Założony przez Konrada blog nosi nazwę „Droga do prostego życia”. Jak ta droga się u Was zaczęła?
Konrad: Myślę, że do prostego życia można zasadniczo dojść na dwa sposoby. Pierwszy prowadzi przez luksus, mam tu na myśli osoby, które żyją na bardzo wysokim poziomie albo starają się go osiągnąć, robią karierę, bogacą się, aż w którymś momencie, stwierdzają, że nie daje im to szczęścia, rezygnują z pogoni za materialnym spełnieniem i wybierają proste życie. Drugi sposób prowadzi przez zaakceptowanie będącej udziałem większości ludzi, zwłaszcza młodych, sytuacji pewnego niedostatku i wynikających z niej ograniczeń. Często świadomość, że na wiele rzeczy nie można sobie pozwolić, szczególnie na progu dorosłego życia, rodzi frustrację. I my także się z nią zmierzyliśmy.
Magdalena: Byliśmy młodym małżeństwem, jeszcze nie mieliśmy dzieci i dopiero zaczynaliśmy pracę zawodową, kiedy spostrzegliśmy, że inne znane nam z duszpasterstwa akademickiego małżeństwa zaczęły kupować mieszkania. Komuś pomogli rodzice, inni mieli pieniądze odłożone przez dziadków, a my na takie wsparcie nie mogliśmy liczyć. Nie mieliśmy też własnych oszczędności. To była pierwsza bolesna obserwacja – nas na to nie stać i przez wiele lat na pewno stać nie będzie. A przecież własne mieszkanie to nie jest jakieś wydumane marzenie. Tak się na tym zafiksowaliśmy, że stanęliśmy na głowie, by znaleźć mieszkanie, na które moglibyśmy sobie pozwolić, zaciągając kredyt. I znaleźliśmy, niewielkie na Ochocie. A potem się okazało, że nie mamy już za co go umeblować. Nie mogliśmy nic kupić, bo spłacaliśmy dług. Konrad wracał bardzo zmęczony z pracy, ja, zajmując się małymi dziećmi, trochę tłumaczyłam po nocach. Wydawało się nam , że nie mamy żadnego ruchu, że nie możemy nawet wyjść do kina, bo nie mamy, z czego zapłacić za opiekunkę. Jednym słowem, przygnębienie i frustracja. I wtedy Konrad zaczął czytać Davida Kortena.
K: Zgadza się, to było w 2002 r. Trafiłem wtedy na jego książkę Świat po kapitalizmie, a w niej po raz pierwszy na termin „voluntary simplicity” i opis ruchu społecznego o takiej właśnie nazwie, który pojawił się w Stanach Zjednoczonych w latach 70. i 80., skupiający osoby świadomie rezygnujące z konsumpcji i starające się żyć w zgodzie ze swoimi rzeczywistymi potrzebami, a nie pragnieniami wykreowanymi przez rynek. Czytałem i zastanawiałem się, na ile również my możemy spróbować tak żyć. Zaczęliśmy o tym rozmawiać i powoli świadomie wchodzić na naszą własną drogę dobrowolnej prostoty.
Co w tej idei okazało się wtedy dla Was najważniejsze?
K: Przede wszystkim to, że akcent pada w niej na słowo „dobrowolna”. Jako Polacy mamy za sobą doświadczenie szarej rzeczywistości PRL-u i w pewien sposób reagujemy alergicznie na głos wzywający do samoograniczenia w zaspokojeniu marzeń o dostatnim życiu. Dlatego bardzo ważne, że jest to prostota dobrowolna, a więc świadomie wybrana i przyjęta, niewynikająca z nędzy. Nie chodzi o to, żeby się pozbawić środków do życia, tylko żeby odnaleźć swoją własną równowagę, żeby mieć tyle, ile potrzeba, nie mniej, nie więcej. Prostota jest dla mnie takim właśnie złotym środkiem między skąpstwem a rozrzutnością.
M: Bardzo ważne jest świadome rozpoznanie swoich potrzeb, ale też poznanie i zaakceptowanie swoich możliwości finansowych. To była druga ważna rzecz, której się nauczyliśmy. Nic się u nas wtedy diametralnie nie zmieniło. Sytuacja bardzo powoli się poprawiała, bo Konrad miał coraz dłuższy staż pracy i dzięki temu większą pensję, ale też rodziły się nam kolejne dzieci, więc nigdy nie mieliśmy tak, żeby nam coś zostawało. Chodzi o to, by znając swoją sytuację finansową, znaleźć taką formę realizacji potrzeb, żeby dało się za nie zapłacić pieniędzmi, które się rzeczywiście ma, a nie szukając wyjścia w dodatkowym zapożyczaniu się, po to tylko, by zrealizować daną potrzebę w bardziej ekskluzywny sposób. Pamiętam, że u nas zaczęło się to od najprostszych rzeczy. Gdy Tereska, nasza najstarsza córka, była malutka, wiele zabawek Konrad robił jej z kartonu: kuchenki, piekarnik czy telewizor, gdzie występowała, przygotowując teatrzyki. Wszystkie te rzeczy widzieliśmy w sklepie. Czasami w wersji plastikowej, tandetnej i tańszej, choć i tak drogiej, ale były też wersje ekskluzywne, drewniane, pięknie pomalowane. Wtedy świadomie zaczęliśmy rezygnować z takich zakupów. Widzieliśmy, jak dziecko może się cieszyć tym, co zostało zrobione przez nas, a za co nie musieliśmy płacić. Jest to też ciekawy sposób na spędzenie z nim czasu. To były nasze pierwsze obserwacje, które mówiły nam, że to jest dobra droga.
Czy wśród Waszych znajomych są rodziny, o których moglibyście powiedzieć, że także żyją w duchu dobrowolnej prostoty?
K: Nie mamy wokół siebie jakiejś większej grupy, choć jest to niekiedy kwestia deklaracji. Wiele osób, które poznajemy i którym opowiadamy o tym, jakimi zasadami się kierujemy, czym jest dla nas dobrowolna prostota, odkrywa, że też stara się żyć podobnie, choć nie zna samego ruchu. Nie chodzi przecież o to, by od linijki mierzyć czyjąś wierność idei. Każdy może ją realizować na swój sposób. W tym tkwi, myślę, istotna różnica między dobrowolną prostotą a minimalizmem, który jest pewną radykalną odpowiedzią na nieumiarkowaną konsumpcję, odchyleniem w drugą skrajność, bo dąży się w nim przede wszystkim do tego, żeby mieć jak najmniejszą liczbę przedmiotów. To sprawia, że często jest traktowany bardzo naiwnie, jako pewna fanaberia i sposób na odróżnienie się młodych ludzi z dużych miast.
Ale jest też bardziej znany niż dobrowolna prostota.
K: Minimalizm stał się przedmiotem zainteresowania mediów, bo robi wrażenie, gdy ktoś ma 7 przedmiotów w plecaku i to mu wystarczy. Ale na dłuższą metę jest to postawa nieżyciowa, a jeśli już, to jest to propozycja dla osób żyjących samotnie. Dla mnie o wiele ciekawsze jest to, co dzieje się z człowiekiem, kiedy zakłada rodzinę, pojawiają się dzieci i zaczyna się kształtować jego droga zawodowa; czy jego idee także wówczas dają się realizować.
Mimo to nie myślałeś kiedyś o tym, by wieść życie minimalisty?
K: Początkowo blog, który założyłem, miał w nazwie słowo „minimalizm”. Nie jest to bowiem idea całkiem odmienna od dobrowolnej prostoty. Wspólny jest im obu postulat ograniczenia posiadania. Wydaje mi się, że dobrowolna prostota obejmuje po prostu więcej wymiarów życia i jako idea istniała zawsze, natomiast minimalizm jest pewną współczesną, bardziej efektowną jej odmianą. W USA minimalizm pojawił się później niż sam ruch Voluntary Simplicity. Gdy zaczynałem się interesować dobrowolną prostą 12, 13 lat temu, wtedy w ogóle nie było minimalistów, pojawili się 7 lat później. W polskiej blogosferze zaczęły powstawać blogi poświęcone minimalizmowi, wzorowane m.in. na słynnym blogu Babauty, jednym z pierwszych o tej tematyce. Nie pojawił się natomiast żaden poświęcony dobrowolnej prostocie, stąd pomysł, by założyć swój i podzielić się tą ideą. Kiedy minimalizm stał się popularny, my byliśmy po prostu już na innym etapie. Samo pozbycie się rzeczy nie było już dla nas celem.
Minimalizm, przez to, że koncentruje się na rzeczach, może stać się fetyszystycznym odwróceniem konsumpcjonizmu. A przecież chodzi o to, by ograniczenie rzeczy było drogą do czegoś więcej, nie celem samym w sobie.
K: Bardzo często, gdy czytamy artykuły o minimalizmie, widzimy, że zatrzymuje się on właśnie na etapie wyrzucania rzeczy i cieszenia się z pustej szafy. Być może to wina mediów, które skupiają się na tym, co najbardziej spektakularne. Najważniejszy jest jednak nie sam akt pozbycia się rzeczy, ale to, jakie motywy kierują człowiekiem i gdzie go to dalej prowadzi. Bo na minimalizm można też spojrzeć jako na przejaw materializmu. Popada się po prostu z jednej skrajności w drugą. Już nie pragnę przedmiotów, tylko się ich boję, reaguję na nie alergicznie, ale wciąż kręcę się wokół tego, co mnie ogranicza, zmieniam tylko wektor ruchu. Widzę jednak, że minimaliści z czasem też zmieniają front i na innych blogach piszą już raczej o prostym życiu. Bo ile też można mówić o przedmiotach? To, co naprawdę otwiera nowe horyzonty i przeobraża życie, to, moim zdaniem, zmiana świadomości, przebudzenie się i zobaczenie, że nie muszę iść utartym szlakiem kredytu, mieszkania, kariery zawodowej, później najczęściej marzenia o własnym domu i jego budowy okupionej nieraz, bo to przecież ogromny wysiłek i finansowy, i logistyczny, uszczerbkiem na relacjach z najbliższymi. Po takim maratonie można się obudzić w wieku 50 lat i uświadomić sobie, że nic mnie już nie łączy z moją żoną, mężem, nic nie wiem o swoich dzieciach, bo zatrzymałem się w myśleniu o nich, gdy miały po 5 lat.
M: Chodzi o to, żeby starać się odnajdywać harmonię w życiu na różnych jego etapach. To jest zadanie na lata. Stworzyliśmy np. sposób „monitorowania” naszych wydatków. Przeczytaliśmy kiedyś, że dobrze jest wszystkie swoje wydatki spisywać, a pod koniec miesiąca stawiać plusy, przy tych, z których jesteśmy zadowoleni i minusy przy tych, których żałujemy. Choć tylko raz udało nam się to zrobić na papierze, wyrobiliśmy sobie z czasem nawyk stawiania takich plusów i minusów w głowie. Mamy też listę, na którą wpisujemy różne przedmioty, odczekujemy minimum 30 dni i sprawdzamy, czy po tym czasie, wciąż widzimy, że rzeczywiście są nam potrzebne. Zdarza się czasem, że żałujemy jakiegoś zakupu lub tego, że w określony sposób spędziliśmy czas – że zmarnowaliśmy naszą energię życiową. Dobrze jest w ten sposób myśleć również o pieniądzach – jako o naszej energii życiowej, bo to nadaje im realnego ciężaru.
K: Trzeba nauczyć się akceptować brak i zrozumieć, że jego wypełnienie wcale nie przyniesie tak wielkiej satysfakcji, jak to sobie w danym momencie wyobrażamy, bo za chwilę pojawi się coś nowego, i tak bez końca. Uczymy się czekać na pewne rzeczy, których brakuje nam już od dłuższego czasu. Nie mamy np. stolika przy sofie, tak żeby można było przy nim usiąść i wypić kawę, nie mamy aparatu fotograficznego. Ale dobrowolna prostota nie jest wrogiem przedmiotów. One są do życia potrzebne, chodzi tylko o to, by nie stawały się jego główną treścią.
Czy wtedy, gdy postanowiliście zacząć żyć zgodnie z zasadami dobrowolnej prostoty, odczuwaliście zniewolenie rzeczami, czy było to raczej niezadowolenie z formy życia?
K: To było raczej zniewolenie pragnieniami, oczekiwaniami, porównywaniem się z innymi, szukanie szczęścia czy satysfakcji w tym, żeby móc sobie na więcej pozwolić, okupione dyskomfortem, że trzeba włożyć w to ogromnie dużo wysiłku przez wiele lat. Rzeczy mogą pochłaniać uwagę, nawet gdy się ich nie ma, bo można o nich bez przerwy myśleć. Przemiana, jaka dokonała się w naszym życiu, była przede wszystkim pewnym procesem duchowym, radykalną zmianą perspektywy, paradygmatów i celów życiowych, która stworzyła przestrzeń do tego, by zajmować się tym, co w życiu ważne. Dla nas to była rodzina i wychowywanie dzieci. Wyraźnym przejawem tych przewartościowań było m.in. to, że w pewnym momencie zrezygnowałem z drugiego etatu, który wcześniej wydawał się nam koniecznością i to, że zdecydowaliśmy się na edukację domową dzieci. Można sobie tłumaczyć, że praca zawodowa, pieniądze, które się zarabia i to, co się za nie kupuje, to wszystko robi się ze względu na dzieci. To poświęcenie jest cenne, ale ono nie przekłada się na jakość relacji, tu potrzebny jest wspólnie przeżyty czas. Nic go nie zastąpi.
Dlaczego zdecydowaliście się na edukację domową?
M: Dzieci były w płatnych placówkach, w przedszkolu i szkole. Obciążało to bardzo dużą część naszego budżetu i po pięciu latach byliśmy wykończeni tym, że tyle wydajemy na edukację. Tkwiliśmy w tej sytuacji, nie widząc alternatywy, aż dowiedzieliśmy się, że jednak jakaś jest.
Nie baliście się, że zamykacie dzieci w kloszu, nie dajecie im możliwości skonfrontowania się z innością?M: Bardzo dużo zależy od tego, jakie życie rodzina prowadzi. Według mnie jedną z zalet edukacji domowej jest właśnie bardzo bogate życie społeczne dzieci, choć nie są to typowo szkolne relacje. Mamy m.in. grupę dzieci edukowanych domowo, w ramach której spotykają się regularnie ze swoimi rówieśnikami na wspólnych zajęciach i warsztatach. Oprócz tego jest jeszcze harcerstwo czy szkoła angielskiego. Na pewno bardzo ważne jest też miejsce zamieszkania, bo gdybyśmy mieszkali na odludziu, to te kontakty byłyby bardziej ograniczone lub wymagałyby od nas bardzo dużo wysiłku logistycznego. Poza tym życie w bloku robi swoje, podwórko jest tutaj ważną częścią uspołecznienia i zdawania sobie sprawy przez dzieci, że ludzie się różnią. K: Jest taki etap, kiedy kształtuje się charakter dziecka, jego patrzenie na świat i myślę, że nie powinno się go za wcześnie ze wszystkim konfrontować. Widzimy, że nasze dzieci po trzech latach edukacji domowej są bardziej pewne siebie, odważniejsze, mają osobiste przekonanie co do różnych rzeczy, które tworzą nasz wspólny system wartości. M: Umieją same dostrzec zagrożenie. Potrafią ocenić brzydotę, wiedzą, jak reagować, gdy coś wydaje im się niepokojące. Potrafią odmówić słuchania czy patrzenia na coś, co je odpycha. K: To…