Subskrybuj
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.

Bóg mówi półgębkiem

Jeśli państwo jest wspólnym dobrem wierzących i niewierzących, to nie znaczy przecież, żeby w ogóle nie używać terminu „Boże Narodzenie”. Kiedy uważam, że mam powody, to nie ma przeszkód, żebym opowiadał o swojej religijności. Natomiast wymachiwanie Panem Jezusem i Matką Boską przy każdej okazji wydaje mi się niestosowne.

Jeszcze kilka lat temu wiele pisano o sekularyzacji naszego kontynentu. Religia została jakoby skutecznie wyrugowana z dyskursywnego uniwersum Europy. Dzisiaj z kolei – przeciwnie – nikt poważny nie ma chyba wątpliwości, że religia powróciła do centrum europejskiej debaty społecznej. Pytanie brzmi więc, nie „czy”, ale przede wszystkim „jak” powróciła.

Obawiam się, że powrót religii dokonał się w bardzo szczególny sposób – głównie za sprawą debaty politycznej. Po pierwsze, jej powrót wiązał się bowiem z religiami „zemsty Boga”, które w słynnej książce opisał Gilles Kepel, mając na myśli fundamentalistyczne wersje islamu, chrześcijaństwa i judaizmu. Po wtóre – wróciła jako oskarżony przy okazji afery Rocco Butiglione, po trzecie zaś – choć w najmniejszym stopniu – wróciła za sprawą pytania o antysemityzm po Holokauście. Powrót religii do debaty publicznej był więc przede wszystkim powrotem jej aspektu instytucjonalnego i wiązał się z pytaniem, jak religia ma się odcisnąć na zasadach organizujących życie społeczne. Dopiero później zaczęły się pojawiać głosy mówiące o tym, co w moim przekonaniu jest istotą religii – że jest ona wyrazem pewnego doświadczenia egzystencjalnego czy metafizycznego. Ciekawe zresztą, że ten następny krok, krok w stronę egzystencjalnego aspektu religii, wykonują często ludzie niewierzący. Przypomina mi się tutaj niezwykle intrygujący film Lourdes Jessici Hausner, która – będąc, o ile wiem, zdeklarowaną ateistką – dała znakomite dzieło o doświadczeniu religijnym. Jednak trzeba podkreślić, że to przede wszystkim od chrześcijan zależy, jak ten powrót religii wykorzystają, czy zdołają od nowa go opowiedzieć.

Czy dostępne nam dwie zasadnicze opowieści – religia jako forma organizowania życia społecznego i religia jako doświadczenie egzystencjalne – są i muszą być przeciwstawne?

Na religię składa się, jeśli wolno tak powiedzieć, duch i ciało. Mamy zatem pewne przesłanie duchowe, skierowane do jednostek lub małych wspólnot – Jezus mówi przecież „gdzie się zbierze dwóch czy trzech”, a nie „gdzie się zbierze dwa lub trzy miliony”. To wydaje mi się dosyć istotne, religia nie jest sprawą liczebności. Jednak każda religia, jeśli chce przetrwać i nie rozpaść się na sekty, musi być także faktem społecznym, musi mieć wehikuł do przekazywania Prawdy następnym pokoleniom. Czyli: musi ulec instytucjonalizacji. I tu powstaje napięcie między „wiarą proroków a wiarą kapłanów”. Prorocy zogniskowani są wokół przestrzeni duchowej i generowania przekazu, kapłani odpowiedzialni są z kolei za liturgię, czyli zbiorowe działania, i za organizację, czyli inkarnację tego przekazu w pewne struktury społeczne. Bardzo często ludzie spoza Kościoła widzą go wyłącznie jako instytucję, ale to jest poniekąd oczywiste – jeśli nie wierzysz, to siłą rzeczy widzisz tylko zewnętrzny – instytucjonalny – sztafaż religii. Zdecydowanie gorsze jest jednak to, że także wielu katolików sprowadza dyskusję o obecności religii w życiu publicznym do kwestii instytucjonalnych. A mnie się wydaje, że to rzeczywistość wtórna wobec doświadczenia religijnego.

Ronald Dworkin swoją książkę Religia bez Boga otwiera zdaniem: „tematem tej książki jest pogląd, że religia jest głębsza od Boga”. W kontekście tego twierdzenia rodzi się pytanie, po co nam w ogóle instytucja, skoro może ona przysłaniać Boga.

Ta efektowna fraza zmusza nas do rozważań lingwistyczno- definicyjnych. Mnie bowiem bliskie jest zdanie księdza Tomáša Halíka, który powiada, że samo pojęcie religii, mieszczące w sobie tak różne zjawiska, jak chrześcijaństwo, buddyzm czy islam, jest sztuczną konstrukcją z okresu oświecenia. Obejmuje bowiem zjawiska i doświadczenia duchowe, których wspólny charakter jest kwestią dyskusyjną. Ale jeśli mówimy o religii w potocznym sensie, mając na myśli chrześcijaństwo, to sprawa ma się według mnie tak: nie ma religii bez instytucji, natomiast wiąże się z tym dramatyczna ambiwalencja. Wydaje mi się bowiem, że z chwilą gdy chrześcijaństwo okrzepło w instytucję – czasami połączoną wręcz tożsamościowym sojuszem z państwem – zyskało moc przetrwania przez stulecia, ale w pakiecie otrzymało szatańską pokusę pozostania w y ł ą c z n i e instytucją. To z oporu przeciwko temu utożsamieniu bierze się dość popularny pogląd, że „mnie nie trzeba kościoła, bo mogę pójść do lasu i tam sobie doskonale doświadczać Boga samemu”.

Być może w pojedynczych przypadkach to możliwe, ale z trzema zastrzeżeniami. Po pierwsze, w ogóle bez instytucji nie przekażemy Prawdy następnym pokoleniom i wytworzymy taki „szum informacyjny”, że najdalej po 50 latach nikt już nie będzie wiedział, a tym bardziej rozumiał, w co wierzyli dziadkowie. Po drugie, szalenie jednak trudno odróżnić głos wewnętrzny od głosu Boga. Istnieje więc ryzyko, że zacznę w tym lesie rozmawiać sam ze sobą w głębokim przekonaniu, że wchodzę w kontakt z Najwyższym. Po trzecie wreszcie, chrześcijaństwo potrzebuje drugiego człowieka, a więc wspólnoty. Zauważmy, że w Modlitwie Pańskiej modlimy się „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”, a nie „chleba mojego powszedniego daj mi dzisiaj”. Ten aspekt wspólnotowy jest niezwykle istotny w naszej religii, której centrum stanowi przecież przykazanie miłości – „miłuj bliźniego swego jak siebie samego”. Przypomina mi się cudowne zdanie, które w Ostatnim kuszeniu Chrystusa wypowiada do wybierającego się na pustynię Jezusa Jan Chrzciciel: „Bóg Izraela jest Bogiem pustyni, ale pamiętaj: na pustyni mieszka nie tylko Bóg”.

Dzisiaj jesteśmy jednak świadkami dość intensywnej krytyki instytucji. Sam, czytając niektóre informacje, miewam wątpliwości fundamentalne – mianowicie zastanawiam się, czy ta instytucja ma jeszcze tytuł do mówienia, iż jest, nazwijmy to, Strażniczką Transcendencji.

Tutaj musimy koniecznie rozróżnić wspólnotę od instytucji. Ja do wspólnoty prawie nie mam zastrzeżeń, do instytucji – owszem. Wspólnota jest żywa i reaguje na to, co się dzieje, bo składa się z żywych ludzi. Instytucja zaś to procedury, stanowiska, techniki zarządzania. Instytucja z natury rzeczy jest nieruchawa. Spójrzmy, jak wiele ważnych wydarzeń w życiu publicznym zrodziło się ostatnio w efekcie spontanicznych działań internautów, organizacji pozarządowych, ruchów miejskich. A więc w przestrzeni pozainstytucjonalnej. Instytucje – nie tylko kościelne – reagowały z ogromnym opóźnieniem, bo w logikę ich działań wpisana jest bezwładność, używając metafory fizykalnej. A mówiąc już wprost: z Kościołem jako instytucją ja też mam kłopot… Tu właściwie powinien być kawałek pustej kartki papieru, żeby zaznaczyć, że zapadła długa cisza. Bo jak o tym mówić, będąc jednocześnie członkiem wspólnoty i instytucji? Całe szczęście ta instytucja, także w Polsce, wydaje mi się dużo mniej zhierarchizowana, niż wynika to z jej wizerunku. Oprócz biskupów – którzy, wbrew pozorom, sobie nawzajem nie podlegają – są zakony czy rozmaite wspólnoty, gdzie można znaleźć inną niż głoszona przez niektórych hierarchów koncepcję Kościoła. Koncepcję inną niż ta formalna organizacja na wzór instytucji świeckiej, co niekiedy zdaje się sprawiać, że gubi się gdzieś przesłanie Ewangelii.

Problem w tym, że to właśnie biskupi oficjalnie reprezentują linię polskiego Kościoła. I chyba dość przeraża ich lekcja nowoczesności, którą w przyśpieszonym tempie przerabiamy. Okazuje się, że świat nie jest bezpieczną przestrzenią – jest gender, Halloween, Golgota Picnic… A wszędzie czai się zagrożenie dla chrześcijaństwa. Doprawdy, wydrążona dynia jest dzisiaj największym problemem katolicyzmu nad Wisłą?

Kilka miesięcy temu mój znakomity kolega z redakcji „Więzi” Sebastian Duda opublikował w prasie tekst o tzw. ciemnych wiekach papiestwa, w którym trzymając się faktów historycznych, opowiadał o tym, jak papieże nawzajem się truli, mieli kochanki, dzieci z nieprawego łoża czy brali udział w napadach łupieżczych. Słowem: ruja i poróbstwo, które trwały niemal 300 lat. Po lekturze tekstu Sebastiana pomyślałem sobie: „Mój Boże, a my się przejmujemy takimi głupstwami, przecież dziś to są pieszczoty w porównaniu z tym, co musiało być wyzwaniem dla wierzącego człowieka tysiąc lat temu”. I to, wbrew pozorom, mówię właściwie serio, chociaż się śmieję. Druga rzecz: bliskie jest mi zdanie bardzo porządnego katolika François Mauriaca, który w Nowym pamiętniku życia wewnętrznego napisał, że jedną z najgłębszych katastrof w dziejach chrześcijaństwa był zupełnie niezrozumiały – z perspektywy idei przyniesionej przez Mesjasza – sojusz Kościoła z polityczną prawicą. Nastąpiło to w okolicach XVIII w., a „zapracowały” na ów alians zarówno lewica okresu rewolucji francuskiej, jak i – wcześniej – sami chrześcijanie. I od tamtej pory, niestety, ten nieszczęsny sojusz trwa. W naszym kraju zaś konserwatyzm polityczny bardzo szybko związał się z nacjonalizmem polskim, czyli nurtem reprezentowanym zrazu przez endecję, a później przez różne jej mutacje, z ONR-Falangą włącznie. Efekt był taki, że w dwudziestoleciu już bardzo wyraźnie politycy prawicowi, nie tylko nacjonalistyczni, chętnie powoływali się na Kościół. A też duchowni byli i chyba są endekoidalni, ponieważ endecja miała świetnie zorganizowaną poprzez Macierz Szkolną edukację na wsi, czyli tam, skąd ogromna część polskich duchownych się wywodzi – i oni siłą rzeczy odebrali edukację w wariancie nacjonalistycznym. Z drugiej strony, system sowiecki przejął pojęcie „lewicy”, co jeszcze dodatkowo zakonserwowało nasz Kościół w jego endekoidalności, bo gdy ktoś zaczyna mówić, że katolik może mieć lewicowe poglądy, to wielu skądinąd zacnych ludzi rozumie przez to – błędnie! – współdziałanie z bolszewikami, postkomunistami czy zgoła z SB.

Kościół instytucjonalny jest bardzo skuteczną maszyną do przeciwdziałania entropii, czyli do przekazywania informacji, mimo upływu wieków. Kiedy jednak do „matrycy informacyjnej” dostanie się obcy pierwiastek, maszyna powieli go z taką samą solennością jak prawdy wiary. I tak się moim zdaniem stało u nas z elementami ideologii nacjonalistycznej, która wniknęła w to, co Kościół powinien rzeczywiście przekazywać.

Efekt jest taki, że nie mamy dzisiaj sporów wokół Dekalogu, ale wokół tego dodatku: bo jako prawdy objawione sprzedaje nam się, oprócz Ewangelii, także niejedno przekonanie z Myśli nowoczesnego Polaka. Ujmę to, trochę przerysowując, ale niestety niewiele: Jan Paweł II wzywał do reewangelizacji, a nastąpiła renacjonalizacja: odgrzanie nacjonalizmu jako rzekomo niezbędnego składnika bycia katolikiem.

Jednak to nie wszystko, bo katolicy endekoidalni to tylko jedna z opcji wewnątrz polskiego katolicyzmu. Po przeciwnej stronie sytuują się „liberałowie” czy wręcz „katolicy otwarci”, choć…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wolność od/do religii