Subskrybuj
Pisarka i dziennikarka, założycielka Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno--Kulturalnych Stacja Muranów. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, stołeczną „Gazetą Wyborczą” i Muzeum Historii Żydów Polskich.

Pokolenie Europejczyków

Pamiętam doskonale tamten moment, początek maja 2004 r. Stojąc na krakowskim Rynku, słuchając niekończących się przemówień i gapiąc się na feerię sztucznych ogni, poczułam – bodaj pierwszy raz w życiu, nie licząc uniesień podczas koncertów – wzruszenie z uczestnictwa w rytuale zbiorowym. Wreszcie, udało się! Jesteśmy w Unii!

Podekscytowana, nie do końca wierząc jeszcze w to, co się stało, i nie zastanawiając się długo, w drodze powrotnej do domu zboczyłam do kawiarni internetowej, by posłać stamtąd entuzjastyczny e-mail do Nauda, zaprzyjaźnionego barmana z kawiarni De Boulevard w Bredzie, w której pracowałam kilka lat wcześniej, korzystając z dobrodziejstw wizy studenckiej i, jak wszyscy przybysze z gorszej części kontynentu, tymczasowego pozwolenia na pobyt. Wystukałam na szybko coś entuzjastycznego, jakiś hymn pochwalny na cześć europejskiej wspólnoty, jakiego trudno byłoby spodziewać się dotąd po kimś unikającym masówek, a zwłaszcza ekstaz na tle politycznym.

Odpowiedź przyszła po dwóch dniach; była chłodna i dziwnie zdawkowa. Naud nie pojął powodów mojej euforii. Może pomyślał, że kpię sobie z niego? Trochę mnie wtedy uraził swoim brakiem entuzjazmu – naiwnie sądziłam, że kto, jak nie on, zawsze stający po naszej stronie, zwolennik równości, użalający się nad gorszą sytuacją pracowników z Polski, odwzajemni tę radość, a przynajmniej pogratuluje, da znak, że choć trochę go to zainteresowało. Dziś, słuchając własnych rówieśników, ze sceptycyzmem wyrażających się o warunkach eurowstąpienia, o którym marzyli ich rodzice i które realizowało się na ich oczach, jestem skłonna zinterpretować tamtą reakcję inaczej: trzydziestoparoletni Holender, dla którego formalna przynależność do europejskich struktur była czymś równie naturalnym jak położenie przeważającej części jego kraju poniżej poziomu morza; antysystemowiec niechętny biurokracji i wszelkim przejawom kontroli nad życiem obywatela musiał czytać tamte zachwyty z politowaniem, zaskoczony moją naiwnością. Nie wiedział, jak to jest czekać na oficjalne uznanie po półwieczu tkwienia na marginesach, nie miał pojęcia, że pomarańczowy holenderski ser z darów mógł kojarzyć się mojemu pokoleniu z luksusem, nie zrozumiałby konsumpcyjnej gorączki, jaka ogarniała Polaków w znienawidzonych przez niego supermarketach wielkich korporacji; a zresztą, zanim się zaznajomiliśmy, Polska, Węgry i Czechy zlewały mu się w jednolitą środkowoeuropejską i nieco egzotyczną połać.

Nie znał, bo i skąd miałby znać, mojej perspektywy: gdy kończyłam europeistykę, studenci tej specjalności stanowili garstkę zagubionych na ówczesnej Akademii – dziś Uniwersytecie – Ekonomicznym humanistów, którym udało się przebrnąć przez pierwsze lata wspólnego programu i na finiszu przed dyplomem chcieli zaznać trochę wytchnienia. Nieliczni wykładowcy, związani z naszą katedrą, wprowadzali nas w tajniki czegoś, co wydawało się nam przyjemną abstrakcją. Mało kto spośród nas wierzył, że nabyta wówczas wiedza w ogóle przyda mu się w praktyce; bardziej ambitni wybierali pod koniec studiów równoległy handel zagraniczny, a prawdziwą przyszłość miały mieć bankowość, marketing i zarządzanie. Dobrze byłoby zobaczyć teraz miny tych wszystkich, którzy wówczas kwestionowali wybór naszej mniejszości.

 

Na przekór stereotypom

Bardziej niż Naud, Europejczyk od zawsze, zrozumiałby mnie pewnie Borja Arrue Astrain, Bask pracujący w Brukseli, który – jak wielu innych mieszkańców Hiszpanii, odizolowanej i niedoinwestowanej przez wiele lat wskutek dyktatury Franco – utożsamiał zjednoczoną Europę z rozwojem, nowoczesnością i dostatkiem. Urodzony w San Sebastian, baskijskim mieście oddalonym zaledwie o 20 km od Francji, bardzo często przekraczał granicę z tym sąsiednim krajem, więc było to dlań naturalne, niemal przyrodzone doświadczenie. – Dzięki temu pamiętam dokładnie, jak na początku lat 90. kontrole na granicy zaczęły stopniowo zanikać; pewnego dnia nie kazano nam już pokazywać paszportów, a innego – strażnicy zniknęli. Czynność, która jeszcze dla moich dziadków, żyjących w zamkniętym kraju, wydawała się czymś nieosiągalnym, stała się na moich oczach aktem banalnym, niewymagającym najmniejszego wysiłku – opowiada Borja.

Albo Paola Di Marzo, dziennikarka „East Journal”, która trafiła do Warszawy dzięki programowi wymiany studenckiej Erasmus. Jej współlokatorka była Słowaczką, najbliższą przyjaciółką stała się Węgierka, a kolejną Turczynka. – Zazdrościły nam, przybyszom z Zachodu, przede wszystkim swobody podróżowania: żadnych wiz, paszportów. Dla nich Unia Europejska oznaczała przede wszystkim brak granic, możliwość przemieszczania się bez przeszkód – mówi Paola. – Zresztą to chyba wciąż najbardziej oczywista i powszechnie akceptowana korzyść dla nas wszystkich, niezależnie od tego, z jakiego europejskiego kraju się wywodzimy. Również taka, która w ciągu minionej dekady najwięcej zmieniła.

Wolność wyboru miejsca do życia i zniesienie ograniczeń w poruszaniu się pomiędzy krajami to też najważniejsza zdobycz wspólnej Europy dla Julii Dubowskiej, dwudziestokilkuletniej warszawianki mieszkającej od kilku lat w Berlinie, gdzie pod pseudonimem Julia Bosski organizuje Polish Thursday Dinners – prywatne obiady czwartkowe będące formą niestandardowej promocji polskiej kultury. Od początku dorosłego życia była beneficjentką otwartych granic. – Dzięki tej wolności zyskałam inną: wolność wyboru, czym chcę się zajmować – przyznaje Julia. – Dzięki wspólnej Europie mogłam bez problemu przeprowadzić się do Berlina, zacząć tam pracować, mieszkać i swobodnie żyć. Inną rzeczywistość trudno mi sobie dziś wyobrazić. To byłoby dla mnie katastrofą, powrotem do starych podziałów, granic, zakazów. Najkrócej mówiąc: ograniczeniem wolności.

– Wspólna Europa to także dla mnie przede wszystkim wolność, zarówno w znaczeniu metaforycznym, jak i dosłownym – dodaje Łukasz Prokop, menedżer kultury, przedstawiciel pokolenia lat 80., które – jak podkreśla – jako ostatnie pamięta jeszcze zarówno końcówkę komunizmu, jak i szalony okres początków polskiego kapitalizmu. – Nawet jeśli nie mam zamiaru wyjeżdżać, wiem, że mając w kieszeni polski paszport, dysponuję taką możliwością. Sama ta świadomość daje swobodę. A poza tym? Równe możliwości rozwoju, otwartość, kultywowanie wspólnych wartości, szacunek dla różnorodności.

Wymiana, która pojawiła się w życiu wielu młodych Europejczyków razem z programami takimi jak Tempus (dzięki któremu sama też znalazłam się na blisko dwa lata w Holandii) czy Erasmus, zmieniła – i wciąż zmienia – nie tylko europejski krajobraz i wspólną gospodarkę, choćby dzięki rozwojowi tanich linii lotniczych, ale – jak podkreśla Paola Di Marzo – również mentalność samych mieszkańców Europy. – Sprawia, że zaczynamy bardziej uważnie słuchać, co mają do powiedzenia inni, stajemy się mniej pryncypialni i bardziej skłonni do rozwoju pod wpływem otoczenia, ciągłego doskonalenia się zarówno jako ludzie, jak i w wymiarze zawodowym. Sama doświadczyłam tego, uczestnicząc w programie wymiany studenckiej Erasmus, niczym socjologicznego eksperymentu: w pierwszym tygodniu, gdy przedstawialiśmy się innym uczestnikom, kiedy tylko ktoś usłyszał, że pochodzę z Sycylii, reagował natychmiast skojarzeniami z mafią i pytał, czy do niej należę. Dziś można się z tego śmiać, ale wtedy tego tematu nie poruszali tylko ludzie, którzy odwiedzili wcześniej moją rodzinną wyspę – mówi Paola. – Nie bez powodu mówi się, że podróże kształcą, otwierają umysł, pomagają we wzajemnym zrozumieniu.

 

Poczucie bezpieczeństwaO skojarzenia ze wspólną Europą pytam też Justine Salvestroni, mieszkającą od roku w Warszawie Francuzkę, korespondentkę dziennika „Liberation”. – Dla mnie to bardziej marzenie lub cel niż rzeczywistość, zwłaszcza teraz – odpowiada Justine. – Ale korzyści? Przede wszystkim łatwość przemieszczania się! Docenia ją bardzo, bo też spędziła dzięki Erasmusowi rok na studiach za granicą – w Hiszpanii. Teraz mieszka w Polsce i wiele podróżuje do sąsiadujących z nią krajów jako dziennikarka. – Ta swoboda, niby taka oczywista, jawi się jako cudowne osiągnięcie, gdy człowiek staje nagle przed koniecznością zdobywania wiz do Rosji czy nawet do Stanów Zjednoczonych – przejścia przez wszystkie czasochłonne i niekiedy upokarzające procedury… Dzięki otwartym granicom mogę jeździć do Paryża tak często, jak tylko chcę, a rodzina i przyjaciele odwiedzają mnie w Warszawie – mówi Justine. Po zamachach terrorystycznych w Paryżu na krótko przywrócono kontrole paszportowe na lotniskach. Dla niej, choć doskonale rozumiała motywy takiego działania, było to doświadczenie na wskroś surrealistyczne, może również dlatego że – jak przyznaje – czuje się w pierwszej kolejności Europejką, dopiero później myśli o sobie jako o Francuzce. – Każda wizyta w Londynie uświadamia mi, że układ z Schengen jest jednym z najcenniejszych darów Europy dla jej obywateli. – Co dała mi wspólna Europa? – zastanawia się Aleksandra Engler-Malinowska, przewodniczka po żydowskiej Warszawie. – To idea na miarę Pokojowej Nagrody Nobla, bo przede wszystkim gwarantuje mi poczucie bezpieczeństwa. Dzięki niej przez ostatnie 70 lat udało się – jak dotąd – uniknąć w tej części kontynentu konfliktów zbrojnych. Bycie częścią tego świata, europejska przynależność, to przede wszystkim dbałość o to, aby nie powtórzył się koszmar, który doprowadził do wybuchu II wojny światowej. Druga ważna sprawa to wsparcie finansowe, dzięki któremu wyraźnie widać przeobrażenie naszego kraju, choćby w kwestii infrastruktury – autostrady, szybkie pociągi, metro. Chociaż dla mnie najważniejsze jest wsparcie kultury: renowacja zabytków, choćby Łazienek Królewskich w Warszawie, czy powstawanie nowoczesnych muzeów. Możliwość wymiany uniwersyteckiej i naukowej wskazałaby na trzecim miejscu, bo sama nie mogła z niej jeszcze skorzystać – gdy studiowała, Erasmus nie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wpatrzeni w Europę