Subskrybuj
Dr nauk humanistycznych, filolog, krytyk literacki. Zajmuje się literaturą XX w., współczesną prozą polską i melancholią.

Przywracanie świętego do życia

Czy w 10 lat po śmierci Jana Pawła II z jego dziedzictwa pozostało już tylko kilkanaście sentencji – wcale nie najtrafniejszych – funkcjonujących w kościelnym języku stale i w dowolnym kontekście? Na ile uważna i krytyczna lektura tekstów polskiego papieża może być szansą na to, by wyrwać go z religijnej popkultury? Być może zaś ostatnim ratunkiem, by ocalić pontyfikat Wojtyły od straszliwych uproszczeń, jest już tylko profanacja?

Artur Madaliński: „Nikt nie powinien robić z niego świętego. Powinno mu się dać święty spokój. Powinien żyć w ludowej legendzie jako nielegalny święty, jako święty nieortodoksyjny, do którego można modlić się o rzeczy dla urzędowych świętych nie do przyjęcia”. Tak w 2006 r. pisał Andrzej Stasiuk, zdradzając z jednej strony tęsknotę za autentycznością Jana Pawła II i przewidując jego losy po kanonizacji – z drugiej. Dzisiaj widać wyraźnie, że obawy pisarza się spełniły: nie tylko coraz trudniej dobrać się do autentyczności polskiego papieża, jego teologii czy filozofii, ale i nie bardzo chyba widać tych, którzy chcieliby to robić. Dlaczego?

Grzegorz Strzelczyk: Przede wszystkim dlatego że Jan Paweł II jest już elementem popkultury. Jeśli istnieje coś takiego jak popkultura religijna, to on jest jej częścią i tego nie zmienimy, choćbyśmy się nie wiem jak starali. To znacząco utrudni głębszy odbiór jego myśli. Istnieją oczywiście elementy myśli Wojtyły, które przeniknęły do sposobu funkcjonowania Kościoła w Polsce. Pytanie tylko, czy uda się je rozwinąć, pogłębić i co one faktycznie robią z Kościołem. Nie odpowiadamy na to pytanie właśnie dlatego, że zajmujemy się ciągle elementami popkulturowymi. Kolejny problem to stopień zaawansowania krytycznych studiów nad myślą Jana Pawła II i rozpoznanie jej faktycznego wkładu w dyskurs teologiczny. Tego jeszcze w Polsce – mam wrażenie – nie zrobiliśmy. Bo porządnych studiów analitycznych, które próbowałyby sięgnąć do korzeni myślenia Wojtyły i pokazać związki pomiędzy niektórymi wątkami jego pontyfikatu a ówczesnymi doświadczeniami czy lekturami praktycznie nie ma. Skomentowaliśmy wprawdzie jak leci wszystkie teksty, ale większość publikowanych w Polsce prac to w istocie streszczenia mówiące, co powiedział. Niewielu pyta natomiast, dlaczego tak powiedział. Rzetelne badania krytyczne nie są łatwe, bo wymagają dociekania choćby tego, co w dokumentach pontyfikatu jest osobistym wkładem Jana Pawła, a co jest efektem działania kurialnej maszyny. Myślę, że warto te dwie przestrzenie rozróżniać, bowiem dorobek tego pontyfikatu jest jednak zróżnicowany, jeśli chodzi o faktyczne autorstwo. Niemniej wątki takie, jak teologia pracy, niektóre elementy nauki społecznej, teologii wyzwolenia czy zagadnienia związane z teologią ciała, to są rzeczy, które się wydarzyły i zostały wprowadzone w obieg kościelny właśnie w trakcie pontyfikatu Jana Pawła II. I to są kwestie ciągle dla przyszłości Kościoła istotne.

Jarosław Makowski: Każdy, kto bierze się w Polsce za bary z dziedzictwem Jana Pawła II, przypomina straceńca. Bo wybór jest tragiczny: albo podchodzisz na kolanach, albo milczysz. Trzeba mieć w sobie sporo odwagi – a mógłbym ją nazwać także swego rodzaju szaleństwem – żeby wstać z kolan. To się, jak do tej pory, nikomu nie udało.

Dlatego powiem tak: pokaż mi swoich interpretatorów, a powiem ci, kim jesteś i jak żywa jest twoja myśl. Jeżeli mielibyśmy Jana Pawła II oceniać po interpretatorach w dzisiejszej Polsce, rzec, że sprawa jest beznadziejna, to nic nie rzec. W gruncie rzeczy twórczych interpretatorów, bo oczerniaczy biorę w nawias, nie ma. Mamy za to urodzaj kopistów, którym w sukurs przyszła technika, gdyż do perfekcji opanowali oni znaną z edytorów tekstów funkcję „kopiuj” i „wklej”. Myśl Jana Pawła II, pojawiająca się nieustannie w kazaniach czy listach duszpasterskich, w pracach magisterskich i doktoratach, jest w nich obecna właśnie dzięki tej „szatańskiej” funkcji. Kolejny element, który wydaje mi się intrygujący, to obsadzanie Jana Pawła II w roli maczugi – w pismach Wojtyły znajdziesz, jeśli tylko dobrze oko przyłożysz, odpowiedni cytat, by użyć go jako „linczmana” wobec swoich adwersarzy. Najczęściej dzieje się to w sytuacjach, gdy któraś ze stron sporu – zawłaszcza kościelna – nie ma argumentów, a wtedy pozostaje nagi krzyk: „A przecież Jan Paweł II mówił…” albo „Postępując w ten sposób, zdradziliśmy Jana Pawła II!”. To jest ten rodzaj argumentu, po którym interlokutor w zasadzie powinien strzelić sobie w głowę. Sęk w tym, że żyjemy już, na szczęście, w czasach, gdy nikt nie chce dokonać spektakularnej samoegzekucji, słysząc ten rodzaj obezwładniającego zawołania. Każdy, kto używa w ten sposób myśli papieża, nie tylko zdradza swoje braki intelektualne, ale robi niedźwiedzią przysługę papieżowi. Mówię: „Jan Paweł II sobie na to nie zasłużył”.

I rzecz ostatnia: rzeczywiście, tym, co zostało z myśli Jana Pawła II w nauczaniu rodzimego Kościoła, co jest obecne i słyszalne na każdym kroku, to tzw. teologia ciała. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że polscy księża i biskupi zrozumieli tylko to jedno, ten jeden aspekt papieskiego nauczania: teologię ciała i etykę seksualną, którą sprowadzili do katolickiej biowładzy. Dlatego jak mantrę powtarza się ten manichejski obraz świata, jaki papież skreślił w słynnym, dziś rzekłbym: przeklętym, zwrocie: „cywilizacja śmierci kontra cywilizacja życia”. Tyle że Jan Paweł II w najczarniejszych snach nie sądził, że ten jego myślowy skrót posłuży duszpasterzom dnia codziennego, by stawiać ludzi przed ostatecznym wyborem – duszpasterz dziś nie pyta, czy wierzysz, że Jezus Chrystus jest twoim Zbawicielem, ale pyta, czy stoisz po stronie cywilizacji życia. Tymczasem zamknięte w owym słynny bonmotcie zarówno manichejski obraz świata, jak i teologia ciała są, w moim przekonaniu, akurat najsłabszą częścią myśli Jana Pawła II. Jestem pewien, że z jego bogatego dorobku kwestie społeczne, ekumeniczne, antropologiczne czy międzyreligijne – które w zjednoczonej, ale targanej nie zderzeniem cywilizacji, lecz zderzeniem fundamentalizmów Europie i świecie – stają się kluczowe dla naszego życia.

Pytanie o to, co pozostało po Janie Pawle II, wydaje mi się o tyle ważne, że nie brakuje takich, którzy powiadają, że nic poza radykalnym antykomunizmem. Miałby on tak ciążyć na tym pontyfikacie, że właściwie przesłonił wszystko inne, łącznie z teologią.

G.S.: Jeżeli już jesteśmy przy wątku politycznym, to warto zauważyć, że bodaj pierwszy raz pojawił się pontyfikat, który jakoś jednak rozumiał lewicowość. Wystarczy poczytać choćby Laborem exercens i w ogóle wczesne dokumenty pontyfikatu – związane z najsilniejszą stroną Wojtyły, czyli etyką – by przekonać się, że krytyka wynikała z głębokiego zrozumienia, a za nim szło także asymilowanie pewnych intuicji, które raczej z myśleniem lewicowym popularnie się wiążą. Niestety, to są rzeczy nieczytane – nie wiem, ilu księży dzisiaj zgłębiło rzeczywiście tę encyklikę i fragmenty o tym, dlaczego bezrobocie jest złe. A to z pewnością jedne z ciekawszych wątków tego pontyfikatu. Nie jest również przypadkiem, że wyrażone w Sollicitudo rei socialis intuicje dotyczące „struktur zła” zostały przejęte z teologii wyzwolenia. Jakkolwiek byśmy patrzyli na ten pontyfikat z polskiej perspektywy, to te elementy znalazły się w nauczaniu Kościoła powszechnego dzięki Janowi Pawłowi II. Natomiast tzw. teologia ciała jest w Polsce czytana bardzo wybiórczo, obecnie jeszcze w ramach zideologizowanego konfliktu. Rzadko kto pamięta o pierwszej serii katechez, którymi Wojtyła otwierał swój pontyfikat – nagle wychodzi papież i w czasie audiencji środowych mówi o ciele, o seksie. Z dzisiejszej perspektywy to nie wygląda na przełom, ale to był przecież koniec lat 70.! Pamiętajmy, że po Pawle VI i traumie związanej z Humanae vitae nie mieliśmy w tej materii pomysłu na pozytywną komunikację tego, o co w istocie Kościołowi chodzi. A przyszedł papież, który zaczął mówić w miarę zrozumiałym językiem, pozytywnie o cielesności i jej roli, także w wymiarze seksualnym. Nie byłoby tego bez wcześniejszych filozoficznych prac Wojtyły. Oczywiście później pojawiły się spłaszczające interpretacje, sprowadzające to nauczanie do starcia cywilizacji śmierci i życia, natomiast to nie konflikt był główną narracją tego pontyfikatu, zwłaszcza w oficjalnych dokumentach papieskich. Raczej chodziło o próbę konsekwentnego opowiadania o wartościach i budowania chrystologicznej motywacji do ich dostrzeżenia.

J.M.: Trudno znaleźć kwestię, o której Wojtyła, trzymając stery Kościoła prawie przez trzy dekady, by nie mówił. To i błogosławieństwo, i przekleństwo. Przekleństwo, bo wiele kwestii, szczególnie jeśli idzie o sprawy bioetyczne, jest już – mówiąc delikatnie – passé. Cóż, żyjemy w świecie, który radykalnie przyśpieszył, w którym niemal każdego dnia dokonują się jakieś przełomy na gruncie medycznym. Błogosławieństwo, bo do pewnych intuicji możemy wrócić – dziś szczególnie do tych pism Jana Pawła II, w których zajmował się on kwestią pracy, niesprawiedliwości, nierówności, niemoralności kapitalizmu. Jeśli trzymać się tej reguły, że Kościół musi czytać znaki czasu, jak podpowiedział mu to Sobór, to obecny kryzys gospodarczy na nowo stawia na ostrzu noża społeczne analizy Jana Pawła II. W sytuacji gdy państwa bardziej troszczą się o banki niż ludzi tracących pracę, gdy prywatyzuje się zyski, a uspołecznia straty – teksty Wojtyły mogą brzmieć inspirująco, a Kościół, wracając do nich, ma okazję do wzięcia udziału w kluczowej dla naszej cywilizacji dyskusji.

Nie byłoby odwagi Franciszka w piętnowaniu grzechów kapitalizmu, gdyby nie społeczne nauczanie polskiego papieża. Franciszek nie mówiłby z taką stanowczością o tym, co nazywam sporem między kulturą chciwości a kulturą solidarności, gdyby nie wspomniane przez ks. Grzegorza wątki Wojtyłowego myślenia.

Do tej pory mówiliśmy o myśli Jana Pawła II, przyjrzyjmy się także czynowi – a więc nie tylko ratio, ale i ethos. Otóż Wojtyła był „twardy”, czyli stanowczy, w swoim nauczaniu i „łagodny”, czyli miłosierny, w swojej strategii duszpasterskiej. Polski Kościół dostrzegł wyłącznie srogość nauczania, za to kompletnie zapoznał to duszpasterstwo miłosierdzia. Gdy Jan Paweł II widział cierpiącego, nie pytał go o to, czy zna credo i dostatecznie mocno w nie wierzy, ale wyciągał pomocną dłoń. Obojętność na krzywdę ludzką, jak się zdaje, była głównym wrogiem Jana Pawła II. I do nienawiści wobec obojętności chciał papież przekonać Kościół – także ten w Polsce.

Tekstem, który odzwierciedla ten ewangeliczny radykalizm duszpasterski, jest encyklika Redemptor hominis – w niej upatrywałbym ciągle żywego źródła tego pontyfikatu. To słynne stwierdzenie, że nie Kościół jest drogą człowieka, ale człowiek drogą Kościoła, zmienia paradygmat myślenia o Kościele. Jest to zmiana, która przywróciła możliwość obecności człowieka – tj. laikatu – w Kościele. Dziś papież Franciszek w zasadzie parafrazuje tę myśl Jana Pawła II, zwołując synod o rodzinie i mówiąc: „To nie Kościół jest drogą rodziny, ale rodzina jest drogą Kościoła”. Dlatego dziedzictwo Jana Pawła II wciąż czeka nie tylko na twórczych interpretatorów, ale także radykalnych duszpasterzy.

G.S.: Trzeba koniecznie dopowiedzieć, że myśl, iż człowiek jest drogą Kościoła, wzięła się tak naprawdę z Soboru czy – szerzej – z intuicji Wojtyły związanych z okresem sprzed pontyfikatu. Gdyby ktoś przeczytał dzisiaj książkę U podstaw odnowy. Studium o realizacji Vaticanum II, którą napisał po powrocie z Soboru jako kilkusetstronicowy komentarz do jego postanowień, odnalazłby tam prawie wszystkie wątki, jakie staną się potem osiami pontyfikatu. Podobnie rzecz ma się z Osobą i czynem, która była próbą zbudowania pewnej antropologii w oparciu o doświadczenie etyczne. Pamiętajmy, że oprócz Redemptor hominis były jeszcze Dives in misericordia i Dominum et vivificantem. One stanowiły pewien przełom od strony teologicznej, bo silnie akcentują perspektywę trynitarną. W niektórych tekstach w miejsce kategorii metafizycznych pojawia się też myślenie w kategoriach relacyjnych, i to też była nowość. W Pastores dabo vobis znajduje się np. twierdzenie, że tożsamość prezbitera ma charakter relacyjny. Jan Paweł II rozpoczął więc zmianę, którą dzisiaj kontynuuje Franciszek, mówiąc w Evangelii gaudium, że łaska buduje na kulturze, a kultura jest zdefiniowana relacyjnie. To jest o tyle ważne, że otwiera teologię na dialog ze współczesnością czy – lepiej – z ponowoczesnością. Natomiast teksty, które idą pod prąd tym tendencjom, pojawiają się dopiero pod koniec pontyfikatu, i to niekoniecznie – jak choćby Dominus Iesus – są papieskiego autorstwa także w formalnym sensie. My pamiętamy najbardziej końcówkę oraz traktujemy wszystkie watykańskie teksty jako papieskie, ale moim zdaniem najbardziej Wojtyłowe są te z początku pontyfikatu.

W słynnym już wywiadzie jeden z wielkich kopistów myśli Jana Pawła II, abp Henryk Hoser, stawia tezę o zdradzie. „Powiem brutalnie – mówi ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej – Kościół zdradził Jana Pawła II. Nie Kościół jako oblubienica Chrystusa, Kościół naszego Credo, bo Jan Paweł II był wyrazem, głosem autentycznego Kościoła, ale praktyka duszpasterska zdradziła Jana Pawła II”. Czy w istocie praktyka duszpasterska w Polsce wypowiedziała symboliczne posłuszeństwo polskiemu papieżowi?

J.M.:Użycie słowa „zdrada” w polskiej tradycji ma na celu skończenie dyskusji. Bo ze zdrajcami się nie rozmawia. Zdrajcom, w najlepszym razie, nie podaje się ręki, w najgorszym – zabija. Jeśli jednak już trzymać się kategorii zdrady, zaproponowanej przez abp. Hosera, to rzekłbym przewrotnie, że właśnie powinniśmy zdradzać Jana Pawła II. A powinniśmy go „zdradzić”, odsyłając do lamusa choćby ten fałszywy paradygmat: „cywilizacja życia v. cywilizacja śmierci”. Wierny musi być w tym, co papież – również poprzez świadectwo życia, w którym odsłaniał (bez)sens cierpienia – wskazywał jako istotę chrześcijaństwa i sens działania Kościoła. O ile w pluralistycznym świecie Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela można zrelatywizować – w tym znaczeniu, że nie dla każdego jest on autorytetem – o tyle tego samego nie da się zrobić z ludźmi niesprawiedliwie cierpiącymi (w tym także z Jezusem niesprawiedliwie torturowanym i zabitym). Bo ten, kto cierpi niesprawiedliwie, nie ma koloru skóry, nie przynależy do określonego wyznania i nie ma poglądów politycznych, nie ma orientacji seksualnej… Jest cierpiącym. Można powiedzieć: tym, co posiada, co stanowi o jego istocie, jest jego cierpienie. By to dojrzeć, nie trzeba kończyć najlepszych uniwersytetów, nie trzeba być pobożnym chrześcijaninem ani ważnym arcybiskupem czy nawet papieżem. Wystarczy otworzyć oczy! I dlatego przed cierpiącym powinno się ugiąć każde kolano, zejść na ziemię każda filozofia i podporządkować się mu każda polityka, zatroszczyć o niego każdy Kościół. Oczywiście można powiedzieć, że – jak notuje niemiecki filozof i teolog Johann Baptist Metz – „autorytet cierpiącego” jest argumentem „słabym”. Tyle że – zdaniem Metza – ten „słaby” autorytet cierpiącego jest „jedynym uniwersalnym autorytetem, jaki pozostał nam jeszcze w naszym zglobalizowanym świecie”. Jest on jednak w tym sensie „mocny”, że ani religijnie, ani kulturowo nie można go ominąć. Tymczasem na Zachodzie jesteśmy spadkobiercami tej słynnej figury retorycznej, którą zostawił nam w spadku Arystoteles, a którą uwielbia również teologia katolicka. Arystoteles mówi: „Drogi mi jest Platon, ale prawda jest mi droższa”. Tyle że wiedziony pychą Arystoteles błądził, sądząc, że jest – albo może być – posiadaczem prawdy. Logika Ewangelii, w moim przekonaniu, jest dokładnie odwrotna niż logika sylogizmu i sprowadza się do następującej sekwencji: „Droga jest mi prawda, ale Platon jest mi droższy”. Platon, czyli człowiek wykluczony, zepchnięty na margines, poniżony, wdowa, sierota, obcokrajowiec, a więc wszystkie te człowiecze figury, które możemy znaleźć w Biblii. To one stanowią centrum troski Robotnika z Nazaretu. Cóż bowiem po doktrynie, jeśli w jej imię poniża się drugiego człowieka, bo jest gejem? Cóż po doktrynie, kiedy nie pozwala na miłosierdzie, bo człowiekowi potknęła się noga? Nota bene: uważam, że święty to grzesznik, który po upadku się podnosi… A zatem: myślenie stawiające doktrynę ponad miłosierdzie było obce Janowi Pawłowi II, ale zostało doskonale zaabsorbowane przez polski Kościół, który gotów jest umierać za doktrynę, przyglądając się ze stoickim spokojem i wymownym milczeniem, jak umiera…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bracia i wrogowie. Antysemityzm katolików.