O ile dobrze zrozumiałem myśl przewodnią artykułu Rafała Prostaka pt. Wybór czy nakaz („Znak” nr 716), to wyraża się ona w trosce o sytuację w państwie liberalnym osób, dla których religia jest zasadniczym i niezbywalnym elementem ich tożsamości. Prostak zdaje się uważać, że państwo takie nie dość uwzględnia racje i potrzeby ludzi, dla których życie to nade wszystko życie wiarą, skazując ich co najmniej na dyskomfort, a może nawet na konflikty sumienia. Odnoszę jednak wrażenie, że w argumentację autora wkradło się nieco pojęciowego zamętu, który – jak sądzę – zaważył na jego konkluzjach.
Co twierdzi Rafał Prostak?
Prostak dokonuje rozróżnienia dwóch kategorii osób religijnych. Jedni mówią: „oto moja religia”, drudzy zaś: „oto religia, którą posiadam”. Dla tych pierwszych wiara religijna stanowi bezwzględny nakaz, dla drugich jest ona kwestią osobistego wyboru. Zdaniem Rafała Prostaka, prawodawstwo państwa liberalnego może satysfakcjonować jedynie „posiadaczy religii”, tych, którzy wybierają ją i jej treści w sposób autonomiczny, natomiast nie oddaje sprawiedliwości wiernym utożsamiającym się z całością otrzymanego przez nich religijnego dziedzictwa (nazwijmy ich na użytek tego tekstu „wyznawcami”). W prawodawstwie państwa liberalnego religia – twierdzi Prostak – jest uprzedmiotowiona, stanowi przedmiot wyboru, a nie część podmiotowej tożsamości. Konsekwencją tego uprzedmiotowienia jest prywatyzacja religii, a co za tym idzie – jej eliminacja z życia politycznego, które „ma każdorazowo zachować swą autonomię wobec wszelkich etyk normatywnych wkomponowanych w doktryny religijne”. Jednym słowem: „Polityka jest wolna od religii”, a ustawodawca nie rozumie i nie respektuje dramatycznej sytuacji bezkompromisowych wyznawców, którym prawo nie pozwala konsekwentnie praktykować wiary (np. święcić dni świątecznych albo przestrzegać zakazu transfuzji krwi), co naraża ich na gniew Boży. Prawo do wolności religijnej przeradza się w państwie liberalnym w „nowo odkryty – zdaniem Prostaka – jej desygnat w postaci wolności od religii”. Uwolnienie od niej dokonuje się w czterech kanonicznych dla państwa liberalnego punktach: nie ma Kościoła państwowego, nie ma obowiązkowych deklaracji religijnych, nie ma treści i argumentacji religijnej w procesie ustawodawczym, nie ma promocji przy udziale państwa żadnego światopoglądu religijnego.
Godząc się na dwa pierwsze punkty, autor kwestionuje dwa ostatnie, występując jako rzecznik interesów wyznawców „mojej religii”, których swoboda publicznej artykulacji przekonań, a zatem „dawania świadectwa”, ulega ograniczeniu. Nie da się zatem – zdaniem Prostaka – pogodzić w stopniu wyższym niż minimalny oczekiwań tych, dla których wolność religijna to wolność do religii, z oczekiwaniami tych, którzy chcieliby wolności od religii. I choć autor słusznie stwierdza, że „wybór współczesnego świata zachodniego w żadnej mierze nie sprowadza się do prostej alternatywy: albo imperium christianum, albo laïcité”, to jednak wzywa do „uwzględnienia racji” wyznawców „mojej” (nieuprzedmiotowionej) religii.
Autor nie precyzuje niestety, na czym to uwzględnienie racji winno polegać. Spróbujmy jednak rozważyć, czy istotnie prawodawstwo państw o ustrojach liberalnych jest niesprawiedliwe wobec „wyznawców”, zaczynając od przyjrzenia się kategoriom opisu zastosowanym przez Rafała Prostaka.
Fałszywa dychotomia
Pierwszą wątpliwość budzi użyta przez autora dychotomia „mojej religii” i „religii, którą posiadam”. W opisie Prostaka bowiem pierwszy człon tej dychotomii, czyli ci, którym wewnętrzny głos „nakazuje bezwarunkowo przyjąć określone prawdy wiary i obowiązki z nich wywiedzione”, dla których religia jest „nakazem (…), do którego realizacji zostałem autorytatywnie zobowiązany” [podkreśl. moje – H.W.] i którzy jeśli uczestniczą w życiu publicznym (np. w roli ustawodawców), to po to, by „dawać świadectwo”, nie tyle wydają się ludźmi głębokiej i zinternalizowanej wiary, ile stanowią jedną z odmian fundamentalistów religijnych (1). W tym ujęciu religia i wiara pochodzą z wewnętrznego przymusu, nie ma w nich pierwiastka wolności, tak zasadniczego dla religii, a przynajmniej dla chrześcijaństwa (zakładając, że Rafał Prostak pisze o religii i o wierze przede wszystkim z tej perspektywy). „Bezwarunkowość” sugeruje, że wszelkie nakazy natury religijnej czy moralnej, niezależnie czy są to przykazania czy przepisy rytualne, są przez „wyznawców” traktowane z równą gorliwością, jako absolutnie obowiązujące. A przecież „im wyższa zawartość, tym większa wolność – pisze ks. Tischner – Najwyższa wartość – Dobro Najwyższe – nigdy nie mówi do człowieka: »musisz…«. Pamiętamy: »Jeżeli chcesz być doskonały, sprzedaj wszystko…«. Tylko wartości podrzędne mówią: »musisz«” (2). Albo jak u Mikołaja z Kuzy: „O Panie, zapachu wszelkiej słodyczy, oswoiłeś moją wolność, aby wedle mego upodobania należała do mnie. Inaczej pogwałciłbyś ją, nie możesz bowiem być mój, jeśli ja nie jestem swój… nie zmuszasz mnie, lecz czekasz, aż sam wybiorę…” (3). Czy wreszcie jak w słynnym wierszu Lieberta, w którym mimo że:
.
„Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski,
Stratowałeś, stanąłeś na mnie.
Ległem zbity, łaską podcięty,
Jak dym, gdy wicher go nagnie –
to jednak:
Jedno wiem, i innych objawień
Nie potrzeba oczom i uszom –
Uczyniwszy na wieki wybór,
W każdej chwili wybierać muszę”.
.
Ciekawe też, gdzie w swoim obrazie umieściłby Prostak wielkich konwertytów – Newmana, Chestertona, Maritaina, Frossarda, Lustigera i tylu innych.
Dojrzała, a nie fundamentalistyczna religijność jest więc zawsze wyborem, jest aktem wolności. Choć, rzecz jasna, nie ma on nic wspólnego z tym rodzajem wyboru, jaki przedstawia Prostak w drugiej części swej dychotomii, a więc wyboru dokonywanego przez „posiadaczy religii”.
Z religijnej fenomenologii Rafała Prostaka wynikałoby, że zbiór ludzi religijnych dzieli się na lekkoduchów wybierających sobie religię i jej treści à la carte oraz fundamentalistów religijnych. Choć istnieją ludzie odpowiadający obu tym kategoriom, to jednak jako dychotomia taki obraz jest głęboko fałszywy, pozostawia bowiem poza swoim obrębem większość osób religijnych. I ta nieobecna u Prostaka większość realizuje, choć nie bez napięć i sporów, swoje potrzeby w obrębie liberalnego systemu prawno-politycznego, podobnie jak realizuje je większość osób niewierzących czy niereligijnych.
Czy państwo liberalne ma się troszczyć o fundamentalistów?
Czy państwo liberalne może i czy powinno, zgodnie z apelem Prostaka, wychodzić naprzeciw oczekiwaniom religijnych fundamentalistów? Jest to istotny problem, bowiem fundamentalistyczni „wyznawcy” (nie tylko islamu) zasiedlają państwa liberalne. Przypomnijmy: „Dobro wspólne jest racją istnienia władzy politycznej” – powiada Katechizm Kościoła katolickiego (nr 1910). We współczesnym, pluralistycznym społeczeństwie podstawowym warunkiem tego dobra jest pokój społeczny, osiągalny dzięki wciąż negocjowanemu, dynamicznemu konsensowi określającemu warunki i granice wolności oraz uprawnień obywatelskich. Budowanie pokoju i konsensu jest zadaniem polityki, co nie oznacza, że religie i Kościoły nie mają swoich zadań w sferze publicznej. Do nich należy, mówiąc najogólniej, pomoc w budowaniu solidarności czy też, jak mówi katechizm, „miłości społecznej” poprzez właściwe sobie środki duszpasterskie i struktury (liturgie, katechezy, ruchy religijne, akcje w duchu miłosierdzia etc.). Widać więc zasadniczą różnicę między podejściem Kościołów a podejściem państw, tj. struktur politycznych. Kościoły i religie działają „poprzez serce człowieka”, kształtując ludzi od wewnątrz – wszystkich, którzy chcą słuchać ich przekazu, polityków nie wyłączając. Politycy budują warunki „zewnętrzne” pokoju społecznego i wolności, tworzą jego prawną, abstrakcyjną strukturę. Ich zadaniem jest zapewnienie możliwie najszerszego zakresu wolności religijnych, tak by różne grupy religijne mogły współistnieć i nie wchodzić w konflikt z przyjętymi zasadami współżycia społecznego.
Nie ma – i nie powinno – mieć znaczenia dla prawodawcy, czy obywatel wybiera swoją religię à la carte, czy też stanowi ona dla niego nieusuwalny składnik jego tożsamości. Ma to natomiast znaczenie dla wspólnoty religijnej, której członkiem jest ów obywatel. Podobnie jak dla świeckiego prawa małżeńskiego nie ma znaczenia, czy nowożeńcy zawierają związek z miłości czy z rozsądku – natomiast ma to fundamentalne znaczenie dla małżeństwa sakramentalnego. Analogicznie: nie jest dla ustawodawcy istotne, czy ktoś jest Polakiem dlatego, że jest to głęboka część jego tożsamości, że utożsamia się z tradycją, kulturą i losem narodu, czy też dlatego, że posiadanie paszportu polskiego odpowiada jego interesom, że obywatelstwo to wybrał i je otrzymał. Prawa i obowiązki publiczne tych dwóch różnych Polaków będą dokładnie takie same. Prawodawca winien uwzględniać roszczenia „wyznawców” w tej samej mierze co wszystkich innych osób religijnych i o tyle, o ile mogą one zostać odzwierciedlone w prawie powszechnym i o ile nie wchodzą w konflikt z innymi przyjętymi wolnościami, prawami i uprawnieniami.
Czy zasłanianie twarzy przez osobę kierującą samochodem jest zgodne z prawami innych osób i bezpieczeństwem publicznym? Czy ubój rytualny jest zgodny z przyjętymi normami traktowania zwierząt rzeźnych? Czy przestrzeganie zasad koszerności przez kuchnie wojskowe nie umniejsza sprawności obronnej armii? To są pytania interesujące ustawodawców, a nie to, czy kobieta w samochodzie przywdziała nikab dlatego, że jest głęboko wierzącą muzułmanką i uważa, iż tego wymaga wierność Bogu i własnej tożsamości, czy może dlatego, że mąż jej nakazał. Tak więc wzgląd na sposób przeżywania i definiowania takiej czy innej tożsamości nie może i nie powinien być brany pod uwagę w działaniach państwa. To jest dziedzina pracy Kościołów i organizacji wyznaniowych czy kulturalnych. Dlatego nie jest prawdą, że, jak pisze Prostak: „demoliberalne państwo, przyjmując perspektywę posiadacza religii, nie potrafi zrozumieć dramatyzmu osób, którym właściwa jest reakcja »moja religia«”. Nie jest rolą demoliberalnego państwa czy też państwa prawa jako takiego przyjmowanie którejkolwiek z tych perspektyw. Ono ma przyjmować ogólną perspektywę obywatela jako podmiotu prawa i z tej perspektywy oceniać wszelkie roszczenia partykularne.
Polityka a dawanie świadectwa Podobny błąd pojawia się w tekście Prostaka wtedy, gdy zarzuca on państwu liberalnemu, że nie dopuszcza gorliwych rzeczników określonych religii do stanowienia prawa, ograniczając ich możliwość artykulacji przekonań, a zatem dawania świadectwa. Problem w tym, że rola ustawodawcy bynajmniej nie polega na dawaniu świadectwa. „Posłowie i senatorowie wykonują swój mandat, kierując się dobrem Narodu” – mówi pierwszy punkt polskiej ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora. Ich celem ma być dobro powszechne – a więc dobro wspólne – a nie dawanie świadectwa. Ich religijność – jeśli są religijni –…