To pierwsze takie wybory w historii. Z wielu powodów. Po pierwsze, były po prostu największe – jednego dnia Meksykanie wybrali nie tylko prezydenta, ale i dziewięciu gubernatorów, wszystkich członków kongresu oraz ok. 3 tys. burmistrzów. W związku z tym okazały się one też najbardziej kosztowne.
Miały również najbardziej krwawy charakter w historii kraju – ponad 130 polityków (w tym niemal 50 kandydatów) zostało zabitych podczas kampanii wyborczej. Ostatni rok był zaś najkrwawszy – w sumie zamordowano prawie 30 tys. osób. Meksyk stał się polem brutalnej wojny narkotykowej, zmaga się też z korupcją na najwyższych szczeblach, kobietobójstwem, a także tzw. wymuszonymi zaginięciami obywateli, w które zamieszana jest władza. Społeczeństwo pragnie zmian i głośno się ich domaga.
Obecnie rządzący prezydent Enrique Peña Nieto cieszył się w drugiej połowie kadencji bardzo niskim poparciem, a na nową głowę państwa wybrano pierwszego kandydata identyfikującego się z lewicą – Andrésa Manuela Lópeza Obradora. Poparł go rekordowo duży odsetek społeczeństwa. W wyborach, które w Meksyku opierają się na tylko jednej turze głosowania, uzyskał ponad 53% głosów.
Wyścig o fotel
Andrés Manuel López Obrador (nazywany w skrócie AMLO) pokonał swojego największego rywala, Ricarda Anayę z Partii Akcji Narodowej (Partido Acción Nacional – PAN) ponad 30 punktami procentowymi, zaś trzeci w stawce José Antonio Meade z Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (Partido Revolucionario Institucional – PRI) rządzącej w kraju z niewielkimi przerwami przez blisko 90 lat zdobył zaledwie 16% głosów. López Obrador kandydował już na urząd prezydenta dwukrotnie, w 2006 i 2012 r. Za pierwszym razem był bardzo blisko wygranej, Felipe Calderón z PAN wyprzedził go zaledwie o pół procent głosów i podejrzewa się, że wygrał za sprawą fałszerstw wyborczych. Tę teorię propagował sam AMLO, który samozwańczo – przy aplauzie zwolenników – ogłosił się prezydentem kraju na głównym placu stolicy – Zócalo. Wcześniej, w latach 2000–2005, pełnił funkcję prezydenta miasta Meksyku, a jego rządy są uznawane za sukces. Opuścił urząd z 84-procentowym poparciem, a według gazety „Reforma” spełnił 80% obietnic wyborczych.
López Obrador urodził się w 1953 r. w małej miejscowości Tepetitán w stanie Tabasco, lubi chwalić się swoim pochodzeniem, podkreślając, że wywodzi się z ludu, a nie z tzw. elit politycznych. W 1976 r. dołączył do Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, jednakże podczas sfałszowanych wyborów prezydenckich z 1988 r. rozczarował się nią i wraz z innymi politykami PRI utworzył centrolewicowy odłam partii, który potem przekształcił się w Partię Rewolucyjno-Demokratyczną (Partido de la Revolución Democrática – PRD). W 2014 r. stworzył swoją własną partię MORENA (Movimiento Regeneración Nacional – Partię Odrodzenia Narodowego).
AMLO chce skończyć walkę z kartelami narkotykowymi rozpoczętą przez Felipe Calderóna, który wysłał na nią meksykańskie wojsko, co w rezultacie doprowadziło do jeszcze większej eskalacji przemocy. Nie zamierza kontynuować działań zbrojnych, lecz w inny sposób poradzić sobie z tym problemem. Jednym z haseł jego kampanii jest „becarios no sicarios” – chce zapewnić młodym ludziom stypendia i szansę na rozwój, by nie wstępowali do gangów i karteli. Do jego bardziej kontrowersyjnych pomysłów należy też amnestia dla narkotykowych bossów. Według niego w pierwszej kolejności trzeba rozprawić się ze skorumpowanymi politykami. Chce np. odebrać im immunitet, a także zmniejszyć pensję i pozbyć się rządowych helikopterów. On sam jeździ po mieście tylko w towarzystwie szofera, bez żadnej ochrony, co budzi niepokój o życie przyszłego prezydenta wśród jego zwolenników. Na razie jednak sytuację wykorzystują jedynie jego fani – gdy ten zatrzymuje się na światłach, ściskają mu dłonie, gratulują, a nawet darują mu w podzięce żywe kurczaki.
López Obrador, który zostanie zaprzysiężony na urząd prezydenta 1 grudnia 2018 r., uznawany jest przez wielu za populistę. Wydaje się mieć krótkie i z pozoru proste recepty na różnego rodzaju problemy społeczne. Głośno krytykuje poprzednie ekipy rządzące i obiecuje wycofanie się z kontrowersyjnych oraz wywołujących liczne protesty neoliberalnych reform wprowadzonych przez obecnego prezydenta. Przez niektórych porównywany jest do Hugo Cháveza (niesłusznie, poza lewicowymi sympatiami poglądy polityków niewiele łączy), przez innych do amerykańskiego kandydata na prezydenta Berniego Sandersa. W gruncie rzeczy jednak nie do końca wiadomo, co może przynieść prezydentura Lópeza Obradora, a Meksykanie obawiają się, że nowa głowa państwa może wystraszyć biznesmenów i inwestorów, ponieważ – jak wiadomo – pieniądze nie lubią ryzyka ani eksperymentów. Spodziewano się, że po wyborach za dolara będzie się płacić nie 20 (co i tak oznacza niekorzystny kurs), lecz nawet 27 peso. Nic takiego się jednak nie stało, a meksykańska waluta od czasu wyborów nieznacznie się nawet umocniła.
Tegoroczne wybory były przełomowe także z innych powodów. Wybrany podczas nich prezydent ma mieć prawo do reelekcji – do tej pory dany polityk był mianowany tylko na jedną, sześcioletnią kadencję i nie mógł już do końca życia pełnić funkcji głowy państwa. Kolejną zmianą jest dopuszczenie do startu w wyborach kandydatów niezależnych. Mimo że swoją chęć kandydowania na najwyższy urząd w kraju deklarowało wiele osób, a zasady dopuszczenia ich do tego wydawały się proste (wystarczyło zebrać jedynie odpowiednią liczbę podpisów), w rezultacie zdecydowało się na to tylko dwóch z trzech dopuszczonych polityków niezależnych.
Obok trzech kandydatów partyjnych wystartowali Margarita Zavala, żona byłego prezydenta Meksyku Felipe Calderóna (2006–2012), a także charyzmatyczny Jaime Rodríguez Calderón, zwany „El Bronco” (słowo oznaczające dzikiego, nieokiełznanego konia), który wsławił się kontrowersyjnymi pomysłami na porządek w państwie, jak np. ideą obcinania rąk złodziejom. Najpopularniejszą osobą, która deklarowała swoje uczestnictwo w wyborach, jednak nie zebrała wystarczającej ilości podpisów, była María de Jesús Patricio Martínez „Marichuy”, Indianka, ludowa medyczka z grupy etnicznej Nahua z centralnego Meksyku. Reprezentowała ona Congreso Nacional Indígena (Narodowy Kongres Indiański – CNI), na którego przedstawicielkę wybrało ją 840 delegatów z 60 grup etnicznych.
Ci z dołu
Działania kongresu rozpoczęły się w roku 1996 na fali indiańskiego powstania zapatystów. Domagano się przestrzegania konstytucyjnego prawa równości w traktowaniu wszystkich obywateli. Mimo że ustawa zasadnicza obowiązywała od roku 1917, pozostawała w wielu przypadkach martwą literą, a dyskryminacja rasowa w Meksyku była i nadal jest ogromna.
Prawie wszyscy meksykańscy Indianie należą do niższej klasy społecznej, a dniówka wielu z nich wciąż wynosi nawet mniej niż najniższa krajowa.
Przeprowadzono również badania, które wskazywały na związek koloru skóry z wykonywanym zawodem – okazało się, że im osoba ma jaśniejszą karnację, tym bardziej prestiżową i lepiej opłacaną profesję posiada. Mimo że Meksyk może pochwalić się pierwszym indiańskim prezydentem na świecie, i to jeszcze wybranym w XIX w. (był nim Benito Juárez, sprawujący urząd w latach 1857–1872, jedynie z krótką przerwą), a meksykańscy Indianie są najliczniejszą grupą ludności rdzennej w obu Amerykach i stanowią ok. 20% całego społeczeństwa, wciąż nie są odpowiednio reprezentowani politycznie na poszczególnych szczeblach władzy. Często nie respektuje się prawa do posługiwania się językami rdzennymi, np. w sądach, urzędach czy szpitalach (ponad 60 z nich jest uznanych za oficjalne). Konstytucja z 1917 r. określa Meksyk jako kraj wieloetniczny, jednakże Indianie na dobre pojawili się w dyskusji politycznej dopiero po powstaniu zapatystów w roku 1994. Swoją nazwą – Zapatystowska Armia Wyzwolenia Narodowego (EZLN) – starali się nawiązać do nazwiska Emiliana Zapaty, jednego z przywódców rewolucji meksykańskiej 1910 r., na fali której przyjęto obowiązującą dziś w kraju konstytucję. Jej założenia według zapatystów do dzisiaj nie zostały zrealizowane. W dzień wejścia w życie Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA) indiańscy rebelianci rozpoczęli zbrojne powstanie w stanie Chiapas, by zwrócić uwagę kraju i świata na swoją sytuację oraz nierówne traktowanie Indian w Meksyku. Rząd wysłał przeciwko nim jedną trzecią wojska, więc widząc brak swoich szans w starciu, zapatyści – jak sami to określili – wymienili broń na słowa, dodając, że „musieli wybrać, więc wybrali życie”. Meksykański pisarz Carlos Fuentes nazwał powstanie zapatystów „pierwszą postkomunistyczną rebelią w Ameryce Łacińskiej”. Niewątpliwie wyróżniło się ono na tle innych, jakże licznych powstań i rewolucji w tej części świata. Witold Gombrowicz żartował swego czasu, że w Ameryce Łacińskiej można przeczekać rewolucję, siedząc w kawiarni. Powstanie zapatystów przegapić było dość trudno, głos Indian z meksykańskiego stanu Chiapas usłyszał cały świat. Zapatyści mieli bowiem świetny PR, szybko zdobyli międzynarodową sympatię, a ich sprawę poparło wiele sławnych osób (odwiedzili ich m.in. filozof Noam Chomsky, pierwsza dama Francji Danielle Mitterrand, reżyser Oliver Stone czy piosenkarz Manu Chao). Meksykańscy politycy wiedzieli, że cały świat patrzy im na ręce, więc by zadowolić opinię publiczną, przystali na postulaty zapatystów i podpisali z nimi tzw. porozumienia z San Andres. Dawały one Indianom prawo do decydowania o swoich sprawach, w tym do zarządzania ziemią. Nigdy jednak nie weszły one w życie. Po latach nieudanych negocjacji, rosnącej liczby ofiar, niespełnionych obietnic rządu oraz starć z siłami rządowymi i paramilitarnymi zapatyści stwierdzili, że wchodzą w trzecią fazę swojej walki, i postanowili „zbudować lepszy świat” samodzielnie. W 2003 r. stworzyli pięć okręgów autonomicznych, gdzie mają własny system władzy, edukacji i opieki zdrowotnej. Organizują tam spotkania, konferencje i festiwale (jak np. Pierwsze Międzynarodowe Spotkanie Kobiet, Które Walczą – w marcu 2018 r. zgromadziło ono ponad 10 tys. kobiet z kilkudziesięciu krajów). Zapatyści od początku starali się budzić świadomość polityczną w Indianach z innych grup etnicznych, organizując np. w roku 2006 tzw. Inną Kampanię, podczas której jeździli po kraju i spotykali się z ludźmi z różnych regionów Meksyku. To właśnie dzięki nim zainicjowano działanie Narodowego Kongresu Indiańskiego, który zresztą na swoje posiedzenia wybrał sympatyzujący z zapatystami Uniwersytet Ziemi w San Cristóbal de las Casas w Chiapas. Jego reprezentantka w wyborach prezydenckich Marichuy zdobyła ogromną popularność medialną zarówno w Meksyku, jak i za granicą, ale mimo to nie udało się jej zebrać wystarczającej ilości 867 tys. podpisów, by wystartować w walce o fotel prezydenta. Proces składania podpisów odbywał się przez smartfony za pomocą specjalnej aplikacji, co według samej kandydatki miało być przyczyną jej fiaska. Wielu z jej zwolenników nie posiada bowiem nowoczesnych telefonów ani połączenia z Internetem. „Trzeba mieć telefon z systemem operacyjnym Android 5 lub lepszym, a ściągnięcie aplikacji zajmuje kilka godzin” – mówiła Marichuy, zarzucając narodowej komisji wyborczej, że promowane przez nią niec ponad 4,5 min, które trzeba było poświęcić na cały proces składania podpisów, nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Indianka nazwała to rozwiązanie „rasistowskim” i faworyzującym bogatszą część meksykańskiego społeczeństwa. „Cały system wyborczy nie został stworzony dla »tych z dołu« – powiedziała – a dla »tych z góry«, dla kapitalistów…