Subskrybuj

Chwała zwyciężonym

Strajki w maju 1988 r., gdy stanęły „dwa Leniny”, nie odniosły sukcesu – jeden został rozbity przez ZOMO, drugi zakończony przez samych strajkujących. A jednak władze odniosły wówczas pyrrusowe zwycięstwo – dzięki tym protestom do debaty publicznej wróciło słowo „Solidarność”.

Edward Nowak, jeden z czterech najsłynniejszych liderów nowohuckiej Solidarności (obok Jana Ciesielskiego, Mieczysława Gila i Stanisława Handzlika), dobrze pamięta II poł. lat 80. i opisuje ten czas za pomocą dwóch słów: „marazm” i „apatia”

– Ludzie rozkładali ręce. Trudno było cokolwiek zrobić, bo nikt nie chciał nawet słuchać o Solidarności. Był moment, iż robotnicy w Hucie im. Lenina mieli pretensje, że znowu coś organizujemy, że namawiamy do ryzyka. Słowo „Solidarność” nie było wówczas ulubionym hasłem Polaków – wspomina dziś Nowak.

Po drugiej stronie barykady, w obozie rządzącym, sytuacja nie była lepsza. Kilka miesięcy wcześniej, w listopadzie 1987 r., władze musiały przełknąć porażkę referendum w sprawie reform. Frekwencja okazała się za niska. Stało się oczywiste, że gen. Wojciech Jaruzelski nie potrafi zachęcić Polaków do aktywności, nie mówiąc już o entuzjazmie dla szumnie zapowiadanego drugiego etapu reform. Na jednym z posiedzeń Sekretariatu KC PZPR powiedział rozgoryczony, że za cokolwiek władza się weźmie, wszystko jej się rozłazi.

W lutym 1988 r. zdecydowano się na podniesienie cen. Dla takich ludzi jak Nowak pojawiła się nadzieja, że jednak uda się zorganizować strajk – podwyżki cen zawsze przecież wywoływały niezadowolenie Polaków. Sam już nie pracował w kombinacie, skąd został zwolniony, ale dalej miał tam dobre kontakty.

Nowak: – Razem ze Staszkiem Handzlikiem rozpoznaliśmy sytuację, ale okazało się, że strajk się nie uda, że nie ma szans. Odpuściliśmy – nie da się, no to trudno. Wszystko, co mogliśmy zdziałać po zalegalizowaniu działalności, to trwać.

 

Zaskoczenie
Nikt więc raczej nie spodziewał się strajków, podobna do nowohuckiej sytuacja panowała także na Wybrzeżu. A jednak w kwietniu zastrajkowała komunikacja miejska w Bydgoszczy, potem Stalowa Wola na Podkarpaciu. Było to zaskoczenie dla liderów Solidarności, niektórzy mówili wręcz o prowokacji władz w przypadku Bydgoszczy, które chciały same kontrolować falę strajkową po podwyżkach i zdusić ją w zarodku – w istocie strajk bydgoski szybko się skończył.

Dlatego wielkim zaskoczeniem było, gdy 26 kwietnia ok. 9.00 mało znany robotnik z Walcowni Zgniatacz w Hucie im. Lenina Andrzej Szewczuwianiec zatrzymał swoją maszynę i krzyknął: „Strajk!”. Zgniatacz nie był pierwszym lepszym zakładem w hucie, która takich hal liczyła wiele. Zgniatacz był tą walcownią, z której wywodzili się Nowak i Handzlik, ale właśnie oni nie mieli pojęcia o strajku.

– Byliśmy zaskoczeni: jak to, strajk? Bez naszej wiedzy? Strajk wywołał facet, którego nie znaliśmy. Jak to się stało? – wspomina swoją reakcję Nowak.

Czterech liderów nowohuckiej Solidarności postanowiło, że strajk trzeba „przejąć”. Najpierw w hucie zjawił się Handzlik, by rozeznać sytuację. Potem ustalono, że wraz z Ciesielskim ma wejść na teren kombinatu i stanąć na czele strajku, natomiast Nowak ma prowadzić biuro prasowe, zaś Gil zejść do podziemia. Było wszak jasne, że władza zgarnie liderów strajków i wtedy Gil będzie mógł działać dalej.

Choć strajku nie zorganizowała Solidarność, jego charakter od początku był solidarnościowy – robotnicy kombinatu domagali się bowiem podwyżek nie tylko dla siebie, ale także dla ludzi zatrudnionych w oświacie i służbie zdrowia. Upomnieli się również o emerytów i rencistów. Postulowali też przyjęcie do pracy zwolnionych – m.in. właśnie Handzlika i Nowaka. Jednak nie był to strajk, podczas którego przywoływano wartości takie jak wolność słowa, demokratyzacja itp.

Nowak dla strajku rzucił dobrze płatną pracę w firmie polonijnej. Żona, jak zwykle, nie była tym zachwycona. Przeszła już wiele: dwuletnią odsiadkę męża, wyrzucanie z pracy, areszty i rewizje w mieszkaniach. I właśnie teraz, gdy jakoś się ustatkowali, Nowak postanowił udzielać się w strajku w hucie, w której już nawet nie pracował.

– Aby zorganizować biuro prasowe, zamierzałem udać się do któregoś z nowohuckich kościołów. Tymczasem mój kolega Grzegorz Surdy, który miał na Wzgórzach Krzesławickich pokój z kuchnią, ale co ważniejsze, z telefonem, zaprosił mnie do siebie. Akurat miał złamaną nogę – może więc myślał, że będzie mu raźniej?

Od tej pory Nowak obserwował strajk ze Wzgórz Krzesławickich – miał pełny ogląd sytuacji, wiedział nieraz więcej niż ci, którzy brali udział w strajku. Huta była olbrzymia, walcownie i inne zakłady oddalone od siebie, oddzielone przez milicję – przepływ informacji miał więc ograniczony charakter. Władza nigdy nie zdecydowała się odciąć połączenia telefonicznego, dla niej mieszkanko na Wzgórzach Krzesławickich też było dobrym źródłem informacji.

 

Dwa Leniny” i Episkopat
Najważniejszym momentem strajku dla wielu ludzi z huty, ale także spoza niej był pochód pierwszomajowy. Gdy partyjni bonzowie, ochraniani przez milicję, zorganizowali obchody święta robotników na Rynku Głównym, robotnicy przeszli pochodem przez teren kombinatu. Najpierw jednak ks. Kazimierz Jancarz podczas mszy odprawionej w walcowni karoseryjnej chwalił robotników, że w swoich postulatach upominają się o słabszych i tych, którzy strajkować nie mogą. Później nastąpiła scena wręcz filmowa.

Robotnicy uformowali pochód wewnątrz huty – opowiada Nowak. – Maszerowali tak z pieśnią na ustach i z transparentami w rękach. A za bramą w drugim pochodzie szły rodziny strajkujących. Oba pochody spotkały się przy bramie. Ta chwila miała wymiar symboliczny. Brama była otwarta.

Paweł Smoleński w reportażu A na hucie strajk z czerwca 1988 r. opisywał moment spotkania: „(…) ludzie z zewnątrz biegną, rzucają się idącym w pochodzie na szyje. Ci z huty patrzą w oczy tym z zewnątrz. Teraz wiedzą już z całą pewnością, że miasto jest z nimi”.

Nazajutrz zastrajkowali robotnicy z gdańskiej Stoczni im. Lenina. Znów – strajk rozpoczął mało znany Jan Stanecki, który o 9.30 na wydziale K-1 dał sygnał do zaprzestania pracy. Szybko uformował się mały pochód, który ze sztandarem szedł przez inne wydziały w kierunku biura dyrekcji i namawiał do strajku. Wśród starych działaczy Solidarności zapanowało pełne zaskoczenie, zdziwiony był też Lech Wałęsa (przebywał wówczas na zwolnieniu lekarskim), który poprzedniego dnia przemawiał w kościele św. Brygidy. Mówił wówczas m.in.: „Powinniśmy się zastanowić, w jaki sposób organizacyjnie przygotować się do zdecydowanej walki”. Jednak do żadnego strajku nie nawoływał.

Przywódca Solidarności wszedł na teren stoczni już pierwszego dnia strajku, ale na stałe zjawił się tam dopiero 4 maja – razem z doradcami, m.in. z Aleksandrem Hallem i Andrzejem Celińskim.

– Było tam piekielnie mało strajkujących – tak zapamiętał swoje pierwsze wrażenia po wejściu do stoczni Celiński. Bo rzeczywiście: niecała stocznia stanęła. Wśród strajkujących było za to relatywnie dużo młodych pracowników, którzy nie pamiętali czasów pierwszej Solidarności. – Interesująca była obsada trzeciej bramy. Tam byli 20-latkowie – znakomici! Nie było między nami a nimi żadnego niepotrzebnego dystansu – wspomina dalej.

Tymczasem w Episkopacie zrodził się pomysł, by do huty i stoczni wysłać mediatorów. Wkrótce do Krakowa przyjechali wysłannicy Episkopatu – Halina Bortnowska, Jan Olszewski i Andrzej Stelmachowski. Do stoczni zaś Tadeusz Mazowiecki i Andrzej Wielowieyski. Ich misja miała polegać na pośredniczeniu między strajkującymi a dyrekcjami huty i stoczni.

Decyzja Episkopatu sprawiła, że w robotników z Huty im. Lenina tchnęło nadzieją. Strajk, owszem, popierali duchowni – jak ks. Jancarz czy ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski (który wszedł na teren huty 3 maja), ale wysłanie emisariuszy przez Episkopat oznaczało formalne poparcie polskiego Kościoła.

Bortnowska, Olszewski i Stelmachowski dotarli do kombinatu 4 maja przed południem.

– Zgłosiliśmy się w komitecie strajkowym, gdzie spotkałam komplet współpracowników z 1981 r. Zobaczyłam też ołtarz przyozdobiony już na mszę św. następnego dnia – mówi dziś Bortnowska.

Wydawało się, że dyrekcja huty będzie prowadzić rozmowy. Bortnowska znała dyr. Eugeniusza Pustówkę jeszcze z czasów pierwszej Solidarności.

– Dyrektor Pustówka zaprosił nas do siebie – wspomina była sekretarz redakcji miesięcznika „Znak” – Wszystko wyglądało na początek dobrego kontaktu z dyrekcją, jak w 1980 r. Chcę podkreślić, że dyrektor, który zwykle bardzo oszczędzał swój czas, tym razem rozmawiał z nami długo i chętnie. Traktowałam go poważnie i nie widziałam powodu, by miał nas oszukiwać. Związek był mu potrzebny, jak każdemu manedżerowi, który chce działać w porozumieniu z pracownikami.

W Gdańsku natomiast dyrekcja nie zamierzała rozmawiać. Tadeusz Mazowiecki wspominał później w drugoobiegowym piśmie „Dwadzieścia Jeden”: „Już samo wejście do dyrekcji nie było dla nas zbyt miłe. Gdy zbliżyliśmy się w otoczeniu osób z komitetu strajkowego do budynku dyrekcji otoczonego przez ludzi, ktoś oświadczył: nie będziemy z wami rozmawiać, wy jesteście nielegalni”.

Wróćmy do Krakowa. Po pracowitym dniu spędzonym na naradach Bortnowska i Olszewski udali się na nocleg poza teren huty. Umówili się następnego dnia rano przed bramą główną. Właśnie wtedy miały zacząć się oficjalne rozmowy.

 

Na styropianieStrajki majowe należały do protestów, dzięki którym tworzyła się późniejsza legenda Solidarności i „styropianu”, na którym mieli spać strajkujący. Wszystkie społeczne wydarzenia składają się na własny folklor – z hasłami, symboliką i utworami artystycznymi. Przy okazji strajku różni domorośli artyści objawiali swoje talenty. W stoczni utwory prezentowała niejaka Góralka, która koncertowała przy bramach. Śpiewała m.in. pieśń, w której znalazły się nawet smerfy – bohaterowie popularnej wówczas kreskówki pokazywanej w niedziele na dobranoc. W przeciwieństwie jednak do bajki, polskie smerfy nie były sympatyczne i miały złe zamiary: „W Polsce jest ZOMO, jest smerfów wiele A wszystkim rządzą gargamele. Główny z nich Wojciech bardzo się stara By nie cierpiała smerfów wiara!”. Inny utwór opiewał m.in. uczniów gdańskich szkół, którzy służyli za łączników między stocznią a miastem i dostarczali oblężonej przez milicję oraz ZOMO stoczni żywność: „Chleb nam donoszą te smyki, co skaczą przez płot jak kangury. Smerfy blokują – ich sprawa, Na szczęście w płocie są dziury”. Nie wszyscy jednak spali na styropianie. Hall wspomina, że spał w salce konferencyjnej. Miał śpiwór. Celiński nocował w tej samej sali, ale pod stołem. – Poza tym przez dwie noce spałem wygodnie, w łóżku z białą pościelą, na Sołdku, który wówczas przechodził konserwację w stoczni – wspomina Celiński. – Ale strajkujący naprawdę spali na styropianie, sam widziałem ten styropian. Jak wspomniano, zarówno w hucie, jak i w stoczni nie wszyscy strajkowali….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Bosko i przykładnie. Seks i religia