Subskrybuj

Zdumienie nad wielkością mrówki

W tym roku akademickim przygotowuję wykład monograficzny z psalmów. Tłumaczę i interpretuję, nie mając przy tym żadnych wyznaniowych wytycznych ani nie czytając poradnika w rodzaju: „Jak przekładać Biblię w katolicki sposób?”. Dlaczego nie zauważam wpływu konfesyjności na moją egzegetyczną pracę?

Ci, którzy wiążą konfesyjność z pracą translatorską, mogliby się zapewne podpisać pod opinią wyrażoną w jednej z internetowych dyskusji: „W języku polskim nie znajdziesz tzw. naukowego przekładu Biblii, który byłby ponad wyznaniowymi racjami. Otóż tłumacze wywodzą się najczęściej z kręgów wyznaniowych o ustalonych kryteriach doktrynalnych, a ponieważ każdy przekład jest swojego rodzaju interpretacją – chce ktoś tego czy nie – więc i końcowy rezultat translacji odzwierciedla określone poglądy tłumacza”1. Zdumienie. To słowo chyba najlepiej oddaje reakcję mojego umysłu, kiedy słyszę, że wiara ma wpływ na przekład Biblii. Zdumienie. Zaskoczenie. Niezrozumienie. A nawet irytacja.

Czytając to, przypominam sobie seminarium naukowe z o. Augustynem Jankowskim, redaktorem Biblii Tysiąclecia, i jego słowa o tym, że na poziomie tekstu biblijnego nie ma żadnej konfesyjności. Wracam też myślą do pięciu lat studiów w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie i trzech lat uwieńczonych doktoratem we Franciszkańskim Studium Biblijnym w Jerozolimie. Nie przypominam sobie, żeby wówczas jakikolwiek profesor stawiał tezę, jakoby przekładu nie dało się oddzielić od wiary.

To prawda, że w pierwszych tomach tzw. komentarzy KUL-owskich do Biblii w bibliografii umieszczano osobno komentarze katolickie i niekatolickie. Jednak podział taki nigdy nie dotyczył przekładów ani opracowań szczegółowych i został wycofany po kilkunastu latach. W najnowszych tomach trudno znaleźć informację, jakiej proweniencji są autorzy cytowanych opracowań. Podobnie ma się sprawa z opracowaniami obcojęzycznymi. Chociaż naukowo zajmuję się Biblią niecałe 15 lat i korzystam tylko z literatury włoskiej, angielskiej, niemieckiej i francuskiej, to zarówno na poziomie translatoryki, jak i egzegezy nie spotkałem opracowań konfesyjnych. Czasem wiedziałem, kim byli autorzy, albo dowiadywałem się, że dany biblista jest Żydem, katolikiem, protestantem albo byłym księdzem, ale nie zauważyłem, żeby miało to wpływ na treść opracowań.

Zdumienie rodzi się także wtedy, gdy myślę o własnej pracy doktorskiej. Analizowałem psalmy 14 i 53 z wielu, możliwie różnych perspektyw2. W rozdziale pierwszym mojej książki, w którym zostały przebadane manuskrypty hebrajskie, tłumaczenia starożytne, a także 50 współczesnych tłumaczeń, wskazuję, że nie ma żadnych podstaw do wiązania wiary z przekładami. Podobne wnioski wysnuwam w ostatnim rozdziale, w którym pokazuję, jak psalmy te interpretowano w tradycji żydowskiej i chrześcijańskiej w ciągu 2 tys. lat. Okazało się, że odczytania są różnorodne, ale różnice wynikają nie tyle z przynależności religijnej, ile ze związku z określoną szkołą egzegetyczną. Ostatecznie dowodzę, że jedyna różnica między judaizmem i chrześcijaństwem polega na tym, iż niektórzy egzegeci chrześcijańscy uznali, że tekst mówi o Jezusie, którego to poglądu judaizm ani nie potwierdzał, ani nie komentował. Znowu występują tu różnice na tle komentarza, a nie przekładu. Co więcej, po skończeniu doktoratu jak nigdy wcześniej uświadomiłem sobie, że pracę tego typu równie dobrze mógłby napisać protestant, Żyd czy nawet ateista. Na takie opracowania wiara nie ma wpływu. Chyba że chodzi o wiarę w to, czy mają one jakikolwiek sens.

Staram się też uczciwie pytać siebie o obecną pracę i jej metodologię. I tu również rodzi się zdumienie. W tym roku akademickim przygotowuję wykład monograficzny z psalmów. W pierwszej fazie pracy porównuję tekst danego psalmu w językach hebrajskim, greckim, łacińskim, kilkunastu przekładach na język polski i na kilka języków obcych. Tłumaczę i interpretuję, nie mając przy tym żadnych wyznaniowych wytycznych ani nie czytając poradnika w rodzaju: „Jak przekładać Biblię w katolicki sposób?”. Dlaczego nie zauważam wpływu konfesyjności na moją egzegetyczną pracę? Tak jak pierwsi chrześcijanie, którzy dowodzili z hebrajskich pism, że Jezus jest Mesjaszem, albo przyjmowali przekład Starego Testamentu aleksandryjskich Żydów, jestem przekonany, że najistotniejsza kwestia to nie tekst ani przekład tekstu, tylko jego interpretacja.

Moje zdumienie rodzi się także z intuicji. Tej intuicji, która mówi, że tłumaczenie jest wyborem, ale wynikającym z różnorodności języków, a nie z różnorodności wyznań. Widząc greckie słowo prezbyteros, zastanawiam się, jaki wariant tłumaczenia będzie lepszy: „starszy”, „ważniejszy”, a może „prezbiter”? Nigdy jednak nie zgodziłbym się na ten ostatni tylko dlatego, że od jakiegoś czasu w Polsce mówi się o księżach „prezbiterzy”. Dlatego kiedy pojawił się przekład Ewangelii według św. Mateusza Antoniego Ożoga, moje zdumienie sięgnęło zenitu. Podtytuł brzmi bowiem: Świecki przekład filologiczny z języka greckiego i hebrajskiego3. Może to początek nowej ery w dziejach translatoryki? Za chwilę pojawi się przekład filologiczny celibatariusza, potem wegetarianina, a następnie tłumaczenie Biblii autorstwa matki dwojga dzieci.

Być może natrafiłem na nieodpowiednich ludzi. Być może sięgałem po trochę inne książki. Być może moja metodologia pracy jest ograniczona. Być może. Dlatego spróbuję przyjrzeć się tym miejscom Pisma, których tłumaczenia mogą być narażone na konfesyjne wpływy.

Translatorski świat różnorodności

Można przypuszczać, że obszarem, w którym konfesyjność będzie miała wielki wpływ na przekład, są imiona biblijne. Gdyby bowiem jakiś katolicki ksiądz opowiadał na kazaniu o Icchaku i wierze w Joszuę, zapewne wzbudziłby tym niemałe zdumienie, a może nawet wywołał oburzenie. I rzeczywiście, w najnowszym przekładzie Tory przygotowanym przez Fundację Ronalda S. Laudera4 postacie noszą imiona Jaakow, Noach, Awraham, Jicchak czy Josef. Kiedy jednak otworzymy przekład Cylkowa, to chociaż znajdziemy tam Icchaka, czytamy również o Mojżeszu, Abrahamie i Jakubie. Co więcej, sam Icchak w Księdze Psalmów pojawia się jako Izaak. A przecież Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, pisze w przedmowie: „Choć powstało kilka przekładów Tory dokonanych przez Żydów na język polski, zdecydowaliśmy o wyborze przekładu Izaaka Cylkowa, ponieważ jest to tłumaczenie najbliższe dosłowności języka hebrajskiego”5. W języku angielskim różnice znikają w sposób uderzający. The Jewish Bible (1985) oddaje imiona w taki sam sposób jak pozostałe znaczące tłumaczenia Biblii: Abraham, Isaac, Jacob, Joseph.

W rozmaity sposób zapisywane jest też samo imię Boga. Pobieżna lektura pozwala stwierdzić, że tłumaczenie „Jehowa” jest typowe dla przekładu świadków Jehowy (Przekład Nowego Świata, 2006)6. Jednak rów-nież w niektórych katolickich tłumaczeniach pozostawione zostało imię Jahwe. Tak jest w Biblii poznańskiej, u Stanisława Łacha (Księga Psalmów) czy w Bible de Jérusalem (Yahvé). Forma Jehowa jest też przecież mocno zakorzeniona w literaturze polskiej minionych stuleci, wystarczy wspomnieć Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego czy Sienkiewicza. Jedynie Żydzi konsekwentnie nie tłumaczą tetragramu, oddając go albo jako „Pan” (The Jewish Bible), albo jako „Bóg” (Pecaric) czy też jako „Wiekuisty” (Cylkow).

Frazą, której przekład może budzić spory, wydaje się ta z Księgi Izajasza 7, 14: „Oto panna pocznie i porodzi syna” (Biblia Tysiąclecia). Nie można jednak suponować, że przy tłumaczeniu tego zdania to chrześcijaństwo wpłynęło na stosowany czasem wybór słowa „dziewica”. To aleksandryjscy Żydzi jeszcze przed narodzeniem Chrystusa zdecydowali…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak wiara zmienia Biblię?