Teraźniejszość jest najważniejszym czynnikiem
rzeczywistości, bowiem tylko teraźniejszości
przysługuje pełny ontologiczny ciężar
Raimon Panikkar
.
Gdy jesteśmy całkowicie oddani obecnej chwili, to nie
istnieje myślenie i czas.
Jesteśmy w Królestwie Bożym
Kenneth S. Leong
To paradoks, że choć czas, w którym żyjemy, nazywamy teraźniejszością, rzadko udaje się nam doświadczać go w aktualnym wymiarze – w jego „teraz”. Dla współczesnego człowieka uprzywilejowaną kategorią czasu jest bowiem przyszłość.
W medytacji napisanej po odbyciu pielgrzymki na świętą górę Tybetu Kailash Raimon Panikkar konstatuje: „W naszej współczesnej epoce cała ludzka egzystencja płynie w korycie historii. Niemal wszystkie ludzkie działania zorientowane są na cel, nasze życie nastawione na eschatologię. Zdajemy się żyć dla przyszłości, pracować dla przyszłości i działać dla jakiegoś osiągalnego w czasie celu”1. Nic dziwnego, że ta racjonalistyczno-woluntarystyczna epoka, nastawiona na podbój przyszłości, a nie na pogłębienie teraźniejszości, coraz skuteczniej wyobcowuje nas z teraźniejszego doświadczenia bytu. W innym miejscu ten sam autor pisze: „Kredyt, wzrost, wykształcenie dzieci, oszczędności, ubezpieczenie, biznes – wszystko to jest nastawione na później, zorientowane na możliwości mogące się pojawić w niepewnej przyszłości”2.
Można by więc śmiało za Emilem Cioranem nazwać współczesnego Homo sapiens „człowiekiem bez teraźniejszości”. W książce Ćwiartowanie ten rumuński myśliciel tak diagnozuje jego kondycję: „Niezdolny, aby żyć w chwili, lecz jedynie w przyszłości albo w przeszłości, w niepokoju i żalu! W tej sytuacji teologowie są kategoryczni: to właśnie jest warunkiem, a nawet definicją grzesznika. Człowiek bez teraźniejszości”3.
Sedno tak zdefiniowanej grzeszności polegałoby na braku skupienia na obecnej chwili, która jest – zapożyczając słowa od XVII-wiecznego mistyka Jeana-Pierre’a de Caussade’a – „manifestacją istnienia Boga i nadejścia jego Królestwa”, na niedostrzeganiu – jak kontynuuje – że właśnie w tej chwili wytryskuje „tuż obok nas źródło wody żywej”4.
Jako że chwila teraźniejsza stanowi osobliwy punkt, w którym biegnący czas styka się z wiecznością, nieprzypadkowo Stary Diabeł ze znanej książki Claude S. Lewisa namawiał młodego adepta sfery infernalnej, by odciągał ludzi jak najdalej od tego – czasowiecznego – punktu5.
Nie sposób nie przywołać w tym kontekście słów Jana Twardowskiego, który tak pisał o wieczności: „wciąż wieczność była z nami / a nam się zdawało (…) / że czas zmarnowany stale i za krótki”6. Wieczność wciąż jest z nami, ginie jednakże bezpowrotnie wraz z każdą – nierozświetloną dostatecznie przez naszą czujność – chwilą Teraz.
Czy dzisiejszy człowiek, trawiony „śmiertelną gorączką” pośpiechu, może wejść w egzystencjalny kontakt z Bogiem, który jest przecież – według Mistrza Eckharta – got der gegenwerticheit? Nic dziwnego, że ten, tylko w teraźniejszości spotykany, Bóg uznany zostaje za chimerę, która „może – jak pisze Krasiński – pocieszać przyszłością jedynie słabych”7.
Przeciwstawiając się temu wyobcowaniu z teraźniejszości, XX-wieczny mistyk amerykański Joel Goldschmidt pisze: „Istnieje tylko ta chwila – moment Chrystusowości (…). Istnieje tylko jeden czas, w którym możemy żyć, i jest nim teraz, ten moment. To, czym jesteśmy w tym momencie, składa się na całe życie”8. Dla Boga bowiem znaczenie ma tylko to, kim jesteśmy Teraz. Dodatkowo bardzo wyraźnie uprzytamnia to następujący fragment z Geh den inneren Weg. Texte der Achtsamkeit und Kontemplation („Mistyki Niemieckiej”): „Kiedy Bóg widzi, że jesteś do Jego dyspozycji Teraz, to nie patrzy na to, czym byłeś przedtem. / Bóg jest Bogiem teraźniejszości. / Jakim cię znajduje, / takim cię bierze i przyjmuje, / nie jako tego, kim byłeś, / lecz jako tego, kim jesteś Teraz”9.
To bycie gotowym do Jego dyspozycji oznacza z naszej strony zdolność do objęcia pełną miłości uwagą tego konkretnego Teraz – z całą tego przyjemno-bolesną zawartością.
Określenie obecnej formy cywilizacji „racjonalistyczno- woluntarystyczną” – co uczyniliśmy wcześniej – uzasadnia fakt, że angażuje ona w człowieku tylko dwie z jego duchowych władz: rozum (ratio) i wolę (voluntas). Na całkowitą atrofię skazuje zaś trzecią jego dymensję, którą Krasiński nazywa „pneumatyczną gnozą serca” (albo „pneumatycznym sercem” człowieka)10. Ten benedyktyński mnich i uczony przypomina, że istnienie owego – zapomnianego dziś – tertium w ludzkim duchu jest oczywistością dla każdego nie-Europejczyka. Tybetańskim, indyjskim, chińskim i japońskim mistrzom życia duchowego nasza zachodnia psychologia i pneumatologia (ze swym niewystarczającym postrzeganiem w człowieku tylko dwóch głównych duchowych instancji) wydawać się musi w znacznym stopniu sztucznie „okaleczona”. Według nich bowiem – poza dwoma wymienionymi – istnieje w sferze ludzkiego ducha jeszcze „trzecia” potencja, stanowiąca jego prapodstawę (czy też pragrunt), i to ona – w przeciwieństwie do rozumu i woli – posiada prawdziwie „duchowy” i „pneumatyczny” charakter. Mistycy zachodni nazywają tę zdolność „gruntem duszy” (niem. Seelengrund). To w tym duchowym „pragruncie” ludzkiej anima spiritualis rodzą się wszystkie duchowe uczucia, jak entuzjazm, radość, zdziwienie, wdzięczność itd., z miłością na samym szczycie. Jest to także miejsce narodzin „mistycznej, dojrzałej w radosnym wzruszeniu wizji całości”11.
Pokutujący w naszym myśleniu dualistyczny dogmat, redukujący całą duchową rzeczywistość człowieka tylko do tych dwóch zdolności: rozumu (rozmyślającego nad tym, co poznane zostało w przeszłości) i woli (pragnącej przyszłego dopiero dobra), przyczynił się do tego, iż „de facto żyjemy stosownie do naszego wewnętrznego dążenia, naszej intentio, wyłącznie w przeszłości i przyszłości i przechodzimy obojętnie obok Teraz (…) i tym samym także obok rzeczywistości i (…) samego Boga, którego doświadczamy i akceptujemy bądź odrzucamy tylko aktualnie”12.
Woluntarystyczny wektor naszej epoki polega więc na tym, że przedkłada on dynamiczny – oparty na woli – aspekt bytu nad jego konkretnie istniejący aspekt „substancjalny”, umożliwiający bezpośredni kontakt z rzeczywistością, która aktualizuje się zawsze w Teraz. Toteż jej priorytety wyraźnie nie sprzyjają „pogłębianiu istot w istnieniu” (S. Kierkegaard), bowiem takie pogłębianie nie jest możliwe bez zagłębiania się w teraźniejszym doświadczeniu bytu. Nic dziwnego zatem, że zamiast żyć życiem zakotwiczonym w głębi „czasowiecznego” Teraz, błąkamy się po mieliznach mare tenebrarum, „czasu bez finału” (J. B. Metz): toteż zamiast żyć prawdziwie, zaledwie tylko funkcjonujemy.
Wspominamy duchowy „pragrunt”, o którym mówi Wschód i mistycy chrześcijańscy, stanowi archetyp wszelkiego spoczywającego w sobie bytu. „Jest to – powiada Krasiński – prawdziwy grunt, na którym ostatecznie spoczywa i staje się duchowo samodzielna całość, ponieważ dzięki niemu staje się ona »jaźnią«”13. Dopiero po odkryciu prawdziwej istoty samego siebie może człowiek całym ciężarem swego pneuma-psychosomatycznego bytu spoczywać w konkretnym tu i teraz. Ten „miłujący grunt duszy” (Krasiński) stanowi w nas de facto „organ” mistycznego doświadczenia rzeczywistości, który Panikkar nazywa „uważnie miłującą percepcją”. Przypomina się tu Augustiańskie dictum: Amor meus – pondum meum. Wszak to właśnie „bezinteresowna miłość, w przeciwieństwie do zorientowanej ku przyszłości woli, przeżywa, udostępnia i zadowala się swoim dobrem jako już obecnym, nie doświadcza aktualnego Teraz ani jako racjonalnie wymiernej chwili, ani jako wycinka abstrakcyjnego trwania, lecz jako – trwając w niej w spokoju – uszczęśliwiającej pełni jakości, obok których zwykle przebiegamy nieuważnie”15. To oczywiste, że w epoce, w…