Subskrybuj
Redaktor miesięcznika „Znak”, dr nauk społecznych, tłumacz i popularyzator współczesnej włoskiej filozofii politycznej.

Dlaczego mam kłopot z Franciszkiem

Martwię się o atmosferę dezorientacji i wieloznaczności, która otacza papieża Franciszka. W większości przypadków rodzi ona podziały i konflikt, a nie prowadzi do rozstrzygających i jasnych świadectw jego papieskiej władzy.

Mateusz Burzyk, Michał Jędrzejek: Papież Franciszek jest głową Kościoła od pięciu lat. Pan nie kryje swego krytycyzmu wobec niego. Chcemy się dowiedzieć, dlaczego część katolików uznaje jego pontyfikat za – przynajmniej w niektórych obszarach – problematyczny. W szczególny sposób interpretuje Pan styl, w jakim Franciszek przewodzi Kościołowi. Bardziej niż jego południowoamerykańskie korzenie (to w końcu pierwszy papież wywodzący się z globalnego Południa) podkreśla Pan jego przynależność do zakonu jezuitów. Dlaczego miałoby to być tak ważne? 

Russell Ronald Reno: Jako porządnie uformowany jezuita papież Franciszek przyjął swobodne podejście do duszpasterstwa polegające na improwizowaniu i wybieraniu w zgodzie z osobistym przekonaniem, co w danym momencie należy powiedzieć i zrobić. W jednym z pierwszych wywiadów Franciszek określił Kościół jako „szpital polowy”. Oddaje to dobrze jezuicką skłonność do ruchliwości, sympatię do tego, co może być szybko zdemontowane i złożone na powrót. Św. Ignacy Loyola założył zakon prawdziwych księży-komandosów, którzy byli znani z elastyczności i zdolności do adoptowania się do różnych okoliczności. Ma to oczywiste zalety dla ludzi zaangażowanych w – używając terminu Franciszka – duszpasterstwo „na peryferiach”.

Papież nie jest jednak księdzem-komandosem, lecz głową Kościoła. Kościół zaś to instytucja, która ma 2 tys. lat, a nie tymczasowy szpital polowy.

Franciszek zdaje się lubować w robieniu rabanu, podczas gdy w rzeczywistości nasze czasy potrzebują duchowej stabilności i odnowienia poczucia wiarygodności Bożych obietnic złożonych w Chrystusie. Kościół pretenduje do trwałości. Bramy piekielne go nie przemogą. Mający za sobą 2 tys. lat tradycji urząd papieski jest symbolem tej trwałości. Nie powinien być wciąż wymyślany na nowo.

 

Spójrzmy na najważniejsze wątki bieżącego pontyfikatu. Franciszek zyskał popularność m.in. dzięki symbolicznym gestom oraz prostym, bezpośrednim i często spontanicznym wypowiedziom. Jakie zalety i wady dostrzega Pan w tym kontekście dla publicznego wizerunku papieża?

Jak już powiedziałem, Franciszek to improwizator. Inaczej niż św. Jan Paweł II, który posiadał porządną wiedzę filozoficzną, lub Benedykt XVI, którego formacja teologiczna była niezwykle głęboka, Franciszkowi zdaje się brakować jakiejś szczególnej intelektualnej podstawy. Jest on raczej poetą wiary niż systematycznym myślicielem. W tym tkwi jego siła. Posiada dar do formułowania uderzających i lotnych fraz. Na przykład: „Kościół nie może być partią czy organizacją pozarządową”. Ale niestety te spontaniczne wystrzały potrafią wracać rykoszetem, jak w przypadku słynnej wypowiedzi: „Kimże ja jestem, aby ich [gejów i lesbijki – przyp. red.] osądzać?”.

W swoim życiu często spotykałem się z różnymi błędnymi postawami. Część z tych ludzi, którzy posiadają systematyczne umysły i są intelektualnie wyćwiczeni, naśmiewa się z intuicyjnych myślicieli ze względu na ich subiektywizm i brak dyscypliny. Bywa jednak i na odwrót: poznałem geniuszy intuicji, którzy odrzucają systematycznych myślicieli jako ślęczących nad drobiazgami i krępujących wyobraźnię nudziarzy. Obawiam się, że Franciszek podpada pod tę drugą kategorię. Przedkłada on duszpasterstwo nad teologię oraz krytykuje rygoryzm i intelektualizm, określając je często jako przejawy faryzeizmu. Franciszek jest pragmatykiem (jak większość jezuitów). Chciałby uczynić jak najwięcej spraw plastycznymi i podatnymi, by duchowi wirtuozi mogli prowadzić rzesze ludzi w stronę większej wspólnoty z Bogiem w Chrystusie. Cel jest szlachetny, ale zbyt łatwo może okazać się oderwany od tradycji apostolskiej. Intuicja wymaga systematycznej dyscypliny, tak samo jak intelektualny rygor potrzebuje wyobraźni i intuicji.

 

Za jedną z największych zasług Franciszka uchodzi nowe podejście do kwestii ekologicznych i reinterpretacja biblijnego wezwania do „czynienia sobie ziemi poddanej”. Jak postrzega Pan znaczenie poświęconej tym zagadnieniom encykliki Laudato si’?

Przyznam, że ten dokument mnie rozczarował. Właśnie po jego lekturze uznałem, że pontyfikat Franciszka cechuje brak spójności i teologicznego rygoru. W encyklice znalazły się oczywiście dobre fragmenty, np. początek zainspirowany krytyką technokratycznego rozumu sformułowaną przez Romano Guardiniego. Ale, niestety, zakończenie to już pochwała zbiurokratyzowanego podejścia do zmian klimatycznych. Krótko rzecz ujmując, mam wrażenie, że papież Franciszek mówi jak radykał, ale sprzymierza się z eurokratami i zbiegowiskiem ze Światowego Forum Ekonomicznego w Davos.

Obawiam się, że ta niespójność stanowi odzwierciedlenie jego osobowości i skłonności do traktowania teologii i doktryny Kościoła jako surowych materiałów, które można retorycznie przekształcać zgodnie z duchowymi intencjami i wymogami politycznego manewrowania. Z tym przynajmniej mamy do czynienia w przypadku Laudato si’. Encyklika ta zestawia silne teologiczne gesty z zasadniczo pragmatycznymi politycznymi stanowiskami. Nie istnieje żadna intelektualna nadbudowa, która mogłaby połączyć jedno i drugie.

 

A jak właściwie mogłaby wyglądać katolicka alternatywa dla owego „zbiurokratyzowanego podejścia do zmian klimatycznych” (np. dla globalnych umów dotyczących ograniczenia emisji gazów cieplarnianych)?

Można podchodzić do kwestii ekologicznych na dwa sposoby. Pierwszy bliższy jest tzw. ekologii głębokiej. Odzwierciedla on quasi-religijne podejście do środowiska naturalnego. W tym kontekście katolicy powinni wystrzegać się idolatrii wobec natury, którą czasami można dostrzec wśród działaczy ekologicznych. Drugie podejście to patrzenie na ekologię w kategoriach ukierunkowanego na człowieka dobra wspólnego. Nie oznacza ono, że środowisko naturalne ma jedynie służyć realizowaniu naszych potrzeb. Zachowujemy jednak wtedy biblijne przekonanie, że ludzkość odgrywa w nim wyjątkową rolę jako korona stworzenia i że polityka ekologiczna ma być zorientowana na jej rozwój. Magisterium powinno spróbować rozjaśnić zasady, którymi kierujemy się w naszym myśleniu o środowisku. Kościół jest ekspertem od kwestii moralnych, a nie od drażliwych politycznych zagadnień (typu: jak stworzyć globalny konsensus), a z pewnością magisterium brakuje kompetencji, by orzekać na temat różnych naukowych ujęć istoty i zakresu zmian klimatycznych oraz sposobów reagowania na nie.

 

Największe kontrowersje wokół pontyfikatu Franciszka wiążą się z dokumentem Amoris Laetitia i z podejściem Kościoła do osób w sytuacjach „nieregularnych”. Część bardziej konserwatywnych katolików postrzega zawarte tam nauczanie jako zwodnicze. Jakie są mocne i słabe strony tego dokumentu?

Cóż, według mnie Amoris Laetitia wnosi zamęt. Ósmy rozdział adhortacji dotyczy kwestii komunii dla rozwiedzionych osób, które weszły w nowy związek. Z jednej strony Franciszek stara się subtelnie wprowadzić zmianę w dyscyplinie (dopuszczając komunię dla rozwiedzionych w nowych związkach), a z drugiej – utrzymuje, że nie ma żadnej zmiany w doktrynie (w takich kwestiach jak nierozwiązywalność małżeństwa, szóste przykazanie czy grzech śmiertelny jako przeszkoda dla uczestnictwa w sakramentach). W najlepszym razie to pokrętna argumentacja. W najgorszym to oszustwo.

Lecz jeśli zrobimy krok w tył, to nie sądzę ostatecznie, by owa dezorientacja otaczająca Amoris… rzeczywiście była czymś niezrozumiałym.

To oczywiste, że obecne papiestwo chce zawrzeć ugodę ze stronnikami rewolucji seksualnej. Bardzo potężne siły m.in. w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych dążą w tej kwestii do odprężenia.

Sprzykrzyła się im walka – którą wielu postrzega jako już przegraną – przeciwko antykoncepcji, mieszkaniu razem przed ślubem, rozwodom, małżeństwom homoseksualnym i ogólnie całej atmosferze seksualnego wyzwolenia. Papież wydaje się zgadzać z przekonaniem, że należy zawrzeć kompromis. Nie sądzę, by odnalazł on jakąś wynikającą z zasad nową podstawę przeorientowania katolickiego nauczania o moralności seksualnej. To nie jest przecież jego sposób działania. On improwizuje i eksperymentuje. Znów: to typowe dla jezuitów.

 

Franciszek jest krytykiem niedoskonałości, jakie generuje wolny rynek. Wskazuje na jego negatywne oddziaływania zarówno na relacje międzyludzkie, jak i na środowisko. Symbioza katolicyzmu z kapitalizmem zdołała się zaś już utrwalić. Czy sądzi Pan, że stanowisko Franciszka jest w tym względzie przesadzone?Jego intuicje są właściwe. Jak pokazała wzrastająca na Zachodzie fala populizmu, ekonomia polityczna, która zdominowała świat po 1989 r. (tzw. neoliberalizm), okazała się problematyczna. Lecz obecny papież wydaje się niezdolny, by stawić czoła temu wyzwaniu. Proszę zauważyć, że np. jego obrona migrantów wzmacnia neoliberalną ideologię globalizacji. Jak już wspomniałem, jego podejście do zmian klimatycznych działa na korzyść tej samej technokratycznej klasy, która zarządza dziś globalnym systemem gospodarczym. Jego krytyka populizmu prowadzi do obrony europejskich elit, które są całkowicie zintegrowane ze światowym kapitalizmem. Nie chcę winić Franciszka za wszelkie zło. Wszyscy jesteśmy dziś zdezorientowani. Niemniej powiem szczerze, że jestem poirytowany jego tanim moralizmem i łatwym odwoływaniem się do zużytych, przede wszystkim lewicowych, klisz. Światowy wolny rynek pozwolił dokonać zmiany w krajach rozwijających się, a jednocześnie wyhodował globalną oligarchię, która postawiła przed liberalną i demokratyczną kulturą Zachodu fundamentalne wyzwania. Jako katolicy musimy powrócić do naszej tradycji nauki społecznej oraz na nowo i głębiej pomyśleć o tych dobrach człowieka, którym służyć powinna wolna ekonomia….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spór o Franciszka