Pani na długo do kraju?
– Na rok.
– Ach, to się świetnie składa, bo akurat zaczynamy taki projekt …”
… i tu zazwyczaj rozpoczynała się długa i pełna pasji opowieść. Pasji, która stopniowo udzielała się i mnie. Z jednego roku zrobiły się dwa… Bardzo szybko połknęłam bakcyla trawiącego mnie po dziś dzień.
Ale ab ovo. Kiedy pod koniec 2008 r., podczas moich dziennikarskich badań nad kulturami pamięci – polską, niemiecką i żydowską – w ramach stypendium Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej, po 40 latach nieobecności przyjechałam do Polski, nurtowało mnie wiele pytań. Jaka – po prawie 70 latach od zakończenia wojny i 20 po przełomie politycznym 1989 r., prawie dekadę po przystąpieniu do Unii Europejskiej – jest polska pamięć o świecie, który padł ofiarą Zagłady? Pamięć wyparta, odrzucona, zakłamana, wymagająca bolesnej konfrontacji z własną historią? Jak się ona przekłada na poczucie naszej narodowej i lokalnej tożsamości?
Szukając odpowiedzi, zaczęłam natrafiać na ludzi, którzy w rewitalizacji cmentarzy i synagog, w zbieraniu wypowiedzi świadków wydarzeń, w publikacjach, w projektach szkolnych i gminnych, we współpracy władz komunalnych z zagranicznymi ziomkostwami Żydów, w działalności organizacji pozarządowych i przedstawicieli Kościoła, słowem – w stałym poszukiwaniu właściwych form upamiętnienia – starali się wypełnić wieloletnią pustkę.
Kim są? Najczęściej to nauczyciel, lokalny regionalista lub kierownik domu kultury, proboszcz, burmistrz, polityk komunalny lub działacz organizacji pozarządowej. Znany jest udział strażników więziennych, strażaków czy policji. Niejednokrotnie bywa to samotny strzelec, którego początkowo traktuje się z wrogością, ze zdumieniem, z politowaniem („wariat jakiś czy co?”). A potem nagle przyłącza się do niego coraz więcej osób – albo też i nie.
Luka w topografii
„W każdym razie to jest ciekawy fenomen i warto byłoby go opisać” – powiedział mi po przyjeździe Stanisław Krajewski, matematyk i filozof, wieloletni współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.
Dlaczego to robią? Co nimi kieruje? Świadomość straty i potrzeba przywrócenia pamięci o ludziach, pragnienie przeformułowania własnej lokalnej tożsamości czy raczej przeświadczenie, że minął czas milczenia i lokalne społeczności – a zwłaszcza powojenne pokolenia – powinny poznać wypartą część swej historii? A może impulsem sprawczym okazało się zdziwienie wynikające z prostej niewiedzy?
Już pod koniec lat 70. w Tarnowie świeżo upieczony etnolog Adam Bartosz, późniejszy wieloletni, a dziś emerytowany dyrektor tamtejszego Muzeum Okręgowego i spiritus movens wielu społecznych inicjatyw w całym okręgu, dokonał odkrycia: „W Tarnowie był kirkut, którego nazwa nic mi nie mówiła, była bima, niepisany symbol miasta, chociaż nikt nie miał pojęcia, co ta »bima« znaczy. Dopiero kiedy zacząłem pracować w Muzeum Okręgowym, natknąłem się na mnóstwo starych dokumentów miejskich, w których bez przerwy przewijali się Żydzi. No, jak to? – byli Żydzi i ich nie ma? I wtedy dotarło do mnie, że to nie była tylko luka w pamięci, ale jednocześnie luka w topografii miejsca, i to w dosłownym sensie tego słowa: to był ten kirkut – cmentarz żydowski, ta straszliwie zarośnięta dziura w środku miasta, gdzie urzędowała sama swołocz i nikt przyzwoity tam nie zaglądał. Jak jakieś miejsce zakazane”.
Kilka lat później, w 1981 r., w stanie wojennym, na drugim krańcu Polski, Tomek Wiśniewski wraz z grupą studentów białostockiego uniwersytetu trafił do więzienia. Z braku innego zajęcia przeczesywał więzienny księgozbiór – „I któregoś dnia wpadła mi w ręce książka o zagładzie getta w Białymstoku. Byłem zdumiony: Co?! Tylu Żydów?! Skąd się tutaj wzięli, gdzie się podziali? Po wyjściu z więzienia poszedłem do biblioteki, żeby poszukać czegoś na ten temat. I nic nie znalazłem! A przecież w latach 20. Białystok zamieszkiwało więcej Żydów niż całą Palestynę!”
Dzisiaj Tomek Wiśniewski, założyciel stowarzyszenia „Szukamy Polski”, dziennikarz, autor wielu publikacji i dokumentów filmowych, jest kopalnią wiedzy na temat wielokulturowości swego regionu – Białostocczyzny.
Mikrokosmos relacji polsko-żydowskich
Praprzyczyn tej niewiedzy szukać trzeba w postępującym przez cały okres komunizmu procesie wypierania z pamięci żydowskiej obecności na ziemiach polskich, skutecznie wspomaganym reżimową polityką historyczną i edukacyjną. W praktyce doprowadziło to do tego, że pokolenia polskiej młodzieży wychowane po wojnie znały już tylko Polskę jednolitą etnicznie, jaką odnajdywały zarówno w propagandzie, programach szkolnych, kanonach upamiętniania, jak i potocznej pamięci Polaków. Był to temat tabu nie tylko w szkołach i mediach, ale również w domach, rodzinach, wśród znajomych i przyjaciół.
„To był rezultat zakłamania całej polskiej historii. W naszym powojennym pokoleniu Żydów po prostu nie było. Przypominano sobie o nich tylko w sytuacjach kryzysowych. O Żydach nie mówiło się też ani w obrębie Kościoła, ani na emigracji. Powstawały książki o wojnie, w których nie padało ani słowo »Zagłada«, ani słowo »Żyd«! I to jest w tym wszystkim najbardziej upokarzające: że do 1943 r. w Polsce żył naród polskich Żydów, o którym Polacy nic nie wiedzą!” – tak Adam Michnik podsumował to zjawisko podczas jednej z sesji naukowych na Uniwersytecie Warszawskim.
„W małych miasteczkach to milczenie było dodatkowo spotęgowane poczuciem winy – dodaje pochodzący z Rymanowa Michał Lorenc. – Bo na wszystkim ciążyła jednak straszna, niewysłowiona wręcz zbrodnia. I to piętno świadka wzmocnione było piętnem może nie tyle sprawcy czy współuczestnika – chociaż często bywało i tak – ile kogoś, kto skorzystał na tym, co się stało. To był stygmat, który ciąży do dziś na niemal każdym polskim miasteczku”.
Toteż nic dziwnego, że mieszkańcy miasteczek nie tylko nie mogli, ale też i nie czuli potrzeby pogłębiania wiedzy o swym lokalnym kulturowym dziedzictwie, a zwłaszcza tym polsko-żydowskim.
W moich poszukiwaniach nieprzypadkowo skoncentrowałam się na małych społecznościach lokalnych, na dawnym sztetlu, mikrokosmosie, gdzie strata jest najbardziej widoczna i mniej anonimowa, rany głębsze, pamięć ludzka żywsza, a jednocześnie bardziej skrywana, ale też gdzie działania i ich efekty wydawały mi się bardziej namacalne i widoczne. Dopiero na szczeblu prowincji widać było jak na dłoni, do jakiego stopnia reforma samorządowa i wynikające z niej upodmiotowienie społeczności lokalnych przyczyniła się do stopniowego odradzania się regionalnej świadomości i tożsamości. A wraz z nią pojawiła się nie tylko możliwość, ale i potrzeba przywrócenia pamięci o tamtejszych wielokulturowych społecznościach, w szczególności żydowskich, jako istotnego elementu własnej – i wspólnej – historii.
Reformie towarzyszył postępujący rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Nagle jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać lokalne inicjatywy. Nowe projekty przeprowadzono w Tarnowie, Orli, Wojsławicach, Będzinie, Pińczowie, Szydłowie, Brzostku, Międzyrzecu Podlaskim, Włodawie, Siemiatyczach, Bodzentynie, Sokołowie Podlaskim, Pile, Hajnówce, Murowanej Goślinie, Radomiu, Grodzisku Mazowieckim czy Krynkach – nie sposób wymienić wszystkich. Z większych miast poza Lublinem i Białymstokiem na uwagę zasługują Kielce, które od ponad 30 lat skutecznie stawiają czoła odium związanym z powojennym pogromem. „Bo po 1989 r. wreszcie można było mówić i o niemieckiej przeszłości Chojny, i o żydowskiej przeszłości Otwocka… Nareszcie można było w pełni przebadać i uczciwie opowiedzieć własną lokalną historię i spróbować wyrazić to w życiu publicznym miasteczka” – powiedział mi Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny Wydawnictwa Więź, który sam o żydowskiej przeszłości rodzinnego Otwocka dowiedział się dopiero w dorosłym życiu i od lat angażuje się w pracę nad pamięcią swego miasta. Przy czynnym współudziale zarówno parafii, jak i lokalnych władz.
Jednak nie zawsze akceptacja takich działań bywa oczywista. Przez ponad 20 lat Ireneusz Ślipek opiekował się cmentarzem żydowskim w Warcie. Ślipek, absolwent seminarium duchownego i członek byłej Wojewódzkiej Komisji Opieki nad Zabytkami w Sieradzu, z pasją i w poczuciu chrześcijańskiej misji samotnie zdołał uratować przed dewastacją i zniszczeniem ponad 1000 macew – kamieni nagrobnych. Za swe wysiłki został wprawdzie uhonorowany przez ambasadora Izraela w Polsce i przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie, ale jego działalność nie spotkała się z uznaniem lokalnych władz, które na wszelkie sposoby starały się utrudnić mu pracę. Również współmieszkańcy patrzyli na niego krzywo i z podejrzliwością. Kiedy więc w maju 2006 r. po całym dniu spędzonym na cmentarzu nagle zmarł, nie pozostawił po sobie żadnego następcy. Jego pracę z trudem starał się kontynuować dojeżdżający spod Poznania brat Józef. Nic dziwnego więc, że oglądając kilka lat później film Pokłosie, nie mogłam się oprzeć uczuciu déjà vu. Na szczęście większość historii przywracania pamięci kończy się bardziej optymistycznie.
Spadkobiercy dziedzictwa żydowskiegoKamilę Klauzińską poznałam dzięki programowi Dla tolerancji prowadzonemu w latach 2006‒2009 przez Fundację im. Stefana Batorego razem z Towarzystwem Inicjatyw Twórczych…