wyjaśnia zróżnicowanie dochodów i pozycję społeczną. Niedawno robiłem badania wśród mieszkańców kilku powiatów. Liderzy tych lokalnych społeczności mają w swoich biografiach coś, co wyróżnia ich spośród ogółu społeczeństwa. Ludzie ci, poza cechami indywidualnymi, na ogół mieli o wiele lepszy punkt startu przygotowany przez dom. Ojciec jednego z przedsiębiorców pełnił funkcję sołtysa. Mimo iż człowiek ten nie miał wyższego wykształcenia, był osobą niezwykle szanowaną, zaangażowaną w sprawy wsi i dzięki temu przekazał swojemu synowi duży kapitał społeczny.

Jaki wpływ na polskie przemiany miały globalne trendy?

W ostatnim trzydziestoleciu notujemy systematyczny spadek liczby pracowników zaliczanych do klasy robotniczej (working class). Proces ten jest obserwowany na całym świecie, choć w gospodarkach o dłuższych od naszej tradycjach wolnorynkowych rozpoczął się wcześniej, po kryzysie naftowym pierwszej połowy lat 70. Zatrudnienie w wielkim przemyśle, szczególnie w tradycyjnych branżach, stale maleje. Wzrasta natomiast w małych i średnich firmach oraz w usługach. Osłabieniu ulegają także klasyczne, związkowe formy reprezentacji pracowniczej. Mimo iż niektórzy twierdzą, że pojęcie „zawód” traci dziś swój tradycyjny sens, opisy społeczne wciąż odwołują się do struktury społeczno-zawodowej, bo na razie nic lepszego nie wymyśliliśmy. Dawniej zawód kojarzył się z dyplomem, był powiązany z wykształceniem. Dziś coraz częściej pytamy o pracę. To rozróżnienie świetnie widać w języku angielskim. Mało kto zagaduje: What’s your occupation? (Jaki jest twój zawód?), zwykle pada pytanie: What’s your job? (Jaka jest twoja praca?). Stare podziały klasowe oparte na zawodach rozmywają się. W PRL-u operator maszyn należał do zawodów wykwalifikowanych. Dzisiaj prawie każdy potrafi prowadzić samochód. A jeżeli tak, to ile czasu trzeba, aby nauczyć się obsługiwać koparkę? Dwa tygodnie? Niegdyś miejsce w społecznej hierarchii wyznaczało urodzenie, dziś podobnie jak w PRL-u wciąż jest to zawód, przede wszystkim dlatego, że określa on inne ważne z punktu widzenia społecznej hierarchii elementy, np. dochody czy wykształcenie. Rynek pracy zaczyna się dzielić z jednej strony na pracowników wysoko płatnych i posiadających stałe zatrudnienie, do grupy tej zalicza się szeroko rozumiany management, średnią kadrę kierowniczą, specjalistów, małych i średnich przedsiębiorców, z drugiej – na pracowników peryferii, którzy są słabo opłacani, zatrudniani na krótkotrwałe umowy, niepewni swego losu.

Ci pierwsi to nowa klasa średnia?

Kiedyś najzamożniejszą warstwę tworzyli posiadacze wielkiego kapitału, klasa średnia skupiała właścicieli sklepów, drobną manufakturę. Niżej byli pracownicy najemni. Ten podział wciąż ma zastosowanie, ale w ostatnim czasie powstała warstwa, którą określamy mianem nowej klasy średniej. Swoją niezależność zyskuje ona nie za sprawą własności, ale dzięki wiedzy i wysokim kwalifikacjom. A zatem warstwa ta jest dziś szeroka i zróżnicowana, również pod względem wysokości dochodów. Jak więc określić jej status materialny? Najprościej mówiąc, są to ludzie, którzy nie mają trosk materialnych. Nie chodzi o to, że są bogaci, część z nich żyje skromnie, ale ludzie ci nie muszą liczyć, czy starczy im do pierwszego. Nie żyją w lęku przed utratą pracy, bo – w normalnych warunkach rynkowych – mogą mieć pewność, że prędzej czy później znajdą nową.

Do tej drugiej grupy osób pracujących należą natomiast pracujący ubodzy (working poor). Czy Pana zdaniem jest to nowe zjawisko, właściwe dla ustroju wolnorynkowego?

Według oficjalnych danych w Polsce ok. 6% gospodarstw domowych znajduje się w głębokiej biedzie, czyli ich dochody są poniżej minimum egzystencji. Sfera ubóstwa (zagrożenia biedą) jest oczywiście większa. Te 6% trzeba interpretować jako co najwyżej 6%, gdyż jakaś część biednych ma ukrywane dochody (np. z szarej strefy) i de facto znajduje się w lepszej sytuacji, niż to przedstawia. Niemniej znaczący obszar biedy i jeszcze większy obszar niedostatku to powód do zbiorowego wstydu. Nie chodzi tu o brak środków, choć nie mamy ich w nadmiarze, lecz o to, że nie mamy strategii, jak z biedą walczyć. Wszyscy się zgadzają, że nasz system wspierania i niesienia pomocy jest źle pomyślany, że mamy elementy tzw. kultury ubóstwa: osoby żyjące w biedzie wytworzyły swój własny, częściowo spatologizowany mikroświat, który jest transferowany na następne pokolenia; a mimo to wciąż nic się nie zmienia. Muszę przy tej okazji podkreślić jedną rzecz, bo to akurat nie jest akcentowane. Otóż w Polsce dokonała się nietypowa rewolucja: w wymiarze politycznym rewolucja polegała na przejściu od komuny do demokracji, w wymiarze gospodarczym – od upaństwowionej, centralnie kierowanej gospodarki do kapitalizmu. Nie dokonała się natomiast trzecia rewolucja – rewolucja społeczna. W klasycznych rewolucjach zmienia się społeczna hierarchia: ci, którzy byli na górze, lądują na dole, a ci, którzy byli na dole, są na górze. Ani w Polsce, ani w innych krajach bloku sowieckiego niczego takiego nie obserwowaliśmy. Kto miał źle w PRL-u, ma źle dzisiaj, kto miał dobrze w PRL-u, ma dobrze również i dzisiaj. Prof. Elżbieta Tarkowska obala mit, że w PRL-u nie było biedy. Ona była, ale ukryta. Jeżeli bezdomny był przyłapany na grzebaniu po śmietnikach, to milicja natychmiast wsadzała go na dołek. Po 1989 r. bieda stała się widoczna. Zmieniła się społeczna świadomość.

Czy omówione przez Pana podziały na rynku pracy pogłębiają rozwarstwienie naszego społeczeństwa?Często słyszymy, że w Polsce mamy efekt św. Mateusza: bogaci się bogacą, a biedni biednieją. Żadne dane tego nie potwierdzają! Od co najmniej 10 lat nie obserwujemy w Polsce wzrostu nierówności. Wahania są na poziomie drugiego miejsca po przecinku. Owszem, utrzymywanie się nierówności nie jest dobre, ale nie wmawiajmy ludziom, że one się pogłębiają. Druga rzecz: czy nierówności są wielkie czy nie? Najbardziej znanym miernikiem jest współczynnik Giniego, który…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Praca