Błażej Popławski: Lubi Pan muzykę jazzową?
Charles King: Tak, bardzo. Dlaczego Pan pyta?
Często wspomina Pan o jazzie na kartach swoich książek. Pisze o kawiarniach, klubach muzycznych, pokazując te przestrzenie jako miejsca narodzin sfery publicznej. Co więcej, prowadzi Pan narrację z manierą jazzmana: spajając różne wątki i sięgając do tradycji wielu kultur, tworzy na ich podstawie polifoniczny przekaz o historii idei kosmopolityzmu.
Jazz opiera się na improwizacji, łączeniu różnych stylów. To nie tylko forma muzyczna, lecz coś znacznie bardziej interesującego – to system etyczny, jak kiedyś stwierdził amerykański trębacz Wynton Marsalis. Grając w zespole jazzowym, trzeba nauczyć się słuchać innych ludzi, przewidywać ich decyzje, ustępować miejsca innym, gdy wyraziło się już to, co się chciało. W takiej perspektywie muzyka staje się formą konwersacji, gdzie wirtuozeria łączy się z pokorą. Sądzę, że w podobny sposób na – leży postrzegać życie w świecie wielokulturowym. Funkcjonowanie w kosmopolitycznym mieście, państwie czy imperium zawsze bowiem wiąże się z grą pewnymi mitami, a czasem także obsesjami.
Obawiam się, że większość uczestników tej rozgrywki nie jest świadoma uwarunkowań jej przebiegu. Koncept multikulturalizmu brutalnie upolityczniono, czyniąc z samego kosmopolityzmu ideę coraz mniej czytelną. Jak Pan, jako historyk, radzi sobie z tym problemem?
Z pewnością najlepiej charakteryzować przestrzenie kosmopolityczne dzięki spojrzeniu z zewnątrz, lecz równocześnie w oparciu o relacje ludzi zakorzenionych w tym świecie. Mit Odessy – radzieckiej delty Missisipi – był współkreowany przez migrantów, zwłaszcza o żydowskich korzeniach, szukających schronienia przed prześladowaniami. W minionym stuleciu dziesiątki tysięcy Żydów opuściło ten region. Zmierzch żydowskiej Odessy zrodził diasporę, która dała drugie życie temu miastu i spopularyzowała jego legendę. Wielki twórczy potencjał Odessy w pełni został zatem uwidoczniony dopiero w tych, którzy stamtąd uciekli.
Czy w ten sam sposób można przedstawić tożsamości mieszkańców Stambułu?
Stambuł, który opisuję, funkcjonował w wyobraźni elit tureckich jako awangardowa, kosmopolityczna wersja islamskiego miasta, azyl outsiderów i self-made manów. Był jednym z najśmielszych w hi – storii projektów westernizacyjnych. Mieszkańcy metropolii nad Bosforem potrafili przejmować z Europy wiele, w tym różne formy rozrywki, nie tylko muzykę jazzową. W XX w. do tureckiego weszły liczne słowa z angielskiego i francuskiego. Co więcej, Turcy przyswajali też sobie konwencje opisu stanów uczuciowych, m.in. nostalgii. W źródłach można znaleźć passusy świadczące o dużej wadze przywiązywanej do wspominania, a nawet odczuwania tęsknoty za konkretnym i jednocześnie wyidealizowanym światem w momencie, gdy zaczynał on odchodzić w przeszłość – czyli podobnie jak w przypadku mitu Odessy. I nie musiało to dotyczyć przeszłości imperialnej, osmańskiej, tylko nowoczesności pojmowanej na modłę europejską. Turcja obsesyjnie afiszowała się nowoczesnością, wielokrotnie zabiegając o pomoc wybitnych przedstawicieli najróżniejszych dziedzin. Przykładowo, w latach 30. ściągnięto tam niemieckiego kompozytora Paula Hindemitha z misją stworzenia pierwszego narodowego konserwatorium. Z kolei Béla Bartók miał za zadanie zbierać anatolijskie pieśni ludowe i przetwarzać je na formę symfoniczną. Choć punktem odniesienia dla części elit tureckich nie była wyłącznie Europa, stambulczycy potrafili doskonale przetwarzać globalne formy sztuki tak, aby odzwierciedlały one specyfikę ich świata. Niektórzy wierzyli, że przy właściwym połączeniu tradycji z nowoczesnością imperium osmańskie mogłoby pójść w ślady Japonii i prześcignąć uprzemysłowiony Zachód.
Mówi Pan o graniu pewnymi przedstawieniami. To częsty wątek podejmowany przez autorów tzw. postcolonial studies – od Franza Fanona i Edwarda Saida poczynając. W ich wydaniu owa gra rzadko kiedy staje się grą o sumie zerowej.
Celem tej gry, reinterpretacji mitów, nie musi być, rzecz jasna, stan równowagi. To mało prawdopodobne do osiągnięcia w środowisku wielokulturowym. Historia miast, o których pisałem, zwłaszcza Odessy, naznaczona jest walką o dominację, przemocą oraz – tu nawiążę do dziejów Stambułu – nieustannym ścieraniem się wpływów europejskich i azjatyckich. Nie neguję tego. Wolę jednak widzieć w aspiracjach mieszkańców tych aglomeracji próby wyrażania tożsamości społecznej, której składnikiem musiała być w jakimś zakresie akceptacja dla inności. Dla historyka ukazanie dziejów wielokulturowych ośrodków miejskich oznacza snucie opowieści, w której kluczową rolę odgrywa analiza przemian tolerancji, kwestionowanie czyjejś obecności lub jej aprobata.
Jak przebiega ten proces? Jakie czynniki sprzyjają budzeniu akceptacji dla inności?
Dziś Europejczycy postrzegają siebie jako tolerancyjnych i humanitarnych, dlatego że przez znaczną część poprzedniego wieku ich dziadkowie głosili dokładnie przeciwne wartości. Przypomnienie sobie tych niewygodnych faktów, zmiana podejścia do przeszłości umożliwiają wykształcenie się umiejętności życia razem. Jednak to nie tylko kwestia na nowo interpretowanych mitów założycielskich wspólnoty. Opowieść o wielokulturowości musi uwzględniać skomplikowaną relację między małymi a wielkimi ojczyznami, uznawać, że lokalne patriotyzmy często konstruowane są jako przeciwieństwa kultur narodowych. Zależności te łatwo dostrzec w identyfikacji stambulczyków i odesyjczyków – ludzie żyjący w tych ośrodkach zwykle postrzegali siebie w opozycji do oficjalnej wykładni państwowej, bardziej cenili lojalność wobec zróżnicowanego miasta niż wobec imperium.
Co stanowi największe zagrożenie dla rozumianej w ten sposób idei kosmopolityzmu miejskiego?
Różnej maści radykalne etnonacjonalizmy, które podważają sens istnienia niehomogenicznych zbiorowości. Narzucają one obce wzory kulturowe w celu całkowitego przemodelowania społeczeństwa, jego rzekomej sanacji.
W książce o Odessie sporo miejsca poświęca Pan Włodzimierzowi Żabotyńskiemu, nazywając go „kosmopolitycznym ultranacjonalistą”.
W jego poglądach widać ciekawą ewolucję: od mglistego kosmopolityzmu, który łączy się z romantyzmem i miłością do wszystkiego, co włoskie, do żydowskiego nacjonalizmu i tzw. syjonizmu rewizjonistycznego. Ostatecznie Żabotyński stał się rzecznikiem ideologii prawicowej, antysocjalistycznej i militarystycznej. Wychowany w wielokulturowej Odessie, przeszedł do historii jako orędownik bezkompromisowej walki o powstanie niepodległego państwa Izrael oraz twórca koncepcji „żelaznego muru” oddzielającego Arabów i Żydów.
W nacjonalistycznej filozofii Żabotyńskiego łatwo dostrzec ślady specyficznego wpływu Odessy. Wszystkie reprezentowane w tym mieście nacje prędzej czy później dochodziły do jakiejś formy nacjonalizmu, akcentując odrębność kulturową. Żabotyński ubrał te poglądy w oryginalny koncept. Sądzę, że Izrael w XXI w. ucieleśnia wiele ideałów, które on odnalazł w erodującym kosmopolityzmie Odessy.
Do poglądów tych krytycznie odniósł się Edward Said w The Politics of Dispossession. Skrytykował wówczas izraelski syjonizm, odwołując się m.in. do argumentacji, którą znamy z wielokrotnie wznawianego Orientalizmu.
Zarówno mitologie narodowe, jak i kolonialne tworzą rzeczywistość totalną – pisałem o tym szerzej w Extreme Politics: Nationalism, Violence, and the End of Eastern Europe. Obecnie pracuję nad książką, której jeden z wątków dotyczy ruchu eugenicznego w Stanach Zjednoczonych – u podstaw ruchu nie leżała idea czystości i higieny, tylko ksenofobia, wymyślanie sztucznych podziałów…