Każdy, kto spędził trochę czasu w Rosji czy w pozostałych państwach poradzieckich i zetknął się ze środowiskami inteligenckimi, musiał zwrócić uwagę na pewną formację osób jakże odmiennych od tych, których spotkać można w drogich lokalach przy ul. Twerskiej w Moskwie, na Newskim Prospekcie w Petersburgu czy na Chreszczatyku w Kijowie. To ludzie już dziś niemłodzi. Na pierwszy rzut oka widać, po znoszonych garniturach i rozciągniętych swetrach, że w ostatnich latach nie byli beneficjentami naftowego prosperity, które tylu Rosjanom pozwoliło się przenieść do wygodnych domów, kupić SUV-y i lokować kapitał w Londynie. Nie brali też udziału w rozkradaniu państwowego majątku.
To także ludzie, którzy, jak się wydaje, zastygli w pozach sprzed ponad dwóch dekad, gotowi cały wieczór dyskutować o wydarzeniach z przełomu lat 80. i 90. XX w., a ostatnie lata kwitujący tylko paroma zdaniami. Ludzie, o których mowa, są zazwyczaj szalenie kulturalni, życzliwi, wykształceni, w ich uczciwość nie sposób wątpić. Wszystkie ich cechy są dziś w Rosji i innych krajach poradzieckich bardzo nieprzydatne.
Mowa oczywiście o intelektualistach czy szerzej: przedstawicielach radzieckiej inteligencji także technicznej, dla której okres pierestrojki był prawdziwym gwiezdnym czasem. W ćwierćwiecze rozpadu Związku Radzieckiego warto przypomnieć losy tej formacji, jakże odmienne od tych, które były udziałem inteligencji z Europy Środkowej.
Dobrze zabezpieczony reżim
Zwróćmy uwagę na kilka cech radzieckiej inteligencji. Po pierwsze, na większości terytorium ZSRR komunizm trwał od 1917 r., a już na pewno od lat 1920–1922. Miało to olbrzymi wpływ na mentalność i poglądy ludzi dojrzałych i czynnych w ostatnich dekadach XX w. Oni bowiem innej rzeczywistości niż komunistyczna praktycznie nie znali. Istotne tu było także, funkcjonujące jako tabu, wspomnienie wielkich czystek roku 1937, przekazywane szeptem, „na kuchni”.
Po drugie, Związek Radziecki był państwem dużo bardziej zamkniętym niż np. Polska.
Radzieccy intelektualiści mieli znacznie słabszy kontakt ze światem zachodnim w porównaniu z ich polskimi kolegami.
Jednak miało to wpływ m.in. na szybszy rozwój samizdatu w Związku Radzieckim. Polscy intelektualiści łatwiej komunikowali się z ośrodkami emigracyjnymi, jak paryska „Kultura”, a ich teksty mogły być nagłaśniane w kraju dzięki Radiu Wolna Europa. To w pewnym sensie ich „rozleniwiało”. Drugi obieg pojawił się w Polsce na szerszą skalę około dekadę później niż samizdat w ZSRR.
Po trzecie, brakowało wyraźnej granicy między tym, co wypadało, a czego nie wypadało robić w Związku Radzieckim. W Czechosłowacji po 1968 r., a w Polsce po stanie wojennym pewne formy pracy w strukturach państwa (o ile wcześniej nie było się wyrzuconym z pracy) oznaczały ostracyzm. Czasem dotyczyło to wręcz jakiejkolwiek legalnej działalności – wystarczy przypomnieć spory, jakie wywołały w gronie opozycji rozmowy Marcina Króla z władzami na temat legalnego wydawania „Res Publiki”, czy dystans, jaki opozycja miała do mecenasa Władysława Siły-Nowickiego po tym, gdy ten wielce zasłużony człowiek wszedł do Rady Konsultacyjnej powołanej w 1986 r. przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego. W Związku Radzieckim ta granica nie była aż tak bardzo wyraźna. Dlatego wspominam tu zarówno o ludziach prześladowanych przez władze, jak i takich, którzy należeli do elity ZSRR (jedno zresztą nie wykluczało drugiego).
Warto tu wreszcie wymienić inny bardzo ważny element – kwestię narodową. Wiele ruchów dysydenckich rodziło się z poczucia krzywd, jakich doznały narody Związku Radzieckiego. Do historycznych niesprawiedliwości dochodziło jeszcze przekonanie, że republiki „karmią” Moskwę. Swoją rolę odgrywały tu także narodowe antagonizmy, jak choćby w Azji Centralnej czy ormiańsko-azerski i abchasko-gruziński na Kaukazie. Stąd często liderami społecznymi zostawali intelektualiści, którzy jednocześnie domagali się jawności w życiu publicznym i formułowali postulaty niepodległościowe.
I na koniec różnica zasadnicza. W Polsce po ciosie, jakim był stan wojenny, dysydenci zdołali w ciągu kilku lat odbudować utracone pozycje. W II poł. lat 80. XX w. podziemne wydawnictwa pracowały pełną parą. Tymczasem w momencie dojścia do władzy Michaiła Gorbaczowa w Związku Radzieckim ruch dysydencki był niemalże doszczętnie rozbity.
Potwierdzał to znany rosyjski publicysta Dmitrij Furman, według którego reżim komunistyczny w poł. lat 80. był dobrze zabezpieczony przed „rewolucją oddolną”: „Przenikający wszędzie aparat KGB wykluczał możliwość powstania rewolucyjnego podziemia. To znaczenie, jakie radzieckie władze przypisywały garstce dysydentów, mówi więcej o patologicznej świadomości władzy sowieckiej niż o realności niebezpieczeństwa pochodzącego od tych dysydentów”.
Podobnie rzecz widział Aleksander Daniel, dysydent i syn Julija Daniela skazanego w głośnym procesie w latach 60. XX w.: „Większość struktur i instytucji, powstałych w wyniku tradycyjnej dysydenckiej działalności na bazie obrony praw człowieka była w rzeczywistości zlikwidowana do 1984 roku. I Grupa Helsińska, i »Kronika bieżących wydarzeń «, i cały szereg innych organizacji dysydenckich”.
Odgórna rewolucja
W konsekwencji hasło głasnost’, czyli jawność, podjąć mogli przede wszystkim ci, którzy pracowali w oficjalnych mediach bądź na państwowych uczelniach i w innych ośrodkach intelektualnych. Większość z nich miała partyjne legitymacje. Ale i oni niewiele by zdziałali, gdyby nie sygnał dany przez Michaiła Gorbaczowa. Owszem, kultowy muzyk rockowy i lider grupy Kino Wiktor Coj już od 1986 r. śpiewał, że chce zmian, ale był to raczej wyjątek potwierdzający regułę.
Dwoje badaczy z uniwersytetu w Penzie w artykule „»Pierestrojka« w ZSRR i dysydenci” podkreśla wręcz, że pierestrojka była rewolucją odgórną, a nie wynikiem społecznych nacisków. To „góra”, czyli władza, pozwalała czytać to, co wcześniej było zabronione. „Ważną rolę w duchowej emancypacji społeczeństwa odegrała »jawność«” – piszą L.A. Korolewa i A.N. Mołki. I rzeczywiście, impuls do emancypacji dał sam Gorbaczow, który tłumaczył w 1986 r. na spotkaniu z przedstawicielami radzieckich mediów, że wiele błędów w przeszłości popełniono z powodu braku opozycji, alternatywnych poglądów w społeczeństwie, i właśnie taką swego rodzaju opozycją mogłaby stać się prasa. Podobnie mówił na XVII zjeździe KPZR: „Bez jawności nie ma i nie może być demokratyzmu, politycznej aktywności mas, ich udziału w rządzeniu”.
Wezwanie do jawności miało na celu wywołanie społecznego nacisku na aparat partyjny, który opierał się reformom Gorbaczowa.
I sekretarz KPZR swoje tezy musiał oczywiście jeszcze odpowiednio opakować, dlatego dodawał: „Odpowiedź może być tylko jedna, leninowska: komunistom zawsze i w każdych okolicznościach potrzebna jest prawda”. Lenin był patronem pierwszych lat pierestrojki, a wiele jego rozmyślnie zapomnianych tez brzmiało wówczas wręcz antysystemowo.
Tak zachęceni dziennikarze i publicyści przystąpili do dzieła. To właśnie takie pisma, jak: „Ogoniok”, „Literaturnaja gazieta”, „Moskowskije nowosti”, szły w awangardzie pierestrojki. Bywało i tak, że już w 1988 r. na przełomowej XIX partyjnej konferencji redaktor naczelny „Ogon’ka” publicznie oskarżał wysokich działaczy partyjnych o nadużycia. Początkowo bowiem ostrze głasnosti kierowało się przeciw nieprawidłowościom codziennego życia. Można było krytykować nadużycia, poszczególnych działaczy, dyrektorów, ale system i komunizm znajdowały się poza zasięgiem. Jednak już książka pod redakcją Jurija Afanasjewa Inogo nie dano zawierająca zbiór tekstów o sytuacji państwa i konieczności zmian – wydana także w 1988 r. (jeszcze przed XIX konferencją), w nakładzie 50 tys. egzemplarzy! – uderzała w fundamenty komunizmu.
Głasnost’ została więc zainicjowana „z góry”, przez samego Gorbaczowa, ale gdy – by użyć słynnej frazy ostatniego przywódcy Związku Radzieckiego – proces ruszył, nie dało się go już kontrolować. Głasnost’ wyrwała się spod kontroli i doprowadziła do skutków, które bynajmniej nie były celem Gorbaczowa. Trzy kwestie okazały się wkrótce kluczowe i nie mniej ważne niż zagadnienia ekonomiczne: ekologia, historia i problemy narodowościowe. Wszystkie zresztą wiązały się ze sobą. „Wielki wpływ na stan opinii publicznej miało ograniczenie cenzury, która teraz miała zajmować się ochroną tajemnicy państwowej. Na szpalty gazet i w mediach elektronicznych wylał się potok krytycznych materiałów, a wiele z nich dotyczyło radzieckiej przeszłości” – piszą Rudolf Pichoja i Andriej Sokołow w Istorii sowremiennoj Rossii.
Dodać trzeba, że nie wszystkim dane było doczekać nowej odwilży. Wasyl Stus, wybitny ukraiński poeta, tłumacz m.in. Goethego i dysydent, zmarł w łagrze we wrześniu 1985 r. Gorbaczow I sekretarzem KPZR został niemal dokładnie pół roku wcześniej.
Telefon do Sacharowa
Wydarzeniem przełomowym dla pierestrojki, i właściwie dla dalszych losów ZSRR, była decyzja Kremla na zgodę na powrót do Moskwy Andrieja Sacharowa z zesłania w mieście Gorki, gdzie przebywał od 1980 r. Była to kara za potępienie radzieckiej inwazji na Afganistan. Informację o zgodzie na powrót do domu przekazał dysydentowi i nobliście sam Michaił Gorbaczow, dzwoniąc do niego 16 grudnia 1986 r. Specjalnie na potrzebę tej rozmowy został założony w domu Sacharowa telefon, bo oczywiście wcześniej wybitny fizyk go nie posiadał. Sacharow zadeklarował później w rozmowach z władzami, że choć zamierza trochę się wycofać i odpocząć, to w sprawach naprawdę ważnych nie będzie milczał. Rok później do Moskwy pozwolono wrócić Siergiejowi Kowalowowi po ponad 10 latach więzienia i zesłania.
Początki nie były jednak łatwe. Zaraz po przyjeździe Sacharowa do Moskwy zwróciła się doń „Literaturnaja gazieta” z propozycją wywiadu. Dysydent się zgodził, wywiad został nagrany w styczniu 1987 r., jednak nigdy się nie ukazał. Sprawa otarła się aż o Jegora Ligaczowa, który w tamtym okresie był najbliższym współpracownikiem Gorbaczowa, niemal jego zastępcą – później oponentem. Sam Gorbaczow nie był tu więc konsekwentny. Pokazało to już jego zachowanie po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu, które przypominało postawę bezdusznych poprzedników. Do katastrofy doszło 26 kwietnia 1986 r., a Gorbaczow w telewizji pojawił się z oświadczeniem dopiero 14 maja. Wcześniej w wielu miastach w pobliżu Czarnobyla odbyły się wielotysięczne demonstracje z okazji 1 Maja, na które spędzono niczego nieświadomych ludzi. Niemniej, by wywrzeć presję na partyjnych konserwatystów, potrzebował poparcia społecznego i jednym z celów pierestrojki ogłosił właśnie jawność. Przybrała ona różne formy.
Dziś często o tym się nie pamięta, ale najważniejsze ruchy niepodległościowe jak Sąjūdis na Litwie czy Ludowy Ruch Ukrainy i Białoruski Front Narodowy zostały powołane jako ruchy „na rzecz przebudowy”, czyli pierestrojki. Takie były wówczas realia, ale także taki był horyzont intelektualnych elit w republikach.
Państwowe media zaczęły pisać o licznych nieprawidłowościach w życiu codziennym ZSRR, ale wkrótce główny nacisk położono na kwestie historyczne i ekologiczne. Awaria Czarnobyla czy katastrofa ekologiczna Morza Aralskiego stały się pretekstem do podejmowania kwestii zniszczeń przyrody będących wynikiem barbarzyńskiej radzieckiej gospodarki. Klęska środowiska naturalnego i ciągłe awarie infrastruktury podkopywały zaufanie do państwa radzieckiego. Tak było choćby po tragicznym trzęsieniu ziemi w Armenii (po którym domagano się zamknięcia pobliskiej elektrowni atomowej) czy po znacznie mniejszych rozmiarów, ale równie dramatycznej, katastrofie w Baszkirii, gdzie wyciekająca z uszkodzonego rurociągu ropa doprowadziła do pożaru pociągów i śmierci setek ludzi.
Właściwie w każdej republice protestowano w obronie środowiska naturalnego, np. w białoruskim Nowopołocku, w którym zlokalizowane były zakłady chemiczne, ale nawet w Moskwie, gdzie zaplanowano na Pokłonnej Górze potężne muzeum Wojny Ojczyźnianej dewastujące to wzniesienie. Dziś problemy ekologiczne zdają się interesować tylko garstkę wielkomiejskiej inteligencji – wówczas w protesty przeciw niszczeniu środowiska przez przemysł angażowały się dziesiątki tysięcy. Politycznie neutralne hasła ekologiczne szybko połączyły się z hasłami niepodległościowymi. Mieszkańcy poszczególnych republik uważali, że budowanie na ich terenie szkodliwych dla środowiska obiektów przemysłowych to kolejny przejaw kolonializmu Moskwy. I tu ekolodzy spotkali się z działaczami niepodległościowymi.
By zobrazować, jaki wpływ na politykę miała jawność, sięgnijmy po przykład z Białorusi. We wrześniu 1988 r. tamtejszy etnograf Zianon Paźniak opublikował w gazecie „Literatura i mastactwa” artykuł o Kuropatach – lasku pod Mińskiem, w którym w latach 1937–1941 wymordowano do ćwierć miliona ludzi. Artykuł wywołał wielkie poruszenie i protesty, niespotykane do tej pory w białoruskiej republice. Władze początkowo zareagowały siłą, używając gazu i pałek, ale wkrótce zmuszone były do zbadania sprawy i powołania komisji, która podjęła badania. Sam Paźniak stał się liderem opozycji – już niedługo zostając deputowanym do Rady Najwyższej republiki (wciąż radzieckiej).
Wkrótce radziecka prasa niemal codziennie dostarczała rewelacji na temat historii Związku Radzieckiego. Furorę robiła wydana wtedy kilkutomowa i wielowątkowa epicka powieść Anatolija Rybakowa Dzieci Arbatu traktująca o represjach stalinowskich, która na druk musiała czekać aż 20 lat. Najistotniejszym jednak przejawem odkrywania i odkłamywania historii było powstanie stowarzyszenia Memoriał (które, jak wiemy, do dziś ma kłopoty z władzami). Inicjatorami powstania Memoriału byli m.in. historyk Arsenij Rogiński, Andriej Sacharow, reżyser Jewgienij Jewtuszenko i wybitny historyk Jurij Afanasjew. Władze od początku utrudniały Memoriałowi życie, choćby próbując przejąć pieniądze zgromadzone przez działaczy stowarzyszenia na budowę pomnika ofiar stalinizmu – zbiórka ta, przeprowadzana w 1989 r., wywołała olbrzymi rezonans w kraju. Organizowano koncerty, odczyty, projekcje filmowe. W akcję włączyła się np….