Michał Jędrzejek: Jak dzień po referendum z 23 czerwca przyjął Pan informację, iż Brytyjczycy zdecydowali się opuścić Unię Europejską?
Aleksander Smolar: Z głębokim smutkiem, ale bez zaskoczenia. Od pewnego momentu byłem przekonany, że taki będzie rezultat głosowania. Mimo iż większość Brytyjczyków nie jest w istocie przeciwna Unii, to – jak to zazwyczaj bywa w referendach – ich decyzja była wynikiem protestu wobec różnych zjawisk, często odległych od pytania, które zostało zadane.
Przeciwko czemu zaprotestowali mieszkańcy Wielkiej Brytanii?
Po pierwsze, przeciwko polityce zaciskania pasa prowadzonej przez konserwatywny rząd Davida Camerona. Za wyjściem głosowały w większości regiony i grupy społeczne, które tradycyjnie popierały Partię Pracy i które zostały najbardziej dotknięte kryzysem gospodarczym. Mimo coraz lepszych wyników brytyjskiej gospodarki część klasy robotniczej i niższej klasy średniej odpowiedziała w ten sposób na brak odczuwalnej poprawy swojej sytuacji.
Po drugie, niewątpliwie zaprotestowano przeciwko migracji. Nie chodziło jednak o migrantów z Bliskiego Wschodu ani z Azji, którzy z powodów tradycji imperialnych są w Wielkiej Brytanii od dawna obecni, a ich liczba jest kontrolowana przez państwo. Sprzeciw wywołała niekontrolowana imigracja z Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza z Polski. Ma ona rzeczywiście bezpośredni związek z Unią Europejską, ponieważ jest konsekwencją unijnej zasady wolnego przepływu osób. W nadchodzących negocjacjach dotyczących zasad wyjścia z Unii rząd brytyjski będzie chciał zachować przywileje i zyski płynące z wolności przepływu kapitału, dóbr i usług, lecz ograniczyć napływ ludzi.
Niechęć do migrantów, która miała istotny wpływ na wynik referendum, ma dwa wymiary: kulturowy i ekonomiczny. Wiele interesujących świadectw pokazuje kulturowe poczucie obcości wśród mieszkańców małych angielskich miasteczek, którzy w dawniej odwiedzanych pubach nie słyszą już prawie rodzimego języka.
Jednocześnie część pracowników oskarża przyjezdną siłę roboczą o doprowadzenie do obniżenia płac. Wymiar ekonomiczny imigracji pozostaje często zmistyfikowany – a w kampanii przed referendum pojawiło się na ten temat wiele fałszywych informacji – ponieważ w rzeczywistości przybysze podejmują się prac, których Brytyjczycy nie chcą sami wykonywać. Strach przed migrantami pojawia się również tam, gdzie nie stanowią oni dużej grupy, więc ma on często charakter zapożyczony i uogólniony.
Po trzecie, pewną rolę odegrało poczucie brytyjskiej odrębności i suwerenności. Wielka Brytania nie podzieliła doświadczenia większości państw Europy kontynentalnej z czasów II wojny światowej – poczucia klęski, kolaboracji z okupantem, traumy Holokaustu. W związku z tym uczestnictwo w projekcie europejskim dla Brytyjczyków nie było – jak np. dla Francuzów i Niemców – związane z wartością przezwyciężania wojennych podziałów, lecz wynikało z oczekiwania ekonomicznych korzyści. Gdy Wielka Brytania przyłączyła się w 1973 r. do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG), przeżywała okres upadku, a kraje kontynentalne były sferą dynamicznego rozwoju. Dziś te korzyści z członkostwa w Unii mogą wydawać się wątpliwe.
Jak – kilka miesięcy po referendum – ocenia Pan jego polityczne konsekwencje?
Nie wiemy dziś wiele więcej niż bezpośrednio po ogłoszeniu wyników. Zdumiewający jest fakt zupełnego nieprzygotowania brytyjskiej klasy politycznej – zwłaszcza zwolenników wyjścia z UE – do zaproponowania dalszych działań. Odejście jednego z największych i najpotężniejszych państw z całą pewnością oznacza osłabienie i przyspieszenie prowincjonalizacji czy „szwajcaryzacji” Europy w międzynarodowych rozgrywkach. Wielką Brytanię – oprócz potencjału ekonomicznego – wyróżnia siła militarna. Obok Francji to jedyny kraj unijny, który myśli w kategoriach globalnych i jest zdolny do działań wykraczających poza obszar swojego bezpośredniego sąsiedztwa. Zwróciłbym też uwagę na jeszcze jeden aspekt: Wielka Brytania reprezentuje najdłuższą i najbogatszą na świecie tradycję demokracji liberalnej oraz gospodarki wolnorynkowej (choć nierezygnującej z istotnej roli państwa). Jej odejście może doprowadzić do zachwiania unijnej równowagi na korzyść modelu etatystycznego oraz – być może – mniej rygorystycznego podejścia do państwa prawa. Brexit jest więc również poważnym zmartwieniem dla sympatyków politycznego i ekonomicznego liberalizmu na kontynencie.
A czy dostrzega Pan na horyzoncie kolejne państwa, które mogą podążyć śladem Brytyjczyków?
Niekiedy wymienia się w tym kontekście Szwecję czy Danię, które są bardzo zamożne, nie należały do grona założycieli UE i mają dość silne związki z Wielką Brytanią. Referendum w sprawie wyjścia proponują też skrajnie prawicowi politycy w innych krajach Europy: Norbert Hofer w Austrii i Marine Le Pen we Francji. Pod tym względem konsekwencje Brexitu wydają się ambiwalentne. Z jednej strony, Wielka Brytania wykonała krok, który w większości państw nie był dotąd nawet poważnie rozważany, a teraz stał się realną alternatywą polityczną. Jeśli uda się jej wynegocjować dobre warunki rozstania z Unią, a prognozy o stratach gospodarczych i politycznej samoizolacji okażą się nieprawdziwe, inne państwa mogą wziąć z niej przykład. Czarne przepowiednie – których nie podzielam – mówią, że w Unii zostaną wyłącznie Niemcy i opierające się na nich słabsze państwa. Z drugiej strony jednak, niektóre badania opinii publicznej pokazują, że po Brexicie wzrosła identyfikacja europejskich społeczeństw z Unią. W warunkach niepewności na powrót uświadomiono sobie wartość bycia razem. Choć może się okazać, że jest to tylko zjawisko przejściowe.
Niewątpliwie nastąpiła poważna zmiana w myśleniu o integracji europejskiej. Wspólna Europa długo jawiła się jako projekt optymistyczny, który ma przed sobą dobrą przyszłość polegającą na pogłębianiu wewnętrznej jedności i przyjmowaniu nowych członków. Choć wciąż wiele państw chciałoby do Unii dołączyć – Ukraina, kraje bałkańskie, Turcja – to jednak po Brexicie dominującą emocją jest obawa przed powolnym kurczeniem się Unii.
Pesymizm płynie również z faktu, że Brexit jest tylko jednym punktem na mapie europejskich kryzysów – obok kryzysu migracyjnego, problemów strefy euro, brutalnych aktów terroryzmu i wojny na Ukrainie. Kiedy właściwie słowo „kryzys” zrobiło taką karierę w dyskusjach o Unii? Zaproponowałbym hipotezę, że cezurą są lata 2004–2005, gdy doszło zarówno do ostatniego spektakularnego sukcesu, czyli przyjęcia dziesięciu nowych członków (co stało się też źródłem istotnych problemów), jak i do poważnej porażki – odrzucenia w referendach tzw. Konstytucji dla Europy i zablokowania dalszej politycznej integracji.
Z Unią jest podobnie jak z demokracją, czyli o kryzysie pisze się właściwie od samych jej początków. Już w latach 80. na okładce „The Economist” pojawił się nagrobek wspólnot europejskich. Dominowało wówczas poczucie dekadencji i braku perspektyw. Zmieniło się to jednak, gdy przewodniczącym Komisji został Jacques Delors, który zaproponował nowe integracyjne pomysły, a rok 1989 przyniósł falę optymizmu i poczucie, iż w historycznej rywalizacji ze Związkiem Radzieckim to Zachód odniósł wspaniały sukces. Rzeczywiście, pewną cezurę dla dzisiejszych kryzysów stanowią wspomniane przez Pana wydarzenia. Dodałbym do nich rozpoczętą w 2003 r. wojnę w Iraku, która mocno podzieliła europejskie stolice.
Wielkie rozszerzenie dało nowym członkom szansę na przyspieszenie i awans cywilizacyjny, jednakże w niektórych krajach starej Unii wzbudziło, niezauważony u nas, niepokój. Istotną przesłanką odrzucenia konstytucji europejskiej w referendum w Holandii było swoiste poczucie wydziedziczenia. Holandia, od samych początków będąca częścią wspólnoty europejskiej, nagle zaczęła mieć mniejsze znaczenie niż np. Polska, na której rozwój – paradoksalnie – musi łożyć duże środki. Rozszerzenie i decyzja o otwarciu brytyjskiego rynku pracy dla Polaków już w 2004 r. stały się też jedną z przyczyn Brexitu.
Rezygnacja z projektu konstytucji, mimo iż traktat lizboński przejął jej podstawowe zapisy, była momentem załamania politycznej integracji w jej dotychczasowym kształcie. Przygotowując tekst konstytucji, Valéry Giscard d’Estaing jako ostatni ważny polityk europejski poważnie proponował powołanie Stanów Zjednoczonych Europy. Choć nie można wykluczyć w przyszłości federalnej integracji niektórych państw dzisiejszej Unii, to sam taki postulat w zdecydowanej większości państw członkowskich zostałby obecnie odebrany jako prowokacja.
Na jakie aspekty warto zwrócić uwagę w analizie aktualnych wyzwań dla Unii Europejskiej?
Jest to gąszcz rozmaitych i złożonych procesów, a wymienione przez Pana kryzysy tworzą coś, co Anglosasi nazywają perfect storm – sytuację, w której w jednym czasie zbiegają się wszystkie możliwe zagrożenia. Z każdym z tych kryzysów oddzielnie Unia mogłaby sobie poradzić, ich współwystępowanie budzi jednak uzasadniony niepokój.
Chciałbym, żeby nasza klasa polityczna i intelektualna potrafiła częściej dokonywać analizy problemów Europy w kontekście procesu globalizacji – stale rosnących współzależności ekonomicznych i społecznych między Europą i innymi częściami świata. W tej perspektywie można dostrzec, że europejska stagnacja gospodarcza wywołująca wzrost sił populistycznych wiąże się z przepływem kapitału i przesunięciem miejsc pracy do Azji, kryzys migracyjny jest częścią masowych przemieszczeń ludności, w którym Europa uczestniczy tylko w niewielkim stopniu, zagrożenie zaś ze strony Rosji, wyrażone w agresji na Ukrainę, ma istotny wymiar globalny: wynika z próby przeciwstawienia się sile USA oraz rosnącej potędze Chin.
Związek globalizacji z doświadczeniem kryzysu i sukcesami sił skrajnej prawicy dobrze widać we Francji. Front Narodowy zyskuje na znaczeniu dzięki poczuciu – w dużym stopniu uzasadnionemu – powolnej degradacji Paryża. Ma ona wiele przyczyn. Po pierwsze, jest wynikiem przesunięć geopolitycznych po 1989 r. Francja w planie globalnym skutecznie wygrywała do tego czasu napięcia między USA i ZSRR, a w planie europejskim, wobec politycznej słabości Niemiec, kierowała w istocie procesami integracji. Po upadku Związku Radzieckiego i zjednoczeniu Niemiec pole manewru Paryża uległo dramatycznemu skurczeniu. Po drugie, z powodu swojej tradycyjnej, opartej na państwie, polityce gospodarczej, Francja z coraz większym trudem radziła sobie w warunkach globalnego rynku. Również w Unii Europejskiej – zbudowanej przecież na francuskiej kulturze biurokratycznej – maleją dziś wpływy Paryża. Prawica zręcznie odwołuje się do urażonej narodowej dumy i wskazuje na Unię jako istotne źródło swoich porażek. UE zamiast ochraniać Europę przed skutkami globalizacji – zarzut często powtarzany we Francji – stała się w istocie narzędziem pogłębiania globalizacji i jej negatywnych skutków.
Czy odnoszące sukcesy w wyborach lokalnych i europejskich, Front Narodowy, Partia Niepodległości i Alternatywa dla Niemiec, a także partie Viktora Orbána i Jarosława Kaczyńskiego, które zdołały utworzyć większościowe rządy, mają jakiś wspólny rdzeń? A może łączenie tych rozmaitych zjawisk jest daleko idącym uproszczeniem?Wszystkim wymienionym partiom, najczęściej bliskim mniej lub bardziej skrajnej prawicy, można zasadnie przypisać populizm, podobnie jak hiszpańskiemu Podemos czy greckiej Syrizie, kojarzonym z lewicą. Populizm nie oznacza w tych przypadkach odrzucenia demokracji, lecz walkę z liberalną demokracją w imię bardziej bezpośredniej władzy ludu. Tak rozumiana demokracja ludowa podważa dorobek myśli liberalnej, czyli ograniczanie politycznej arbitralności rządów większości w celu ochrony praw mniejszości i jednostek. W imię poszerzania pola decyzji politycznych dąży się do pomniejszenia znaczenia instytucji stojących na straży tych ograniczeń: przede wszystkim sądu konstytucyjnego (u nas Trybunału) i banku centralnego. Najlepiej widać to na Węgrzech i w Polsce. Wszędzie też można dostrzec – motywowane ideałem demokracji bezpośredniej – coraz częstsze sięganie po referenda. Dziś w 8 krajach europejskich współrządzą już populiści, a Europejczyków czeka w najbliższym czasie ponad 30 referendów (właśnie odbyło się referendum w kwestii przyjmowania uchodźców na Węgrzech). Jest to wyraz dążenia do osłabienia parlamentaryzmu i kontrolnej funkcji sądownictwa. Parlament służy reprezentacji obywateli, ale ma też za zadanie ograniczyć wpływ emocji, aby kierować się interesami całości, biorąc pod uwagę…