Subskrybuj
Dr nauk politycznych, amerykanista pracownik Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W badaniach koncentruje się na współczesnej myśli liberalnej oraz politycznej roli religii. Autor monografii Teista w demoliberalnym świecie. Rzecz o amerykańskich rozważaniach wokół rozumnej polityki (Kraków...

Kto ma problem z Trumpem?

Analiza głównych wątków dotychczasowej kampanii Trumpa pokazuje, że wzbierająca fala prawicowego populizmu, zalewająca kolejne państwa europejskie, uderzyła z całą mocą w stabilną demokrację amerykańską. Prawyborczy sukces ekscentrycznego i narcystycznego miliardera, który w swej megalomanii zamarzył o zostaniu kolejnym prezydentem USA, to dla wielu wyraźny sygnał, że amerykańska polityka znalazła się w głębokim kryzysie.

Populizm nie oszczędza nikogo. Wielu komentatorów wskazywało na „młode demokracje” europejskie jako szczególnie podatne na jego oddziaływanie. Tymczasem potęgowanie obaw i rozbudzanie lęków społecznych przy jednoczesnym serwowaniu cudownego panaceum na wszelkie problemy, z jakimi przychodzi się nam aktualnie mierzyć, z nie mniejszym powodzeniem działa na wyborców w państwach, którym historia podarowała zdecydowanie więcej czasu na uformowanie demokratycznej kultury politycznej.

 

Amerykańska demokracja ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze

Ważnym wątkiem dziejów amerykańskiej republiki jest historia zmagań o upowszechnienie praw wyborczych. Wielu z Ojców Założycieli, w tym gronie tak znakomite osoby, jak chociażby J. Adams, A. Hamilton, B. Franklin czy J. Madison, miało zdecydowanie krytyczny stosunek do nadania praw wyborczych szerokim masom. W młodej republice amerykańskiej nie było dane aktywnie uczestniczyć w wyborach kobietom, rdzennym mieszańcom USA, niewolnikom, ale i wolnym obywatelom o czarnym kolorze skóry, osobom bez wystarczająco dużego majątku, a w wielu miejscach również obywatelom nienależącym do stanowego Kościoła państwowego. Tym samym obywatele sensu stricto (uprawnieni do głosowania i / lub bycia wybranym), w zależności od stanu, stanowili zaledwie od kilku do kilkunastu procent dorosłej populacji (w wieku powyżej 21 lat). Stąd też formuła znana z preambuły do federalnej konstytucji – „We the People” – pierwotnie opisywała podmiotowość polityczną bardzo wąskiej grupy osób, sprawującej „obywatelską pieczę” nad losami państwa i jego mieszkańców.

Realia współczesnej polityki amerykańskiej są zdecydowanie bliższe ideałowi, który w zgrabnej formie wyraził swego czasu Robert Dahl. Na ideał ten składają się dwa założenia: (1) „Wszyscy członkowie [ludu – RP] są dostatecznie kompetentni pod wszelkimi względami, by uczestniczyć w podejmowaniu wiążących ich zbiorowych decyzji dotyczących ich dóbr czy interesów. W każdym zaś razie nikt nie jest o tyle bardziej kompetentny od pozostałych, by jemu należało oddać to zadanie”[1]; (2) „Wobec braku zniewalających przeciwwskazań każdą dorosłą osobę należy traktować jako najlepszego znawcę własnych interesów”[2].

Jeśli miarą jakości demokracji uczynić powszechność praw wyborczych oraz realną możliwość wyboru rządzących, to w Stanach Zjednoczonych jej kondycja w żadnym razie nie powinna budzić niepokoju.

Tymczasem nie brakuje komentarzy wiążących sukces Trumpa z kryzysem rządów ludowych w państwie, którego wkładu w narodziny i rozwój liberalnej demokracji nie sposób przecenić. Oto niewybredna kampania wyborcza doprowadza osobę, która ze swej „niepolityczności” uczyniła centralny punkt swojego wizerunku politycznego, a program wyborczy oparła na kilku chwytliwych, acz niedorzecznych postulatach, do miejsca osiągalnego dla bardzo wąskiej grupy doświadczonych uczestników demokratycznej rywalizacji o najwyższy urząd w państwie. Odpowiedzialnością próbuje się obciążyć wyborcę, który w prawyborach postanowił zaufać komuś, kto odpowiada na problemy współczesnej Ameryki w sposób będący obrazą inteligencji dla tych, dla których sam start Trumpa w prawyborach był żartem, ewentualnie przemyślaną grą marketingową na potrzeby jego planów biznesowych.

Kto więc oddał głos w prawyborach na takiego kandydata? Zastanówmy się dobrze nad odpowiedzią. Jeśli przedstawia ona charakterystykę osoby nierozsądnej, łatwowiernej, podatnej na manipulację itp., to jesteśmy bliscy podważenia trafności założeń wstępnych, na których Dahl funduje nasze wyobrażenie o istocie rządów ludowych. Wykonując kolejny krok, niechybnie znajdziemy się w miejscu, w którym z przekonaniem potwierdzimy, że demokracja liberalna wymaga istotnych reform, bowiem miałaby się zdecydowanie lepiej, gdyby o losie całej wspólnoty politycznej nie mogły decydować osoby niezdolne do wystarczająco wnikliwej oceny kwalifikacji kandydata na urząd publiczny. W konsekwencji osoby takie winny zostać objęte kuratelą przez tych, którzy do takiej oceny są zdolni. Tak oto powracamy do atmosfery okresu narodzin amerykańskiej demokracji, kiedy to paternalistyczna troska nielicznych odmawiała większości prawa udziału w wyborze rządzących. Ci, którzy lepiej znają i rozumieją świat, otaczają opieką tych, których horyzonty myślowe są zbyt wąskie. Nic nowego. Pamiętajmy jednak, że kuratela, jak przekonywał Dahl, nie zabezpiecza przed niedoskonałościami demokracji; nie jest dla niej pomocną ręką w trudnych czasach. Kuratela jest przeciwieństwem demokracji. Ona ją zwyczajnie niszczy[3].

Demokracja amerykańska nie wymaga reform. Działa nad wyraz sprawnie. Regularnie odbywające się wybory skutecznie obrazują przesunięcia preferencji wyborczych, nawet jeśli decyzje konkretnego wyborcy nie odzwierciedlają, w naszej ocenie, jego wartości, opinii, potrzeb czy interesów. Po ostatnich prawyborach w Partii Republikańskiej wielu stawia pytanie, jak to możliwe, że taki kandydat zdołał przekonać do siebie większość wyborców. Pytanie to powraca w cyklu wyznaczanym przez kolejne elekcje, a odpowiedzi są zazwyczaj podobne. Wystarczy sięgnąć po bestseller „The New York Timesa” Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki Thomasa Franka, gdzie autor próbuje dociec źródeł fenomenu popularności George’a W. Busha pośród białych wyborców o niskich dochodach, których losu nie mogła odmienić realizacja programu ekonomicznego republikańskiego kandydata, aby przynajmniej zrozumieć motywacje wyborcy Donalda Trumpa.

 

Populizm Trumpa

Wiele już powiedziano i napisano o populizmie Trumpa, lecz czy jego sposób komunikacji z wyborcą jest nową jakością w amerykańskiej polityce? Czy jego ewidentny sukces jest bezprecedensowy? Absolutnie nie. Republika amerykańska zachowuje w pamięci wielu populistycznych bohaterów. W latach 20. XIX w. Andrew Jackson prowadził zwycięską kampanię wyborczą pod populistycznym wezwaniem przywrócenia demokracji amerykańskiej ludowi. Hasłem wyborczym uczynił sformułowanie „Niech rządzą ludzie” (Let the People Rule). Przed wojną secesyjną znaczącym poparciem cieszyła się partia „Nic niewiedzących”, odwołująca się do ideologii natywizmu, ewidentnie populistyczna formacja polityczna. W latach 80. XIX w. na zachodzie i południu USA swą siłę polityczną budowała Partia Populistyczna (The People’s Party), przeciwstawiająca się industrializacji kraju, walcząca z politycznymi wpływami wielkiego biznesu i promująca agraryzm. We współczesnej Ameryce „nierealistyczne” programy polityczne proponował m.in. Ross Perot, niezależny kandydat w walce o prezydenturę w 1992 r., i stworzona przez niego formacja Partia Reform (notabene wspierana wówczas przez Trumpa). Stosunkowo łatwo wykazać populizm Partii Herbacianej, z którą sympatyzuje republikański kandydat na urząd wiceprezydenta. Dzisiaj z uśmiechem reagujemy na kampanijne hasło Trumpa: „Make America Great Again”, lecz czy ten slogan wyborczy jest mniej pompatyczny i treściowo nieokreślony niż „Yes, We Can”, „Change” lub „Hope” Baracka Obamy? Co warte odnotowania, w wyborach w 2008 r. Obama również przedstawiał siebie jako kandydata niezależnego od partyjnego establishmentu. Co więc różni Trumpa od Perota czy Obamy? Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Perot musiał samodzielnie tworzyć własne zaplecze polityczne (własną partię), by wystartować jako kandydat niezależny. Obama odwołał się do elektoratu demokratycznego z pominięciem partyjnego przywództwa, lecz ostatecznie otrzymał od niego pełne i bezwarunkowe poparcie, w tym również od głównej kontrkandydatki, Hillary Clinton, będącej „first-choice” elity partyjnej. Trump wystartował w republikańskich prawyborach jako polityczny nowicjusz, bez jakiegokolwiek wsparcia Partii Republikańskiej, której przywództwo wielokrotnie ostro atakował, a która dziś, czy tego chce czy nie, musi pogodzić się z tym, że twarz Trumpa stała się centralnym elementem jej wizerunku w wyborach 2016 r., z wszystkimi tego konsekwencjami w przyszłości. Wydaje się, że Trump do niczego nie potrzebuje Partii Republikańskiej, a jedynie jej zwolenników, którzy 8 listopada winni oddać na niego głos.

 

Kryzys Partii Republikańskiej i jej „religijnego” zapleczaW tym miejscu dochodzimy do bodaj najistotniejszej kwestii, wartej pogłębionej refleksji w odpowiedzi na prawyborczy sukces Donalda Trumpa. Jeśli sukces Trumpa jest wyrazem jakiegoś kryzysu, to niewątpliwie jest to kryzys Partii Republikańskiej, ale i wspierających ją organizacji społecznych chrześcijańskiej prawicy – uczestnika systemu politycznego lobbującego na rzecz przyjęcia rozwiązań legislacyjnych po myśli konserwatywnej części społeczeństwa amerykańskiego z jednej strony oraz mobilizującego i wpływającego na decyzje prawicowego elektoratu – z drugiej. Prawyborczy sukces Trumpa jest oczywistym wyzwaniem dla Partii Republikańskiej, dla jej jedności oraz spoistości. Czas pokaże, na ile destrukcyjna będzie dla niej ta nominacja. Trzeba tu jednak podkreślić, że Trump nie wpędził republikanów w kryzys. Oni tkwią w nim już od dłuższego czasu, a mianowicie od 2009 r., gdy administracja Obamy ogłosiła program „Obamacare”. W odpowiedzi na ten ruch demokratów na społecznym zapleczu Partii Republikańskiej, wśród jej sympatyków oraz w oparciu o aktywnych i nieraz wpływowych działaczy wyrósł ruch Partii Herbacianej – ewidentnie populistyczne zjawisko na amerykańskiej scenie politycznej, krytyczne nie tylko wobec politycznych rywali republikanów, na czele z prezydentem Obamą, ale z równą mocą atakujące establishment Partii…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak postępuje moralność