Subskrybuj
Dr ekonomii, podróżnik. Szef programu zagranicznego w WiseEuropa. Autor bloga Noty z Bogoty (www.notyzbogoty.blogspot.com).

Latynoamerykańskie przypływy i odpływy

Trwająca półtorej dekady dominacja lewicy na latynoamerykańskiej scenie politycznej dobiegła kresu. To niekoniecznie oznacza pełen przechył z lewa na prawo. Na naszych oczach wykuwa się Ameryka Łacińska znacząco inna od tej, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić.

Jeszcze na dobre nie zdążył opaść kurz po letnich igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro, gdy prezydent Dilma Rousseff została odwołana ze stanowiska przez brazylijski Senat. Jej były zastępca, późniejszy wróg numer jeden, a obecnie prezydent, Michel Temer, jest jednak równie niepopularny i tak samo jak ona może nie doczekać końca mandatu. W sąsiedniej Argentynie przed sądem może stanąć była prezydent Cristina Fernández de Kirchner, podejrzewana o udział w szeregu afer korupcyjnych. Nie jest już nietykalna, bo popierany przez nią kandydat przegrał ubiegłoroczne wybory o najwyższy urząd w państwie. Pod ścianą znalazł się również lewicowy rząd Wenezueli, osłabiony niskimi cenami ropy naftowej na światowych rynkach oraz utratą wcześniej bezwarunkowego poparcia rządów Brazylii i Argentyny. Kraj określany niekiedy mianem „karaibskiej Arabii Saudyjskiej” pogrąża się w coraz większym chaosie gospodarczym i społecznym. Nie zawsze zgodna, ale jednak zjednoczona opozycja odniosła przytłaczające zwycięstwo w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych. Od tamtej pory dwoi się i troi, aby drogą referendum odsunąć od władzy prezydenta Nicolasa Maduro, choć podlegające rządowi instytucje rzucają opozycji wszelkie możliwe kłody pod nogi.

Na tym nie koniec niespodzianek. Komunistyczna Kuba doświadczyła zaskakującej konwersji, odnawiając stosunki dyplomatyczne ze Stanami Zjednoczonymi. Do pełnej normalizacji jeszcze daleka droga, ale ogłoszona w grudniu 2014 r. odwilż ma niewątpliwie historyczne znaczenie. Tymczasem rządzący Boliwią Evo Morales – sojusznik braci Castro i naśladowca Hugo Chaveza – nieoczekiwanie przegrał referendum, w którym miał nadzieję uzyskać zgodę wyborców na ubieganie się o czwartą kadencję w wyborach prezydenckich 2019 r. Z kolei wybory w sąsiednim Peru wygrał 77-letni liberalny ekonomista i potomek polskich imigrantów Pedro Pablo Kuczynski, wyprzedzając córkę byłego autokraty Keiko Fujimori o ledwie ćwierć punktu procentowego. Jego zwycięstwo to obrona liberalnej demokracji, która jednak wisi w Peru na cienkim włosku. Gdyby tego wszystkiego było mało, kolumbijski rząd podpisał historyczne porozumienia pokojowe z narkopartyzantką FARC o komunistycznym rodowodzie, które wkrótce potem zostało minimalną różnicą głosów odrzucone w ogólnonarodowym referendum. Uhonorowany pokojowym Noblem prezydent Juan Manuel Santos szuka teraz wyjścia z coraz poważniejszego politycznego impasu.

To tylko najważniejsze z całej serii wydarzeń ostatnich kilkunastu miesięcy, świadczących o tym, że Ameryka Łacińska wkroczyła w nową fazę politycznego przesilenia. Trudno powiedzieć, czy to już koniec słynnej „latynoamerykańskiej gorączki”, o której dekadę temu pisał Artur Domosławski[1], czy może początek kolejnej, innego rodzaju. Na pewno podobny jest schemat zmiany zachodzącej w wielu miejscach naraz, tak typowy dla tego regionu. Zamachy stanu, dyktatury wojskowe, demokratyzacja – w przeszłości wszystkie te zjawiska nabierały w Ameryce Łacińskiej charakteru regionalnego, choć niekiedy wyglądało to tak, jakby poszczególne kraje zarażały się jeden od drugiego tajemniczym wirusem.

 

Odpływ lewicy

Tak też było w ostatniej dekadzie, gdy w wielu krajach regionu do władzy drogą demokratyczną dochodziły partie lewicowe, wcześniej przez długi czas trzymane na bezpieczny dystans od rządzenia z uwagi na zimnowojenną rywalizację. Zaczęło się od Wenezueli, gdzie w 1998 r. wybory prezydenckie wygrał charyzmatyczny płk Hugo Chávez. A potem „różowy przypływ” (jak w języku angielskim przezwano latynoamerykański zwrot na lewo) ruszył na całego. Progresywni kandydaci wygrali kolejne wybory prezydenckie w Brazylii, Argentynie, Boliwii, Nikaragui, Ekwadorze, Chile, Urugwaju, Paragwaju.

Gdzieniegdzie było to równoznaczne z przebiciem nie tyle szklanego, ile betonowego sufitu. Władzę w Boliwii i Ekwadorze obejmowali pierwsi w historii tych państw przywódcy o indiańskich korzeniach, w Brazylii były związkowiec, a w Urugwaju dawny partyzant i wieloletni więzień dyktatury. Znakiem rozpoznawczym lewicowych rządów dość szybko stały się ambitne programy socjalne, mające ograniczyć biedę i wykluczenie. Były one bez wątpienia potrzebne – w końcu Ameryka Łacińska to region, któremu pod względem nierówności społecznych dorównuje tylko kilka krajów południowej Afryki.

Zbieg okoliczności sprawił, że władza lewicy przypadła akurat na okres nadzwyczaj wysokich cen bogactw naturalnych na międzynarodowych rynkach. Baryłkę ropy naftowej wyceniano na ok. 20 dolarów w roku 1998, gdy władzę w Wenezueli obejmował Chávez, natomiast w 2008 jej cena przekroczyła 140 dolarów by spaść z powrotem poniżej 30 w 2016. Tymczasem paliwa odpowiadają za 97% wartości eksportu Wenezueli. W podobny sposób jak ceny ropy naftowej kształtowały się w minionej dekadzie ceny miedzi, która stanowi główny produkt eksportowy Chile i Peru; soi, w której eksporcie specjalizują się Argentyna, Brazylia i Paragwaj; gazu ziemnego, wydobywanego przez Boliwię; czy rud żelaza, które obok paliw i zbóż eksportuje Brazylia. Gdyby nie surowcowy boom oraz dostępność taniego kredytu, lewicowym rządom niesłychanie trudno byłoby znaleźć środki na realizację ambitnych programów społecznych. Jednocześnie bez wzrostu gospodarczego pobudzonego eksportem surowców skromniejsze byłyby ich sukcesy w zakresie redukcji biedy i rozwoju miejscowej klasy średniej.

Mniejsze byłoby też pole dla korupcji i niegospodarności, z czego latynoamerykańskie społeczeństwa zdają sobie sprawę dopiero teraz, gdy już skończyły się surowcowe tłuste lata, a na jaw zaczynają wychodzić korupcyjne skandale. Takie jak brazylijska afera lava jato, która dopiero co doprowadziła do upadku lewicowego rządu. Nieoficjalnie mówi się o tym, że z kasy firmy Petrobras w ciągu zaledwie dekady mogły „wyparować” 3 mld dolarów. Na tej karuzeli finansowej bogacili się zarówno szefowie firmy i jej podwykonawcy, jak czołowi politycy koalicji rządowej oraz opozycji. Niewielu Brazylijczyków ufa w to, że mogła o tym nie wiedzieć prezydent Rousseff, która przez wiele lat sprawowała funkcję przewodniczącej Rady Dyrektorów Petrobras.

Trudno zatem dziwić się, że od Caracas przez Sao Paulo aż po Buenos Aires poparcie dla lewicy znika na naszych oczach. Wielu wyborców rozczarowało się swoimi lewicowymi przedstawicielami, którzy w wielu przypadkach okazali się tak samo skorumpowani jak wcześniejsze rządy. Z całego panteonu latynoamerykańskiej lewicy XXI w. bez skazy pozostał właściwie tylko były prezydent Urugwaju José Mujica. Ale on przeszedł już na polityczną emeryturę, w ten sposób tylko utrudniając sytuację latynoamerykańskiej lewicy, której dodatkowym źródłem regresu jest właśnie deficyt politycznego przywództwa. Zmarły w 2013 r. Hugo Chávez pozostawił po sobie (obok zalążków obecnej katastrofy gospodarczej oraz ideologicznej polaryzacji) dojmującą polityczną pustkę, której nie jest w stanie zapełnić ani groteskowy Nicolas Maduro, ani żaden inny polityk rządu lub opozycji. Nad byłym i kultowym prezydentem Brazylii Lulą da Silvą wiszą ciemne chmury podejrzeń korupcyjnych. Żaden z pozostałych lewicowych przywódców (nawet bracia Castro) ani nie cieszy się w regionie aż tak dużym autorytetem, ani nie przejawia równie silnych ambicji do przywództwa w regionie.

 

Czekając na przypływDlatego inicjatywa jest obecnie po stronie liderów centroprawicowych. Szczególnie nowy prezydent Argentyny Mauricio Macri znajduje się na wznoszącej fali. Zdążył już dokonać zwrotu o 180 stopni w polityce zagranicznej Argentyny, otwarcie krytykując za łamanie praw człowieka rząd Wenezueli, który jego poprzednicy zaliczali do grona najbliższych sojuszników. Podczas tegorocznej wizyty w Buenos Aires Barack Obama nieformalnie namaścił go na nowego regionalnego lidera, mającego inspirować zmiany polityczne w duchu demokratycznym i wolnorynkowym w pozostałych krajach Ameryki Łacińskiej. Może jednak okazać się, że koniunktura na Macriego ma krótką datę ważności, jeżeli czym prędzej nie poprawią się wskaźniki gospodarcze Argentyny. Choćby dlatego jest jeszcze zbyt wcześnie, aby mówić o pełnowartościowym latynoamerykańskim zwrocie na prawo. Zwycięstwo Macriego w Argentynie i Kuczynskiego w Peru, objęcie władzy przez Michela Temera w Brazylii, a także wygrana zjednoczonej opozycji w wyborach parlamentarnych w Wenezueli – to wciąż za mało, aby mówić o regionalnym trendzie. Lewica zachowuje silne przyczółki w Chile, Urugwaju i Brazylii, wciąż znajduje się u władzy w Wenezueli, Boliwii, Ekwadorze, Nikaragui. Co więcej, jej znaczenie może w najbliższych latach wzrosnąć w Peru, Kolumbii czy Meksyku. Można spodziewać się, że niektóre formacje lewicowe będą straszyć powrotem prawicy, aby skonsolidować słabnące poparcie wśród własnego elektoratu. „Duchy” konsensusu waszyngtońskiego oraz prawicowych dyktatur wojskowych nie zostały jeszcze przegnane, nadal silnie oddziałując na wyobraźnię lokalnych społeczeństw i łatwo poddając się upolitycznieniu. Także dlatego nowe prawicowe lub centroprawicowe rządy będą musiały szczególnie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Przepis na głód