Subskrybuj
Dr, latynoamerykanista, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadzi badania w zakresie relacji państwo–społeczeństwo, etnopolityki i rozwoju w Ameryce Łacińskiej. Boliwię odwiedza regularnie od 2006 r.

Słońce nie gaśnie. Na razie

Dzieje Boliwii reguluje wahadło rozwoju i upadku, porządku i chaosu. Chaos wkracza, kiedy państwo nie ma czego rozdawać i przestaje oliwić pasy transmisyjne klientelizmu. Tak upadła poprzednia rewolucja. Ostatnio rząd stąpa po kruchym lodzie społecznego gniewu. Czy przejdzie po nim suchą stopą, a nowy kataklizm zostanie odroczony?

Rok 2017 był dla władzy nadzwyczaj niespokojny. W lutym wybuchł konflikt w Achacachi, gdzie ludność zażądała usunięcia skorumpowanego wójta wywodzącego się z partii rządzącej. Spalono budynek gminy, było kilkunastu rannych. Rząd centralny stanął w obronie swojego człowieka i użył siły. Protesty ciągnęły się jednak przez cały rok, a konfliktu nie rozwiązano. Ostatni kwartał doprowadził do kumulacji politycznych wydarzeń w całej Boliwii. W głównych miastach co chwilę odbywały się manifestacje przeciw reelekcji prezydenta. Jego partia organizowała natomiast wiece poparcia, mobilizując wierne organizacje społeczne. Przeciwnicy protestowali też przeciw grudniowym wyborom do sądów. W Boliwii kandydatów do władz sądowniczych wyłania się bowiem w wyborach powszechnych, ale muszą przejść preselekcję w kongresie, więc prawie wszyscy kojarzeni są z władzą. Opozycja pragnęła zamienić grudniowe wybory w antyrządowy plebiscyt, nawołując do oddawania nieważnych głosów jako wyrazu dezaprobaty dla prezydenta i pomysłu jego reelekcji. Na początku nowego roku antyrządowe protesty tylko eskalowały, paraliżując cały kraj.

Evo Morales to najdłużej urzędujący prezydent w historii Boliwii. I choć od objęcia urzędu w styczniu 2006 r. jego notowania spadły, to wciąż są imponująco wysokie.

Nie jest to poparcie 70-procentowe, jak w pierwszej kadencji, ale 57% aprobaty w ostatnich badaniach sondażowych po latach urzędowania wciąż robi wrażenie. Morales wygrał wybory w 2005 r., zdobywając prawie 54% głosów. Był pierwszym kandydatem we współczesnej boliwijskiej demokracji, który wygrał prezydenturę w I turze. Potem w 2009 r. poprawił wynik – ponad 64%. I znów świetnie było w 2014 r. – ponad 61%. Wciąż ma apetyt na więcej. Pod koniec listopada 2017 r., przy okazji szczytu krajów eksportujących gaz Morales, gościł u siebie przywódcę Gwinei Równikowej Teodora Obianga Nguema Mbasogo, który sprawuje dyktatorskie rządy od 1979 r. Gospodarz wywołał spory niesmak, honorując afrykańskiego gościa najwyższym odznaczeniem państwowym, czyli Orderem Kondora Andów, zwyczajowo nadawanym za zasługi dla narodu i ludzkości. Poprosił dyktatora o radę, jak zapewnić sobie rekordowe poparcie społeczeństwa. „Nasz brat Teodor zawsze wygrywa wybory, otrzymując ponad 90% głosów… Jak ułożyć się z różnymi sektorami? – pytał. – Bo przecież jest opozycja… My tu też mamy różnicę między demokracją zachodnią i demokracją wspólnotową, ale zbliżyć się do tych 90% albo nawet je przekroczyć, to dla mnie prawdziwa demokracja wspólnotowa” – kontynuował.

Kultura kompromisu

„Stabilność polityczna i społeczna gwarantują stabilność ekonomiczną” – wyjaśniał prezydent Morales swoje rozumowanie. Jednak dzieje Boliwii pokazują, że sytuacja wygląda odwrotnie. To kraj, który jeszcze od czasów hiszpańskiej kolonii uzależniony jest od eksportu surowców naturalnych i do dziś opiera swoją gospodarkę na ich wydobyciu – najpierw było to srebro, od II poł. XIX w. do kryzysu z lat 80. XX w. głównie cyna. Dzisiaj motorem boliwijskiej gospodarki jest eksport gazu. Gaz ziemny i ropa naftowa razem z tradycyjnym górnictwem to aż 80% całego boliwijskiego eksportu. Kraj żył i żyje z górnictwa, uzależniony od koniunktury surowcowej na świecie. Każde załamanie cen odbija się boleśnie na boliwijskich portfelach. Tym bardziej że to państwo jest głównym rozgrywającym. Po ostatniej nacjonalizacji przemysłu wydobywczego w 2006 r. to znów ono decyduje o rozwoju, dysponuje i rozdziela bogactwo dla dobra narodu. W Boliwii zawsze zaczyna być niespokojnie, kiedy finansowe źródełko wysycha i wyczerpują się dostępne środki do podziału. Tak skończyła się poprzednia rewolucja. To już tradycja i podstawowa cecha boliwijskiej kultury politycznej. Relacje władzy ze społeczeństwem oparte są na klientelizmie i paternalizmie. Państwo używa kontrolowanych przez siebie surowców, żeby zaspokajać roszczenia różnych grup społecznych, zorganizowanych w polityczne korporacje. Zaspokajanie roszczeń poprzez klientelistyczne pasy transmisyjne ma zapewniać poparcie dla władzy, stabilność i porządek.

Życie polityczno-społeczne Boliwii wydaje się chronicznie niestabilne i chaotyczne, przepełnione ciągłymi protestami, strajkami i blokadami, które dla Boliwijczyków są naturalne jak oddychanie. Kiedy mieszkańcy Achacachi blokowali drogę, żądając usunięcia wójta, korporacja przewoźników zablokowała inną drogę, domagając się zdjęcia blokady, bo uderzała w ich interesy. Brzmi jak paranoja. Ale w rzeczywistości to bardzo logiczne kontrolowanie konfliktu. Kultura Boliwii to wbrew pozorom kultura kompromisu. Każdego dnia można się tu natknąć na inny protest – niepełnosprawnych, górników, transportowców, lekarzy, studentów, chłopów, organizacji sąsiedzkich, importerów odzieży używanej, importerów używanych aut… Lista nie ma końca. Protesty to wywieranie presji na władzę, żeby coś uzyskać. Prawdziwe problemy zaczynają się, kiedy władza nie chce przekazać środków lub po prostu nimi nie dysponuje. Kiedy reaguje przesadną przemocą, aby opanować sytuację. Albo kiedy korupcja, nieodłączny element systemu klientelistycznego w Boliwii, przestaje być mechanizmem regulacyjnym i odrywa się od agendy społecznej. Gdy rządzący kradną, ale rozdają dobra dla ludu, ten to akceptuje. Gdy jednak kradną za dużo, kierowani już tylko nienasyconym, egoistycznym apetytem, lud jest wściekły.

Właśnie takie okoliczności splotły się w ostatnich kilku latach.

Od 2014 r. ceny surowców i dochody państwa spadły. Na domiar złego przez kraj przetoczyła się fala korupcyjnych skandali. Pokrzyżowało to plany Moralesa i jego obozu.

Rozeźlony lud w referendum w lutym 2016 r. odrzucił propozycję takiej modyfikacji konstytucji, by możliwy był wybór Moralesa na kolejną kadencję z rzędu. Kiedy pisano nową ustawę zasadniczą w latach 2006–2008, prezydent proponował brak ograniczeń, ale ostatecznie w 2009 r. została przyjęta wersja z możliwością tylko jednej bezpośredniej reelekcji. Jego obóz stwierdził jednak, że skoro mamy nową konstytucję, to pierwsza kadencja się nie liczy. Rozpisano nowe wybory przed czasem, a kolejne dwie kadencje uznano za pierwszą i drugą.

Przodkowie

Evo de nuevo (znów Evo) – można przeczytać na murach La Paz. widnieją na nich również hasła, że oddawanie nieważnych głosów w grudniowych wyborach sądowniczych to powrót starych, złych czasów neoliberalizmu, jankeskiego imperializmu i kolonializmu. W trakcie kampanii przed referendum o modyfikacji konstytucji w 2016 r. wiceprezydent Álvaro García Linera straszył Indian w jednej z andyjskich wiosek, gdzie otwierał nową szkołę: „Jeśli prezydent ma poparcie, to buduje szkoły, jeśli nie ma poparcia, to wrócą gringos, wrócą sprzedawczyki, zdrajcy ojczyzny, mordercy i zabiorą dzieciom wszystko, nie będzie przyszłości. Będzie płacz i Słońce się skryje, Księżyc ucieknie i nastanie wielki smutek”.

Słowa te wywołały falę kpin, nawiązują one jednak do kosmowizji i filozofii Indian andyjskich, którzy postrzegają świat jako istniejący dzięki kosmicznej równowadze przeciwstawnych sił. Cały kosmos i czas, w którym on istnieje, to wiecznie powtarzający się cykl przemian, zniszczenia i kreacji, stałe odnawianie epok. Przyszłość zawsze wraca do przeszłości jak spirala, a losy świata toczą się kołem od epoki chaosu i ciemności do czasów porządku i światła. Cykliczne przejście między epokami to pachakuti, w języku ajmara zmiana, powrót, odwrócenie czasu / świata. Hiszpańska konkwista i kolonizacja od XVI w. przyniosły czasy ciemności, zakończone ostatecznie zwycięstwem Evo i jego Rewolucją Demokratyczną i Kulturalną, jak się ją oficjalnie nazywa. Koniec proceso de cambio, procesu przemian, jak najbardziej lubią określać politykę Moralesa jego stronnicy, byłby jak kolejny kataklizm.

W kraju, w którym dyskoteka może nazywać się „Przodkowie” (hiszp. Ancestros), a rdzenni mieszkańcy to nawet 2/3 11-milionowej populacji, indiańskie tradycje mają ogromne znaczenie w każdej dziedzinie życia. Jednak do niedawna podkreślanie rdzennych tożsamości etnicznych i duma z własnej kultury nie były ani oczywiste, ani proste. Historia kraju stoi pod znakiem rasizmu, dyskryminacji i wykluczenia Indian. Bezpośrednio po konkwiście Hiszpanie zagarnęli najlepsze ziemie, zamieniając je w hacjendy i zmuszając ludność do pracy. W innych, mniej atrakcyjnych miejscach kolonialna władza pozwoliła trwać indiańskim wspólnotom na okrojonych obszarach w zamian za płacenie trybutu oraz delegowanie kolejnych indiańskich kontyngentów do przymusowej, katorżniczej pracy w kopalniach srebra. Czarna legenda najważniejszej z nich, Cerro Rico de Potosí, mówi o 8 mln Indian, którzy stracili tam życie, aby Hiszpania mogła dzięki andyjskiemu srebru budować globalną potęgę. Zniewolenie i ekonomiczny wyzysk Indian podbudowane były rasistowską ideologią, która legitymizowała strukturalne wykluczenie „niższych” kultur rdzennych i dominację białych.

W Boliwii miały miejsce trzy wielkie rewolucje. Pierwszą była rewolucja Kreoli, amery kańskich Hiszpanów niezadowolonych z gorszego traktowania przez system kolonialny względem peninsulares, Hiszpanów urodzonych w Starym Świecie. Jednak kreolska rewolucja, która przyniosła proklamowanie Republiki Boliwii w 1825 r., w niczym nie poprawiła sytuacji Indian. Choć ufundowana na wartościach liberalnych, republika wykluczyła ich z jakiegokolwiek wpływu na losy własnego kraju, wprowadzając warunki wykształcenia i posiadania udokumentowanego majątku lub stałego, oficjalnego dochodu do korzystania z praw obywatelskich, w tym do udziału w wyborach. W efekcie do poł. XX w.  boliwijski elektorat nie przekraczał 5% populacji kraju. Choć nie wprowadzano żadnych praw wykluczających ze względu na rasę lub przynależność etniczną i pozornie wszyscy byli równi, rasistowskie przekonania i pogarda wobec Indian były jeszcze silniejsze, wspomagane przez importowany z Europy darwinizm społeczny i modny „rasizm naukowy”, polegający na mierzeniu indiańskich czaszek i udowadnianiu biologicznej degeneracji ich właścicieli. Kreolskie elity zagarniały ziemie pozostałych wspólnot indiańskich, przekonując, że tubylcy są niższą rasą, niezdolną do jakiegokolwiek rozwoju i skazaną na wymarcie w drodze naturalnej selekcji. Powtarzające się indiańskie rebelie były krwawo tłumione, a w intelektualnej debacie na przełomie XIX i XX w. rozważano nawet zorganizowaną fizyczną eliminację tubylców. Nigdy się tego nie podjęto, bo w końcu elity żyły z pracy „niższej rasy”.

Drugą była Rewolucja Narodowa rozpoczęta w 1952 r. Znacjonalizowała kopalnie, tworząc model „kapitalizmu państwowego”. Doprowadziła również do reformy rolnej – latyfundia rozparcelowano między indiańskich chłopów, którzy zostali wyzwoleni od faktycznego niewolnictwa: pracy na pańskiej ziemi i licznych posług. Zniesiono ograniczenia praw obywatelskich, po raz pierwszy umożliwiając wszystkim uczestnictwo w formalnej demokracji. Wprowadzono powszechne szkolnictwo, które miało zlikwidować kulturowe różnice i zintegrować boliwijskie społeczeństwo. Według rewolucyjnej ideologii indiańskie kultury ze swoimi językami i tradycjami tylko przeszkadzały w budowie nowego społeczeństwa. Faktyczna dyskryminacja i uprzedzenia rasowo-klasowe nie znikły więc z Boliwii, a Indianie nadal postrzegani byli jako głupie, zacofane, brudne dzikusy. Cały projekt „Państwa ’52” pogrzebany został katastrofalnym kryzysem ekonomicznym. Od 1985 r. zamknięto nierentowne kopalnie i sprzedawano te bardziej perspektywiczne, a rzesze pracowników zatrudnionych w państwowych przedsiębiorstwach z dnia na dzień traciły pracę. Prywatyzowano kolejne gałęzie gospodarki.

Neoliberalna ortodoksja skłoniła nawet krajowych polityków nawet do prywatyzacji sieci wodociągów w Cochabambie, co doprowadziło do ogromnych protestów społecznych w 2000 r. W wyniku tzw. Wojny o Wodę rząd ostatecznie wycofał się z reformy. Był to pierwszy triumf ruchów społecznych, które do 2005 r. obaliły kolejnych dwóch prezydentów. Wielki sojusz organizacji indiańskich i związków zawodowych domagał się nacjonalizacji zasobów gazu, nowego bogactwa odkrytego pod koniec lat 90., zwołania Zgromadzenia Konstytucyjnego i zakończenia neoliberalnego modelu odpowiedzialnego za zwiększenie nierówności oraz grabież bogactw naturalnych i narodowego majątku przez korporacje i państwa zagraniczne. Jednocześnie domagano się uznania praw Indian do własnej tożsamości i kultury oraz autonomii terytorialnych. Na porządku dziennym wciąż były rasistowskie uprzedzenia i nieformalna dyskryminacja Indian. Uważano, że Indianinowi wolno być co najwyżej windziarzem, sprzątaczką lub służącym (w Boliwii nadal popularne jest posiadanie służby mieszkającej w osobnym pokoiku, wyposażonym najwyżej w łóżko i radio, z oddzielną toaletą). Mnożyć można historie o tym, jak indiańska kobieta nie została wpuszczona do hotelu albo jak „odświeżano” powietrze dezodorantem w gabinecie wiceprezydenta po wizycie indiańskich liderów.

W okresie społecznego gniewu w latach 2000–2005 czołowym liderem bloku indiańsko-ludowego stał się Evo Morales, przywódca cocaleros, chłopów uprawiających kokę (Evo został liderem związku w 1988 r. i pomimo prezydentury państwowej pozostaje przywódcą organizacji do dziś). To cocaleros razem z konfederacją związkową indiańskich chłopów CSUTCB (Confederación Sindical Única de Trabajadores Campesinos de Bolivia, Jednolita Konfederacja Związkowa Pracowników Rolnych Boliwii) założyli w 1995 r. rządzący Ruch na rzecz Socjalizmu (Movimiento al Socialismo, MAS). Krytykując jankeski imperializm, narzucający represyjną politykę wobec koki, w większości stosowanej do produkcji kokainy, domagali się zniesienia zakazu upraw, argumentując to indiańską tradycją oraz statusem świętej rośliny, jaką koka odgrywa w kulturze andyjskich Indian (używa się jej w rytuałach, ofiarach dla bóstw, do wróżb czy w medycynie naturalnej, ale również jako źródło energii, na złagodzenie głodu, pokonanie zmęczenia).

Zegar wstecz, cała naprzód!

Zaraz po zwycięskich wyborach Morales zwołał w 2006 r. Zgromadzenie Konstytucyjne, otwierając drogę do trzeciej wielkiej rewolucji w historii państwa. Po raz pierwszy w historii indiańska większość współtworzyła jego prawne fundamenty. Boliwia została przemianowana z republiki na Wielonarodowe Państwo Boliwii, uznając, że polityczny naród złożony jest z 36 narodów rdzennych i mieszkańców nieindiańskich. Nowa konstytucja wprowadziła indiańskie prawo do terytorium, z własnymi systemami politycznymi oraz sądownictwem na szczeblu lokalnym. Nowe państwo nawiązuje do historii i symboliki indiańskiej. Wiphala, siedmiokolorowa szachownica używana przez ruchy indiańskie, została równorzędnym symbolem państwowym, ozdabiając każdy możliwy gmach administracji, i nie tylko. Wprowadzono indiańskie nazewnictwo w przestrzeni publicznej. Morales uroczyście inaugurował swoją prezydenturę najpierw w pałacu, a następnie pośród prekolumbijskich ruin w Tiwanaku, stolicy starożytnego imperium. Indiańskie rytuały weszły do kanonu ceremonii państwowych. W 2014 r. udoskonalony został zegar wiszący na wieży siedziby parlamentu. Wskazówki zmieniły kierunek ruchu, odliczając teraz kolejne godziny w lewą stronę. Oficjele tłumaczyli, że jest…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Spór o Franciszka