W 1970 r. krakowski reportażysta Jerzy Lovell opublikował zbiór tekstów, które podejmowały unikany dotychczas w PRL temat mniejszości narodowych i etnicznych w powojennej Polsce. Państwo pozbawione wschodnich, idealizowanych, ale wywołujących napięcia terytoriów uciekło w politykę, którą określał wygodny neologizm: „autochton”. Autochtoniczność definiowała mniejszości jako rdzenne, regionalne grupy, odbierając im prawo do kontekstów narodowych.
W reportażach Lovella zabrakło miejsca dla polskich Tatarów, choć autor pozwalał sobie na odważne wycieczki nawet w stronę problematyki Śląska Cieszyńskiego. Dopiero rok po ukazaniu się książki Polska, jakiej nie znamy Maciej Sieński przypomniał o Tatarach w filmowym dokumencie, zaś społeczne życie Tatarów po wojennej zapaści zaczęło się odbudowywać w latach 90. W podlaskich Kruszynianach mieszkała wówczas już tylko jedna muzułmańska rodzina. Dziś jest ich trzy, ale niektóre działki przygotowane są pod budowę, a na tatarskich bajramach (świętach) pojawia się cały tłumek polskich muzułmanów.
Kraj Tatarów
Ziemia schludnych drewnianych wiosek, niezeszpecona pstrokacizną reklamowych posterów, za zabudowaniami prawosławnego monastyru w Supraślu przechodzi w leśny trakt znaczony przy kolejnych odnogach krzyżami zarówno katolików, jak prawosławnych. Do tatarskich Kruszynian jedzie się przez Puszczę Knyszyńską, a później zarośnięte młodym lasem pola, aleje niespotykanie strzelistych brzóz i lip, a w końcu drogowskazy z mickiewiczowskimi nazwami: Kundzicze, Ciumicze, Łapicze. Granica z Białorusią przebiega zaledwie kilka kilometrów stąd. Ziemie Tatarów Wielkiego Księstwa Litewskiego podzielone są dziś między trzy kraje, ale rodziny z Polski, Białorusi i Litwy wciąż utrzymują kontakty.
„Wszystkie drogi prowadzą tu do Dżennety. No i do meczetu” – mężczyzna dźwigający na plecach wiązkę trzciny, a w dłoni magnetofon grający przeboje lat 80., mówi pełnym białoruskich wtrętów dialektem. „Czy mamy do czynienia z renesansem Tatarów polskich? Za wcześnie, by odpowiadać na takie pytania” – Dżenneta Bogdanowicz, właścicielka restauracji i agroturystycznego gospodarstwa Tatarska Jurta, jest osobą znaną nie tylko w Kruszynianach i może dlatego jej dom kojarzy się z hasłem „Tatarzy” nawet szybciej niż meczet. „Tak naprawdę uwagę na nas zwróciło tatarskie jedzenie”. Dżenneta jest niewysoka, ma nieco orientalne rysy, błękitne oczy, uśmiech z jej twarzy nie znika nawet na sekundę. W swoim gospodarstwie ma pieczę nad wszystkim, znikając co chwilę w kuchni prowadzonej przez trzy córki albo wysyłając do stajni zięciów – jak przystało na potomków koczowniczego ludu, Bogdanowiczowie trzymają konie. Nużące wyjazdy na festyny i regionalne jarmarki, gdzie wszyscy najpierw omijali szerokim łukiem podlaskie kulinarne dziwolągi, nagle przyniosły rezultat. Bogdanowiczowie pokazali swoje kołduny, jagnięcinę z pilawem i pierekaczewniki w paru programach telewizyjnych, a potem zainteresowanie już tylko rosło. „Zaprzyjaźniliśmy się nawet z Robertem Makłowiczem, ale przecież nie chodzi tu o kuchnię – zaperza się Dżenneta Bogdanowicz. – Powrót od zawsze był moim marzeniem”.
Tradycja historyczna datuje osadnictwo Tatarów krymskich w Wielkim Księstwie Litewskim na XIV w. i przypisuje je okresowi panowania księcia Witolda. Jest nawet wielce prawdopodobne, że w trakcie koronacji Władysława Jagiełły królowi towarzyszył na Wawelu przyboczny orszak tatarski. Ale kupcy ze Wschodu docierali na Litwę i Ruś Czarną już 200 lat wcześniej. Do księstwa uchodzili przedstawiciele ważnych rodów w czasie walk o władzę w Ordzie. Chan Tochtamysz musiał np. uciekać na Litwę po klęsce w bratobójczej bitwie z Timurem. Tatarski oręż walczył po stronie Rzeczypospolitej w wielu przełomowych momentach – od Grunwaldu poczynając, poprzez potop szwedzki, aż po powstanie kościuszkowskie, gdy wielu Tatarów zginęło na Pradze w walkach z wojskami Suworowa. W pierwszej połowie XVIII w. chorągwie tatarskie zaczęły się nazywać ulanowskimi – od nazwiska jednego z dowódców – Aleksandra Ułana. Z czasem przyjęła się doskonale nam znana nazwa wojsk ułańskich: zaczęto tak określać w armiach europejskich rodzaj lekkiej kawalerii walczący lancami.
Tatarzy mają w zwyczaju powracać do swoich domów. Nawykli do przemierzania stepu wojownicy znaleźli swoją ojczyznę pośród puszcz dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przed wojną Jakubowscy – rodzina, z której pochodzi Dżenneta – zamieszkiwali Kleck pod Baranowiczami. Był to szanowany ród skoligacony z najwybitniejszymi postaciami przedwojennego tatarskiego światka, m.in. z religijnym liderem społeczności, wykształconym w Kairze Alim Woronowiczem. Po wojnie los rzucił Jakubowskich do Wielkopolski. „Wiedziałam, że wrócę na tatarską ziemię, choć przecież Kleck odcięła granica białoruska” – mówi Dżenneta.
Dżafer Jakubowski, brat Dżennety, pomaga jej przy Tatarskiej Jurcie, ale sprowadził się do Kruszynian na stałe dopiero kilka lat temu. „Nie jestem tu jeszcze w pełni u siebie – mówi, gdy zbieramy razem miętę do aromatycznej herbaty przygotowywanej dla gości Jurty. – Ale chciałbym być”. Dżafer wrócił na tatarski spłachetek ziemi po latach spędzonych w Gdańsku. Rozmowa na chwilę pozornie odchodzi od spraw małej ojczyzny. „W Kruszynianach z niepokojem nasłuchuje się wieści z Krymu. Pamięć Tatarów jest naprawdę długa – mówi Dżafer. – Wrócili na Krym po wygnaniu przez Stalina, wracają na Podlasie do swoich meczetów”.
Łączy te dwa światy zadziwiająco dużo. Stryj Dżennety i Dżafera Murat Jakubowski-Jakupoglu w 1939 r. wyjechał z okupowanej Polski do Stambułu i zaprzyjaźnił się tam z politycznymi liderami Tatarów walczących o odzyskanie Krymu, m.in. z ich niekwestionowanym przywódcą Dżafarem Sejdametem. Piotr Hlebowicz, działacz Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej, wspominał, że stryj Dżennety mówił w Stambule piękną literacką polszczyzną, słuchał codziennie z kasety Sonetów krymskich Mickiewicza i płakał. Jako aktywista polityczny żył między wielkim światem Stambułu a pamięcią małej ojczyzny. Mieszkał więc nad Bosforem, podtrzymywał tam nawet kontakty z tureckimi Polakami z Adampola, ale na starość wylądował w Polsce u Dżennety, by w końcu spocząć na cmentarzu tatarskim w Warszawie.
Kruszyniany i Bohoniki (druga wieś podlaskich Tatarów) są unikatowe, bo mały świat spotyka się tu z wielkim. „Gdzie jeszcze duchowni wychowani w Damaszku, Kairze i Stambule jedzą jajka od jednej kury razem z białoruskimi chłopami?” – pyta Dżafer, który sam jako pracownik Stoczni Północnej w Gdańsku strajkował w 1980 r. i świadkował początkowi końca polskiego komunizmu. Dziś obrusza się na pytanie, czy dołączył do długiej listy Tatarów, którzy uczestniczyli w polskich zrywach niepodległościowych. Kończymy zbierać miętę na ziemi należącej do rodziny Assanowiczów. Tatarskie działki rozsiane są w różnych miejscach, a właściciele zamierzają się pobudować i dołączyć do trzech muzułmańskich rodzin zamieszkujących teraz Kruszyniany. Następny ma być Szarejko.
W czasie I wojny światowej okazało się, że losy Tatarów litewskich (a właściwie już polsko-litewskich) znów potrafią oddziaływać na losy środkowo-wschodniej Europy. Po wiekach sprzęgły się one znów z losami Tatarów krymskich.
W wyniku rewolucji i wojny domowej ludność czarnomorskiego półwyspu zapragnęła swojego państwa. Gdy w 1918 r. wojska niemieckie opanowały Krym, pod auspicjami Demokratycznej Republiki Krymu powołano rząd, na czele którego stał polsko-litewski Tatar Maciej Sulkiewicz – wcześniej dowódca I Korpusu Muzułmańskiego. W rządzie Sulkiewicza zasiadali również inni Tatarzy polscy: minister sprawiedliwości Aleksander Achmatowicz, wiceminister spraw wojskowych gen. Aleksander Milkowski i minister dóbr państwowych Aleksander Bohusiewicz. Inny polski Tatar, Aleksander Mucharski, był redaktorem wpływowego pisma tatarskiej partii niepodległościowej.
Po upadku rządu Sulkiewicza wielu Tatarów polsko- -litewskich pozostało na Krymie i współpracowało z władzami w okresie panowania białej Armii Ochotniczej gen. Denikina. Inni opuścili Krym, by walczyć o niepodległy Azerbejdżan. Maciej Sulkiewicz był szefem sztabu armii, dopóki Republika Azerbejdżanu nie upadła pod naporem bolszewików. Sulkiewicza rozstrzelano w 1920 r. w Baku.
W czasie wydarzeń rewolucyjnych uaktywnili się również Tatarzy polsko-litewscy na północy cesarstwa. W Piotrogrodzie powołano specjalny komitet, na czele którego stanął prawnik Aleksander Achmatowicz. Po kilku miesiącach działalność zawieszono, by odnowić ją w 1919 r. pod szyldem Centralnego Komitetu Tatarów Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy. Reaktywowana organizacja udzieliła poparcia działalności polskich władz w Wilnie, a prezes Achmatowicz przekazał Naczelnemu Wodzowi Piłsudskiemu propozycję stworzenia odrębnej jednostki kawalerii tatarskiej. Już w maju 1919 r. tatarski pułk jazdy objął posterunek na linii demarkacyjnej z Niemcami w okolicy Druskiennik. Służyli tu Tatarzy, Polacy, Żydzi i Białorusini, ale nie ustawano nad wzmocnieniem muzułmańskiego charakteru jazdy. W 1920 r. oddelegowano doń muzułmańskich jeńców wojennych, przeważnie pochodzących z Kaukazu. Wyznawcy Proroka stanowili odtąd już połowę składu jednostki. W maju 1920 r. pułk tatarski wraz z innymi wojskami polskimi i ukraińskimi wkroczył do Kijowa, by w czasie odwrotu bronić Płocka przed bolszewikami. W trakcie wojny polsko-bolszewickiej Tatarzy walczyli także w innych jednostkach. Bohaterskim dowódcą Pierwszej Baterii Artylerii Konnej był ppłk Leon Hózman- -Mirza Sulkiewicz.
Niezwykle interesująca jest także biografia Aleksandra Sulkiewicza. W Warszawie nieopodal Belwederu znajduje się ulica jego imienia, nazwana tak na życzenie Józefa Piłsudskiego. Sulkiewicz, polsko-litewski Tatar, uczestniczył w zjeździe socjalistów polskich w Paryżu, na którym powołano Polską Partię Socjalistyczną. Wspólnie z Piłsudskim przygotowywali druk PPS-owskiego „Robotnika”, a relacje z tamtego okresu mówią, że komendant darzył Sulkiewicza przyjaźnią. To właśnie Sulkiewicz organizował ucieczkę Piłsudskiego ze szpitala wojskowego św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu w roku 1900 r. Dług wobec przyjaciela Marszałek spłacił dopiero zza grobu – w testamencie znalazł się zapis, że ulica położona najbliżej Belwederu ma nosić imię Aleksandra Sulkiewicza.
Bóg jedyny nad wsią trzech wyznań „Lekcje religii dla muzułmańskich dzieci odbywają się w weekendy w Białymstoku i to na pewno ułatwia przekazywanie tradycji i utrzymanie tatarskiej tożsamości w następnym pokoleniu” – trzydziestoparoletni Dżemil Gembicki opiekuje się XVIII-wiecznym drewnianym meczetem oraz mizarem – muzułmańskim cmentarzem. Pomaga mu w tym żona, ale dzieci – syn jest muzułmaninem, a córka po mamie katoliczką – na co dzień uczą się w Białymstoku. W Kruszynianach młodzieży już od dawna nie ma tyle, by utrzymać szkołę. W sezonie zimowym wieś zamieszkuje ok. 70 osób, w letnich miesiącach zjeżdżają dodatkowo starzy gospodarze i goście zakochani w miejscowości. Muzułmański duchowny dojeżdża w święta z Białegostoku, a na miejscu jest tylko ksiądz prawosławny. Nawet katolicy jeżdżą do pobliskich Krynek, choć ksiądz przed świętami objeżdża wsie, by poświęcić posiłki. „Mobilny imam, mobilny ksiądz, mobilny sklep. Trochę jak w stepie”…