Subskrybuj
Autorka powieści Stancje oraz Dodatkowa dusza, która ukazała się we wrześniu br. Tom jej opowiadań pt. Guguły znalazł się w finale Nagród Literackich Nike i Gdynia, a jego tłumaczenie było nominowane do międzynarodowej Nagrody Bookera.

Za Bożym Stokiem

Amorficzny bebok, stojący poniekąd na straży wiejskiego porządku, skrzydlaty szat-anioł, jak go sobie wyobrażałam, do dziś jest dla mnie uosobieniem lęku przed tym, co nieubłagalnie nadchodzi zza horyzontu, próbuje porządkować świat, który nigdy nie chciał być uporządkowany i nazwany, asfaltuje drogi, buduje kanalizację, nadaje nazwy ulicom.

Na początku była wielka ciemność.

W niej zakwitły ogrody roztoczy.

W ogrodach popłynęła rzeka światła.

.

Poruszyły się słomiane potwory.

Na początku była gęsta cisza

jak we wnętrzach makówek (…)1.

.

Tak wyobraziłam sobie mój początek w kamiennym domu nad stawem na Hektarach we wsi Rzeniszów, położonej nad Bożym Stokiem, na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, gdzie przyszłam na świat w lutym siedemdziesiątego czwartego, kiedy mróz ścinał okoliczne stawy, a tetrowe pieluchy zamarzały na kość w sieni i na strychu. Dziadek, Władysław Lubas, uczestnik kampanii wrześniowej, strzelec 74. Lublinieckiego Pułku Piechoty, więzień stalagu, dostał po wojnie w ramach reformy rolnej z nadziałów trzy hektary i zbudował kamienny dom z ceglanymi węgłami, który swym kształtem przypominał dworek. Prawa część domostwa: pokój stołowy i dwie izby rozgrodzone przestronną sienią, przeznaczona była na pomieszczenia mieszkalne, zaś lewa, z oddzielnym wejściem i małym okienkiem – na chlew. Można powiedzieć, że mieszkaliśmy razem ze zwierzętami. Wczesną wiosną w izbach roznosił się zapach szatkowanego krwawnika dla indyków, które dojrzewały w klatce pod stołem. Kaczka wysiadywała jajka pod drabiną prowadzącą na strych. Po domu spacerowały kury, króliki, psy, koty. Do końca lat osiemdziesiątych korzystaliśmy ze sprzętów domowych zrobionych przez dziadka. Były to między innymi: maselnice, stolnice, wałki, rycki (drewniane makutry, wiadra spięte metalowymi obręczami), zydle, koryta. A jako że mój ojciec zajmował się hobbystycznie preparacją zwierząt, na ścianach wisiały wyprawione kuny, sroki, myszołowy, na brzozowym pieńku siedział wypchany królik pod krawatką, w cylinderku i z laską. Na łące pod jabłoniami stały ule.

.

Z gotowym karmelem biegł do ogrodu,

gdzie między krzakami porzeczek

spały ule, a mróz przebijał kolcami pszczoły

Ich krew krzepła w chitynowych brzuchach,

blask ciemniał w podzielonych oczach

i zlewał się w całość nie do pojęcia (2).

.

Nie była to jednak idylliczna kraina: wieś spokojna, wieś wesoła jak w Pieśni świętojańskiej o Sobótce Jana Kochanowskiego. Dorastałam w biednej rzeczywistości schyłku epoki pełnej antylogii i kontrastów. Ten świat, jak prawie każda rzeczywistość dekadencka ze swoimi wynaturzeniami i zabobonami, był na wskroś przesiąknięty melancholią. Nad Jurą i jej kamionkami (wykopaliskami kamienia), wapiennikami i gliniankami unosił się swąd palonych łąk, aromat pieczonek szykowanych w żeliwnych saganach na ognisku, śpiew procesji pogrzebowych i korowodów na poświęcenie pól, które snuły się po kamiennych drogach w białym pyle. W moim domu roznosił się zapach ałunu, butaprenu (do preparacji zwierząt) i węglowego dymu. Panował w nim ziąb, który trzymał nas w kupie wokół żeliwnego piecyka. Dzieci zimą zjeżdżały z górki Grząsia na wypchanych sianem foliowych workach po agarach (sztucznych nawozach), latem bawiły się obręczami zdobytymi na wysypiskach śmieci.

Niepokój schyłku był także wyczuwalny w języku, który pod naporem socjalistycznej nowomowy i oficjalnej polszczyzny obumierał. Wszyscy w mojej rodzinie byli dwulektalni, to znaczy znali dwie odmiany tego samego języka narodowego; występowało u nich tak zwane przełączanie kodu gwarowego – w zależności od potrzeby posługiwali się na zmianę językiem literackim i regionalnym. W niedzielne wieczory na ławce pod leszczyną, podczas wieczornic wyskubków dorośli snuli opowieści grozy. Słuchałam apokryfów i gawęd o duchach, świętych, upiorach i włóczęgach, którzy przychodzili zza górki, o nieludkach, strzygach, utopkach; wzgórzach i rzekach, które pojawiały się i znikały, jakby były czymś żywym i myślącym. Woda miała szczególne znaczenie – wyznaczała granice oddzielające swojski świat od obcego. Za rzeką, za Bożym Stokiem, za Wartą zaczynał się już niepewny, niebezpieczny świat. Niektórzy wierzyli, że w źródłach wodnych na Jurze kumulowała się energia podziemnych mórz plejstocenu. Woda zamknięta w wapiennych skałach, marglach, rudonośnych iłach, amonitach uznawana była za siłę dobroczynną, podstawę wszelkiego stworzenia, tkwiły w niej zalążki życia. Bezdzietne pary modliły się do świętego źródełka z prośbą o potomstwo, panny w andrzejki szukały w studniach wizji przyszłości, a w pobliżu rzek odbywały się doroczne święta.

. Woda zeszła z pola, jakby już nie chciała regulowanych brzegów, unijnych dotacji (3). . Słońce przypięło nad wodą tęczowe broszki ważek. Między kamieniami ślizgają się srebrne znaki nieskończoności (4). . Kiedy dorosłam, jeszcze w trakcie studiów filologicznych, uosobieniem schyłku kultury chłopskiej był dla mnie bebok, pochodzący prawdopodobnie z mitologii słowiańskich demon, zwany w innych wsiach babokiem czy blandurkiem5. Ludzie wierzyli, że mieszkał on obok domów, w kopcach, kamionkach, ciemnych zakątkach sąsieków, w poniemieckich bunkrach i – jak opowiadali dorośli – porywał niegrzeczne dzieci. Zdawał mi się tak niebezpieczny jak czarna wołga, zawsze z jakiejś ciemni, z dołu z wapnem, spod miotły potrafił wyskoczyć i żadne ziela, żadne uroki ani zaklęcia nie mogły ochronić maluczkich, którzy – jak to w rodzinach wielopokoleniowych – musieli razem z rodzicami i dziadkami pracować w polu, plewić chwasty, opiekować się młodszym rodzeństwem i zwierzętami, zamiatać plac miotłą z witek brzozowych, obierać kartofle, pomagać przy młócce. Amorficzny bebok, stojący poniekąd na straży wiejskiego porządku, skrzydlaty szat-anioł, jak go sobie wyobrażałam, do dziś jest dla mnie uosobieniem lęku przed tym, co nieubłagalnie nadchodzi zza horyzontu, próbuje porządkować świat, który nigdy nie chciał być uporządkowany i nazwany, asfaltuje drogi, buduje kanalizację, nadaje nazwy ulicom. W świecie wsi przetrwanie było nadrzędnym prawem i w jego imię, mimo przywiązania do ziemi, człowiek potrafił bezmyślnie niszczyć przyrodę, degradując ją stopniowo, kłusował, wycinał lasy i zagajniki. „W przydrożnych rowach i obrzeżach naszych lasów walają się stare kozetki, szafy, zlewozmywaki, kalosze, opony, sterty potłuczonych słoików, dziurawe gary i miednice oraz worki po nawozach sztucznych i worki z workami z kubłów na śmieci”6. Dlatego nie tylko rozwój cywilizacji, przybysze z zewnątrz, ale także sami chłopi, trzeba to przyznać, o nikłej świadomości ekologicznej, nieprzyzwyczajeni do nadwyżki przedmiotów, które oferowała im epoka demoludów, przyczyniali się do wyniszczenia środowiska naturalnego; tworzyli dzikie szamba, śmietniska w kamionkach, w rowach, za stodołą; wysypywali popiół, wylewali pomyje i nieczystości prosto na podwórka, do rzeki. Gnojówka spływała do rowów, studni i stawów. Ci, którzy żyli blisko natury i kochali zwierzęta, potrafili je też trzymać przy budzie na łańcuchach, głodzili je, porzucali w lesie, topili w stawie, bez mrugnięcia okiem patroszyli, wyprawiali skórki, potrafili pozbawić je życia sprawnym uderzeniem obuchem w ciemię. Polska wieś, na pierwszy rzut oka katolicka, z kredowym napisem na drzwiach C+M+B, z kropidłem, krzyżem nad progiem, święconą palmą powieszoną w chlewie pod pułapem, funkcjonowała według kalendarza liturgicznego, uczestniczyła w odpustach i pasterkach, ale miała pogańską podszewkę. Jej filozofia była bliska panteistycznym i naturalistycznym koncepcjom świata. Tysiąc lat od chrztu Polski nie wystarczyło, aby tę kulturę całkowicie pozbawić jej słowiańskości i prastarych obrządków, które przybierały czasem formy misteriów odprawianych na cześć życia, natury i wolności7. Świadczą o tym choćby rytuały związane z symboliką roślin: tataraku, lnu, lubczyku; symboliką zwierząt: sowy („Sowa na dachu kwili, umrzeć komuś po chwili”), orła, łasicy; teksty biesiadnych przyśpiewek pełnych humoru, zmysłowości i erotyki. Na wsi sprawy duchowe zdominowała doczesność wypełniona codzienną krzątaniną i ciężką pracą od świtu do zmierzchu, od kapki chrzcielnej aż po wieko trumny. „Miałam chyba ze cztery lata, kiedy podreptałam za babcią do chlewa. Ona, obtarłszy wiechciem słomy bok krowy ze strąków łajna, posadziła mnie na zydlu, ujęła ogorzałymi dłońmi moje czteroletnie rączki i kazała zacisnąć paluszki na sutkach wymienia. Pociągnęłam je jak sflaczałe baloniki, aż struga mleka siurnęła na dno cynowego wiadra. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy byłam tak blisko natury, blisko żywego, wsłuchana w łagodny rytm bijącego serca, w tajemnicę świata”8. Czy taka prowincja, z jednej strony siermiężna, skromna, z drugiej – rozpasana i półdzika, która organizowała potajemne uboje, pędziła bimber, mogła przetrwać w realizmie socjalistycznym? Ówcześni „inżynierowie dusz” i oficjele, w większości zdeklasowani chłopi i chłoporobotnicy, wiedzieli, że jest zbyt wolna, niechętna kolektywizacji, buńczuczna, a nawet wolnomyślicielska. Dlatego nie tylko postęp czy telewizory, ale przede wszystkim socrealizm, w tym czasie „jedyna…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Polak katolik – tożsamość do wzięcia