Subskrybuj
Z wykształcenia ukrainistka i polonistka. Redaktorka, autorka, tłumaczka. Promotorka kultury ukraińskiej. W „Gazecie Wyborczej” producentka i wydawczyni podcastów

Po (nie)widzialnej Galicji

Choć na tym terenie koegzystowały m.in. wioski niemieckich kolonistów, polskie majątki szlacheckie, sztetle żydowskie, był to świat głęboko skonfliktowany i zamknięty na innych. Wzajemna nieufność znalazła ujście po I wojnie światowej, po rozpadzie monarchii, w krwawych konfliktach, np. między Polakami i Ukraińcami w latach 1918–1919.

W 2014 r. obchodzimy stulecie wybuchu I wojny światowej, który był de facto początkiem końca Królestwa Galicji i Lodomerii. W tym roku mija także 30 lat od wydania Pańskiego bestsellerowego przewodnika geografii wyobrażonej Po Galicji. Co z perspektywy czasu zmieniło się w kontekście wiedzy i postrzegania tych terenów? Czy Pański przewodnik potrzebuje aktualizacji?

Nigdy nie myślałem, żeby ponownie napisać tę książkę. Przez 30 lat sytuacja bardzo się zmieniła. Kiedy pisałem Po Galicji, miałem w Polsce status persona non grata. Przez dziewięć lat – od początku Solidarności do 1989 r. – nie mogłem tu przyjechać, choć już wtedy w Austrii nazywano mnie ekspertem ds. Polski. Nie muszę chyba podkreślać, jak trudna i kuriozalna była to sytuacja. Dlatego, wraz z moim przyjacielem Christophem Ransmayrem, z którym niedawno wydałem Pogromców wilków, wpadłem na pomysł napisania książki dotyczącej tych terenów, ale pozwalającej mi na pracę „zdalną”. Wybrałem Galicję, która była wówczas zupełnie zapomniana przez Austriaków. Mogę się pochwalić, że jestem jednym z pierwszych, którzy na niemieckojęzycznym obszarze (prócz specjalistów oczywiście) pisali na ten temat. Nie mogłem pojechać do żadnego z miast galicyjskich, więc przyjąłem, że będzie to podróż imaginowana. Siedziałem w austriackich bibliotekach, szperałem w gazetach, czytałem literaturę. Najważniejsze było dla mnie posiadanie jednej zasady spajającej książkę. Wybrałem podróż koleją austriacką po Galicji Wschodniej i Bukowinie.

Pochodną książki były także zorganizowane w 1986 r. sympozja dotyczące Europy Środkowej, zaskaw niemieckojęzycznym obszarze nazywanej Mitteleuropą. Wraz z Claudio Margisem, Otą Filipem, Borisem Pahorem spotkaliśmy się m.in. w Wiedniu, Passau, Ljubljanie i dyskutowaliśmy o tym, gdzie tak naprawdę jest Europa Środkowa. Dla Austriaków było jasne, że do tego obszaru nie można zaliczać Niemiec, bo są potomkami Prus, a to już zupełnie inny świat. Do Mitteleuropy na pewno należą Czesi, Polacy, Węgrzy, Słoweńcy… W konsekwencji jedna z dziennikarek powiedziała, że Europa Środkowa jest tam, gdzie jada się strucle. Czy tak jest? Nie wiem. Natomiast tematyka i kartografia obu przedsięwzięć była w jakiejś mierze wspólna. Ta koincydencja mnie bawiła.

Po Galicji okazało się wielkim sukcesem. To dla mnie bardzo dużo znaczy, że książka istnieje na rynku od 30 lat i co roku jest ponownie wydawana. Organizowane są wycieczki szlakiem literatury czy architektury galicyjskiej, podczas których korzysta się z kieszonkowego wydania mojej książki. Nie mogę zatem narzekać. Od czasu premiery czytelnicy byli i są zdumieni odkryciem nowego terytorium…

… na mapie wyobraźni. Można traktować tę książkę jako przewodnik, ale opisuje w niej Pan raczej gorzki obraz Galicji.

Zależało mi już wtedy na krytycznym spojrzeniu na mit Galicji. Bardzo mnie denerwuje wszechobecna nostalgia za Galicją. Wystarczy poczytać gazety z tego okresu i okaże się, że Galicja nie była wcale taka piękna, a bzdurą jest mówienie, że wszyscy jej mieszkańcy byli szczęśliwi i żyli w bezkonfliktowej wspólnocie. Andrzej Vincenz zarzucał mi np., że za bardzo koncentruję się na galicyjskim brudzie. Proszę jednak pamiętać, że ja tam nie mieszkałem, jedynie cytuję gazety i książki.

Może rzeczywiście u Vincenzów, na Bukowinie, nie było brudno.

Tak. Kolonie niemieckie na tych terenach były porządne – tak przynajmniej opisuje je literatura.

Zwraca Pan uwagę, że w Galicji narody nie współżyły, ale jedynie żyły obok siebie. Z perspektywy czasu zaciera się granica i widzimy raczej, jak Pan mówi, „kolorową mieszaninę” Polaków, Niemców, Żydów, Austriaków, Ukraińców, Ormian, Słowaków, Węgrów, Hucułów, Łemków…

Choć na tym terenie koegzystowały m.in. wioski niemieckich kolonistów, polskie majątki szlacheckie, sztetle żydowskie, był to świat głęboko skonfliktowany i zamknięty na innych. Wzajemna nieufność znalazła ujście po I wojnie światowej, po rozpadzie monarchii, w krwawych konfliktach, np. między Polakami i Ukraińcami w latach 1918– 1919. Po latach zajmowania się tą tematyką wątpię, że wszyscy otaczali się tu wzajemną miłością. Moja rodzina pochodzi ze Słowenii, z terenów mieszanych etnicznie, językowo, religijnie, dlatego wiem, że właśnie na styku kultur rodzą się nacjonalizm, nienawiść, prowadząca np. do nazizmu, w tym wypadku austriackiego czy niemieckiego.

Może jednak za taką mozaiką kulturową stoi specyficzna polityka, którą forsował Franciszek Józef. Według jego projektu monarchię zamieszkiwały etnosy, plemiona nie narody, cesarz zwykł mawiać o „swoich ludach”, nigdy o nacjach.

Galicja była eksperymentem, niestety, nieudanym, zepsutym, zakończonym katastrofą I wojny światowej. Rządzili nią Polacy, Ukraińcy nie mieli takich samych praw. Wiem, że wojna nie rozpoczęła się w Galicji, ale dała początek mitowi. Dziś widzimy, jak ten mit na nas oddziałuje. Jestem tego najlepszym przykładem, przecież zajmuję się tematyką galicyjską od ponad 30 lat. Myślałem, że w momencie kiedy napiszę pierwszą książkę, skończy się moja przygoda z Galicją, a wydałem kolejne – Cesarza Ameryki, który opowiada o wielkiej emigracji oraz Bogaty kraj biednych ludzi, antologię galicyjską, której współautorem jest Karl-Markus Gauss…

We wszystkich wymienionych publikacjach odczarowuje Pan obraz, do którego przywykliśmy. Czy przypadkiem nie stajemy się zakładnikami mitu, który chcemy zdekonstruować?

W Austrii jestem nazywany współzałożycielem mitu galicyjskiego. Nie wstydzę się tego. Jednak staram się ciągle uświadamiać nie tylko moich rodaków, że Galicja miała swoje ciemne oblicze, czarne karty. Uchodzę zatem jednocześnie za burzyciela mitu. Ktoś musi o tym przypomnieć, ponieważ sami Austriacy nie bardzo chcą o tym pamiętać.

Czy wynika to z niskiej świadomości?

Dla Austriaków Galicja była odległą prowincją. Traktowali ją jak kolonię, tu budowali koleje, by sprowadzać tanie towary i eksportować surowce. Zadziwiające, że np. Józef Roth jest w Austrii bardzo znany, ale nikt nie dostrzega ciemnych aspektów historii, które zostały odnotowane w jego utworach.

Galicja to terytorium skażone, naszpikowane masowymi, wciąż nieznanymi grobami. Należy o tym mówić głośno. Galicja kojarzona jest w Austrii jedynie z żydowskością. Zupełnie jak w Stanach Zjednoczonych. Trzeba zaznaczyć, że Żydzi stanowili 10% mieszkańców Galicji. A gdzie reszta? Polacy, ale i Ukraińcy, których Austriacy dotąd nie dostrzegają. W moim kraju prawie nikt nie pamięta, że Galicja w dużej mierze została stworzona przez ukraińską kulturę i język. Dziś, w obliczu konfliktu ukraińsko-rosyjskiego, mechanizmy wyparcia bolą najbardziej. Współczesnej Ukrainy większość Austriaków nie traktuje do końca serio. Powtórzę – Ukraina jest odległa, obca, znajduje się poza granicami naszego „europejskiego” horyzontu. To przekłada się bardzo mocno na postrzeganie kultury ukraińskiej na Zachodzie. Prócz kilku nazwisk – Jurija Andruchowycza, Oksany Zabużko i piszącego po rosyjsku Andrija Kurkowa, na język niemiecki nie tłumaczy się literatury ukraińskiej. Powinniśmy pamiętać o tym, że Ukraińcy w Austrii odgrywali bardzo ważną rolę – mieli swoich posłów w parlamencie, w Wiedniu wydawał chociażby uznany krytyk i pisarz Osip Turiański, którego dzieła do tej pory nie zostały przetłumaczone na język niemiecki.

Niska świadomość przekłada się także na obecną sytuację. Inteligentni ludzie nieustannie pytają mnie o bieżące wydarzenia na Ukrainie. Pytania są zaskakujące, np. czy rzeczywiście ten język jest prawdziwy. Sugerują się wypowiedziami np. Władimira Żyrinowskiego, że ukraiński to język wymyślony przez Polaków i Austriaków. Niektórzy ludzie pozostają w głębokiej niewiedzy, a ja uważam, że coś z tym fantem należy zrobić, dlatego dbam o to, by przywracać pamięć o sprawie ukraińskiej, powtarzam, że literatura galicyjska to nie tylko Józef Roth i Józef Wittlin, ale także cała kulturalna spuścizna tego kraju.

Mówi Pan wprost, że Galicja to skażony obszar, pokazuje najciemniejsze oblicze mitu galicyjskiego, który, jak widać, ma wpływ także na teraźniejszość. Jak na taką krytykę reagują Austriacy?To zależy. W związku z tym, że…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: XI: Nie marnuj