Czy Pan Bóg rozmiłował się w bankrutach? Na biblijnych kartach spotyka się nie tylko syna marnotrawnego, ale też Dawida, Mojżesza, Józefa – postaci, które ekonomicznie i społecznie wydawały się przegrane.
Na pewno ma do nich słabość. Jest taki fragment u proroka Izajasza, gdzie Pan Bóg przyrównuje się do matki (Iz 46, 3‒4 oraz 49, 15). Nie jestem matką, ale mam poczucie, że matka więcej uwagi poświęca dziecku, które jest słabsze. Bo kochać nie oznacza kochać po równo, a już na pewno nie w taki sam sposób. Nie każdy potrzebuje tyle samo. Uderzające, że to, o czym mówicie, powraca w Biblii jak refren: Bóg wybiera to, co małe. Małe może być jednak także przez zawinienie, a nie – dajmy na to – kondycję społeczną. Syn marnotrawny nie musiał być bankrutem, ale stał się nim w wyniku własnych działań.
Trudno jest mi jednak wchodzić Panu Bogu w rękawy i mówić, co On kocha, a czego nie, choć oczywiście historia biblijna na pewne wątki wskazuje. Wydaje mi się jednak, że ciekawsze jest co innego – mianowicie: jak wpływa na człowieka bankructwo rozmaicie pojęte – otwiera go na Boga i bliźnich – czy też zamyka? Na szczęście jest tak, że gdy człowiek dochodzi do ściany, to może ten moment przeżyć jako otwarcie na łaskę, może odkryć, że sam dla siebie nie jest samowystarczalny i że potrzebuje kogoś i czegoś więcej. Cała idea zbawienia opiera się na doświadczeniu, że znalazłem się w sytuacji, z której sam nie jestem w stanie się wyrwać.
Powiedział Ksiądz Biskup, że w odróżnieniu od innych syn marnotrawny popadł w bankructwo na własne życzenie. Czy jego postać nie zarysowuje jednych z wyraźniejszych różnic między logiką Starego i Nowego Testamentu, między prawem i miłosierdziem?
Nie, Pan Bóg jest taki sam, niezmienny. Logika, z którą wiążemy zazwyczaj Nowy Testament została po raz pierwszy pokazana w opowiadaniu o Kainie i Ablu (Rdz 4). Kain jest mordercą, Bóg słyszy krew Abla – słyszy ją, ale jej nie słucha. Udziela za to Kainowi, poprzez znamię na czole, gwarancji bezpieczeństwa. Jest wiele interpretacji tego gestu, ale jedna z piękniejszych, zaproponowana w XI w. przez Rasziego (Szloma ben Icchaka), mówi o literze Jota, czyli pierwszej literze imienia Jahwe. Bóg wypisał Kainowi swoje imię na czole! W rozmowie Boga z Kainem mamy wrażenie, że Bóg nie troszczy się o Abla, ale właśnie o Kaina, o to, jak uratować go od śmierci.
Oczywiście jest na to odpowiedź nowotestametalna, bo w Liście do Hebrajczyków czytamy, że Bóg słucha krwi Chrystusa, która przemawia głośniej niż krew Abla (Hbr 12, 24), przy czym nie jest to nic innego jak rozjaśnienie sytuacji, która sama w sobie okazuje się prowokacją – któż z nas wypisałby swoje imię na czole mordercy? To jest radykalne objawienie Boga, który jest miłosierdziem już u samego początku historii ludzkiej.
Gwarancja udzielona Kainowi od razu odsyła nas do słownictwa bankowego – gwarancji czyjejś wypłacalności. Dzięki literze Jota Kain stał się na powrót wiarygodny. Powinniśmy jednak zapytać, czy Abel musiał czekać na krew Chrystusa, by słyszalna stała się również jego własna.
Z punktu widzenia Boga krew Chrystusa i Abla mówią dokładnie w tym samym momencie, czyli ponad czasem, dla Niego nie ma wcześniej ani później.
Chodzi nam o to, że czasami interpretuje się chrześcijaństwo w taki sposób (robi tak dokładnie Nietzsche), że to dopiero Syn Boży musiał umrzeć, aby zmazać krzywdę, jakiej doznał Bóg Ojciec. To jest myślenie poprzez dług, odkupywanie, wyrównywanie rachunków.
To jest teologia zadośćuczynienia, która dzisiaj podlega radykalnym reinterpretacjom. Przez długi czas mówiło się o takim wyrównywaniu rachunków z Panem Bogiem, ale czegoś takiego nie da się zbudować w oparciu o przesłanki Objawienia.
Czytamy jednak o tym, że spłacony został dług Adama.
Słowa mają to do siebie, że coś pokazują, a jednocześnie coś też zakrywają.
Jest też w Piśmie św. mowa o wykupywaniu niewolnika.
Zgoda, niewolnikiem to ja jestem. Ważne jest jednak, komu się płaci. Abbé Pierre, francuski ksiądz, założyciel wspólnoty dla bezdomnych, interpretował to w ten sposób, że Pan Bóg płaci nam samym, abyśmy chcieliby być wolni. Porównywał to do gratyfikacji dla kogoś, kto wychodzi z nałogu – przezwycięża alkoholizm lub narkomanię i wyzwala się. Znów jest to obraz, który jednocześnie coś pokazuje i zasłania. Dziś jednak nie ma już w teologii skłonności dopatrywania się tego, że Chrystus płaci za nas – pytanie komu: Panu Bogu, który jest strasznie obrażony, czy może Szatanowi (takie interpretacje też były), skoro człowiek jest w jego niewoli? Gdy te dawne koncepcje są postrzegane z dystansu, to wydają się wręcz bluźniercze, niezależnie od tego, jakie pobożne życzenia rządziły pierwotnie naszymi umysłami.
Grzesząc, zaciągamy jednak wobec Boga jakąś winę, tak samo wobec bliźniego – gdy go krzywdzę, to jestem mu coś winien. Czy człowiek może ten dług wyrównać?
Nie może, zwłaszcza jeśli będziemy rozumieć ten dług szerzej czy też po prostu inaczej niż w języku bankowym, czyli w ten sposób, że grzech zabija Boga. W tekstach paschalnych, które pojawiają się w Niedzielę Zmartwychwstania i zaraz po niej, czytamy, jak Piotr staje przed ludźmi i mówi: zabiliście Jezusa Chrystusa, zabiliście dawcę życia (Dz 3, 13‒15)! Za to nie ma ceny, tak samo zresztą, jak nie ma jej za zabicie kogokolwiek. Bo jaką cenę można zapłacić za ludzkie życie?
Jak obciąża nas grzech pierworodny?
On nie ma charakteru winy osobistej. Jest to raczej stan ludzkiej kondycji – kogoś, komu wybór dobra nie przychodzi spontanicznie. Kościół nazywał to, i wciąż nazywa, potrójną pożądliwością – jestem skłonny do pożądliwości ciała, oczu i pychy życia. Są we mnie podstawowe pęknięcia, które sprawiają, że wolność przychodzi mi z trudem.
Nie mamy więc osobistej winy, ale tak czy inaczej przychodzimy na świat obciążeni jakąś skazą.
To jest próba opisania samego siebie. Odchodząc na moment od tego, że mamy do czynienia z tekstem objawionym, trzeba powiedzieć, że Księga Rodzaju to tzw. historia etiologiczna. Autorzy szukają pierwotnego i podstawowego objaśnienia tego, co obserwują w swoim własnym czasie. Obserwują człowieka, który jest skłonny do zła. W Biblii nie ma takiego przekonania, jakie znajdzie się w niektórych nurtach filozofii, że człowiek jest na tyle szlachetny, iż jeśli zostawi się go w spokoju, to on z pewnością wybierze dobro. Przeciwnie, Biblia opisuje doświadczenie człowieka, który jest grzeszny.
Czy chrześcijaństwo wnosi w rozumienie grzechu, winy i długu coś radykalnie nowego, przełomowego?
Tak, odkupienie w Chrystusie, Jego łaskę.
Jest to coś, co otrzymuje się za darmo. Nie ma Ksiądz Biskup jednak wrażenia, że nasze współczesne przeżywanie religijności i etyki na niej opartej kompletnie o tym zapomniało, popadając zarazem ponownie w pelagianizm i myślenie w kategoriach „coś za coś”?
To zależy, kto przeżywa i kto mówi. Pelagiusz zredukował wydarzenie, któremu na imię było Jezus Chrystus, do dobrego przykładu, jaki dostajemy od Boga, żeby ku Niemu iść. Tak jednak nie jest i dlatego Kościół nie poszedł za Pelagiuszem, ale za Augustynem, czyli doktorem łaski. Dokładnie o tym pisał papież Franciszek w ostatnim orędziu na Wielki Post: kiedy Chrystus myje nam nogi, to nie znaczy, że daje nam przykład, w oparciu o który my mamy następnie umywać nogi innym. Mycie nóg jest wydarzeniem aktualnym wobec nas i tylko wtedy, kiedy go aktualnie doświadczamy i przeżywamy, jesteśmy zdolni komuś innemu umyć nogi. A nie dlatego że wiem, iż Jezus zrobił to 2 tys. lat temu wobec Piotra i Judasza. I to jest radykalna nowość.
Będziemy krążyć naokoło postawionego problemu, jeśli nie wykrystalizujemy sobie dwóch najistotniejszych pojęć dla chrześcijańskiego rozumienia długu i łaski. Zajrzyjmy do fragmentu Listu do Rzymian: „sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia” (Rz 10, 10). Są tu dwa kluczowe terminy, które wyrażają dzieło Chrystusa. Usprawiedliwienie mówi właśnie o tym, że jestem w sytuacji jakiegoś długu wobec Boga i jestem niewypłacalny. Paweł wie, co pisze, mając doświadczenie własne i środowiska, z którego wyszedł – ludzi, którzy chcieli z Bogiem uregulować rachunki po swojemu, na własną modłę, według swoich własnych sił. Paweł mówi, że to niemożliwe, że ten dług jest nam darowany przez Jezusa Chrystusa. I teraz rodzi się pytanie, co ja z tym zrobię, że ktoś skreślił mi dług, z którego nie byłem się w stanie w żaden sposób wypłacić. Opowiada o tym przypowieść Jezusa o 10 tys. talentów, które winien był królowi jego poddany. Powinien je oddać, ale nie miał i choćby się nawet kazał sprzedać on i cała jego rodzina, to i tak by nie starczyło (Mt 18, 23‒35). Ten dług skreślił mi Chrystus i powiedział: już go nie masz. To jest usprawiedliwienie.
A drugie to zbawienie. Ono mówi nie tyle o moim stosunku do kogoś, ale o mojej własnej kondycji – np., że jestem niewolnikiem i przychodzi, ktoś, kto mi zrywa kajdany; albo że jestem trupem i przychodzi ktoś, kto otwiera wieko od trumny i mówi: wychodź. Nie jestem tego w stanie zrobić sam – ani wstać z grobu, ani uciec z więzienia. Musi przyjść ktoś, kto mi otworzy drzwi. Na tym polega zbawienie. To są dwa wymiary dzieła Chrystusowego – usprawiedliwienie i zbawienie – w obu przypadkach otrzymywane za darmo.
Czy zapowiedzią tego był praktykowany w judaizmie rok szabatowy i obchodzony co 50 lat Rok Jubileuszowy, w którym należało darować innym wszelkie długi?
Jubileusz pokazuje, że tylko Bóg jest panem człowieka. Nawet jeśli mam niewolnika, nie mogę go mieć na zawsze, jest moment, w którym muszę mu zwrócić wolność. Podobnie, jeśli nabyłem czyjąś ojcowiznę, to muszę mu ją w którymś momencie oddać, ponieważ człowiek tak naprawdę nie jest właścicielem tego wszystkiego – jest jeszcze Bóg, który ma pierwotne prawo własności. Do Niego należy ziemia i każdy człowiek. Prędzej czy później przychodzi moment, w którym wszystko wraca do pierwotnego ładu, jaki Pan Bóg zaplanował. Na tyle, na ile to jest możliwe, bo przecież myśmy ten ład na wiele sposobów popsuli.
To może działać w aspekcie etyki podmiotowej (pierwszoosobowej), ale…