Subskrybuj
Dr, historyk i publicysta, pracuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, współpracuje z „Nową Europą Wschodnią” i „Tygodnikiem Powszechnym”.

Jak zdobywano polskie wyspy

Po wojnie wyspy Wolin, Uznam i Karsibór, tak jak całe tzw. Ziemie Odzyskane, stały się swoistą wieżą Babel. Pierwszymi osadnikami byli często zdemobilizowani żołnierze oraz ludzie powracający z robót przymusowych w III Rzeszy. Później dołączali do nich kolejni.

Jakiś zbójecki hyr tu władał, jakaś własna moralność. Co tu dużo gadać: mnie to brało. Wówczas odniosłem wrażenie, że to nie jest jakiś wrodzony zmysł do łajdactwa, lecz ciągłe upajanie się wolnością i akcentowanie prawa do rządzenia się na swój sposób” – tak powojenne lata w regionie ujścia Odry do Bałtyku opisywał Czesław Schabowski, rybak i literat. Wyspy Wolin i Karsibór, a także część wyspy Uznam znalazły się w granicach naszego państwa po II wojnie światowej, stając się częścią tzw. Ziem Odzyskanych. Ostatni raz Polska była tu osiem wieków wcześniej. Teraz na gruzach niemieckiego świata Polacy musieli stworzyć nową rzeczywistość. Z dala od metropolii, wśród obcego krajobrazu i pod okiem radzieckiej armii regionem zawładnął „zbójecki hyr”. Upajanie się wolnością musiało iść w parze z próbami stworzenia nowego domu, z codzienną walką o normalność.

Wbrew zapewnieniom propagandy Polski Ludowej zarówno wyspy, jak i całe ziemie przyłączone nie były krainą mlekiem i miodem płynącą. Fakt, poniemieckie domy pozostały znakomicie wyposażone – wyjeżdżający mogli zabrać ze sobą tylko do 20 kg dobytku. „Niektórzy to wchodzili [do domu] i jakby świeczkę zapalił, to od razu mógłby mieszkać, strawę zrobić” – opowiadał pan Marian z Ładzina na wyspie Wolin. Infrastruktury i sprzętów domowych czy gospodarczych nie brakowało, osadnicy byli jednak zdani na siebie. A największym wyzwaniem, zwłaszcza w tych pierwszych tygodniach, było zdobycie pożywienia. „Myśmy tu byli zagubieni, bo [wcześniej] mieszkaliśmy w mieście, a tutaj pustka, jest dach nad głową, ale nie ma nic… Najgorsza zima była. Przyjechaliśmy w listopadzie, to leżały jeszcze jabłka, to się tymi jabłkami żywiliśmy. Ewentualnie po piwnicach, jak gdzieś były słoiki, to jak się znalazło, to jedliśmy. Jakiś węgorz w słoiku czy inna ryba albo owoc…” – wspominała pani Wenata z Lubina, malowniczej wioski nad Zalewem Szczecińskim.

Jednak ta poniemiecka żywność budziła niepewność. Pani Jadwiga, również z Lubina, opowiadała : „W domach wszystko było, jak Pan wszedł, to nawet jedzenie leżało. Niemcy kaczki łapali, piekli, tłuszczem zalewali i do beczek. Pełno w piwnicach stało tego. Ale my tego nie brali, bo my się bali. Kto wie, czy to nie zatrute?”.

 

Wspólnota potrzeb

Niemcy wciąż byli obecni na tych terenach. Część wyjechała już w ostatnich tygodniach wojny, pozostałych wysiedlano stopniowo. Trwało to do 1947 r. W ten sposób polscy osadnicy i Niemcy, którzy czekali na wysiedlenie, stawali się sąsiadami. W opowieściach o wzajemnych relacjach znajdziemy bardzo różne wątki: brak zaufania, wrogość, brutalne wykorzystywanie Niemców do pracy. Mieszkańcy Lubina opowiadali o jednym z ówczesnych sąsiadów, który mieszkał z Niemką – była po trochu jego partnerką, po trochu niewolnicą. W Warnowie zaś wspominano właściciela młyna, „cwaniaka”, który okrutnie wykorzystywał Niemców do pracy. Niemniej z opowieści najbardziej przebijają się wspomnienia współpracy i wzajemnego zrozumienia. Jakby Polacy, często siłą zabrani z ich małych ojczyzn i wywiezieni w nieznane, doskonale rozumieli niedawnych wrogów wojennych, którzy za chwilę znajdą się w tej samej sytuacji. A współpracę determinowały trudne warunki, w których przyszło żyć jednym i drugim. „My po jednej stronie domu mieszkali, a Niemcy po drugiej. Myśmy biedę klepali i oni klepali” – podsumował pan Stanisław z Mokrzycy Wielkiej. Przy czym Polacy mieli władzę i możliwości, a Niemcy znajomość terenu i odpowiednie umiejętności.

Znali się np. na rybołówstwie. W czasie wojny na wodach Zalewu Szczecińskiego oraz okolicznych ujściach, rozlewiskach i jeziorach w zasadzie nie łowiono. W tym czasie nagromadziła się tu ogromna ilość ryb.

Rybołówstwo byłoby rozwiązaniem problemów z dostępem do żywności, lecz znakomita większość przybyszów nie miała o nim zielonego pojęcia. Jeśli już, to potrafili łowić na małych akwenach, rzekach i jeziorach.

Dużo większy Zalew Szczeciński to jednak zupełnie coś innego. Ba, dla wielu ta woda, a już zwłaszcza Bałtyk, była żywiołem kompletnie obcym, budzącym wręcz grozę. Nie bez przyczyny najpierw zasiedlano wioski leżące w centrum wyspy Wolin. A w tych przybrzeżnych wybierano raczej gospodarstwa z dala od wody.

Mieszkający tu od pokoleń Niemcy znali się zaś na rybaczeniu doskonale. To oni właśnie stali się pierwszymi nauczycielami tej trudnej sztuki. Wysiłek był opłacalny, gdyż przepisy graniczne nie pozwalały im na połowy. Układ miał jasne zasady – Polak zdobywał papier, a Niemiec dla niego łowił, ucząc przy tym swego pracodawcę.

Ta metoda zadziałała. Wkrótce region stał się rybnym zagłębiem. „Węgorza było dużo… jak ja rybaczyłem, to 1 maja miałem 1360 kg, 2 maja – 900 kg, 3 maja – 700 kg. Jednego miesiąca my zdali ponad 13 t ryby!” – opowiadał pan Józef, rybak z Karsiboru, wioski położonej na odrębnej wyspie. Dzięki temu z czasem tereny te stały się atrakcyjne dla ludzi szukających szybkiego zarobku. Anatol Drywa, autor wspomnień opublikowanych w tomie Drogi powrotu. Wspomnienia mieszkańców Pomorza Szczecińskiego (Poznań 1981), opisywał, jak bardzo przybycie do Karsiboru zmieniło jego życie: „w sezonie zarabiałem trzykrotnie więcej aniżeli na wyspie w Gdańskim Urzędzie Morskim. Praca była ciężka i mozolna. Hartowała młodego człowieka podczas jesiennych sztormów i mgieł (…). Nikt się nie zrażał dodatkowymi niezapłaconymi robotami i nocowaniem pod gołym niebem na wyspie pod latarniami, gdy nagły sztorm nie pozwalał wracać do portu macierzystego (…). Zarobek uzyskany w sezonie wystarczał w zupełności do nowego sezonu wiosennego, a nawet dłużej!”.

 

Owoc fermentacji

Rybołówstwo stało się również fundamentem kultury regionu. jako zawód dający najpierw szansę na przetrwanie, a później gwarantujący godziwy zarobek, łączyło bardzo różnych ludzi. A przecież po wojnie wyspy Wolin, Uznam i Karsibór, tak jak całe tzw. Ziemie Odzyskane, stały się swoistą wieżą Babel. Pierwszymi osadnikami byli często zdemobilizowani żołnierze oraz ludzie powracający z robót przymusowych w III Rzeszy. Później dołączali do nich kolejni. Mieszkańcy ziem utraconych na Wschodzie na rzecz ZSRR: w tym wypadku głównie z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, nie brakowało też przybyszów z Wołynia i Galicji. Władza zachęcała do przyjazdu Wielkopolan. Ich gospodarność miała przysłużyć się szybkiemu wykorzystaniu poniemieckiej infrastruktury dla polskiej gospodarki. Trafiali tu też warszawiacy, którzy po tragedii powstania szukali swego miejsca w świecie. I wielu innych. W sąsiednich domach można było usłyszeć odmienne gwary, a nawet języki, inaczej obchodzono święta i uroczystości, inaczej gospodarzono. „Tę ziemię można było przyrównać do olbrzymiego kotła fermentacyjnego, gdzie kipiał i pienił się zlepek najróżniejszych obyczajów i nawyków, gęsto zakrapiany osadem długoletniej włóczęgi po świecie”[1]– przeczytamy we wspomnieniach z tamtych lat. Wspomniana pani Jadwiga opowiadała, że po przybyciu z rodziną do Lubina w 1949 r. nie została zbyt miło przyjęta przez wcześniejszych osadników pochodzących „zza Buga”. „Krzyczeli do nas: idźcie stąd! Przyjechaliście nas okraść!”. Różnice kulturowe w połączeniu z biedą i niepewnością bytu musiały rodzić napięcia. Zapytana jednak, jak długo to trwało, odpowie: „Tak dwa–trzy miesiące. Potem trzeba było sieci stawiać, razem pracować, to wszystko się utarło”. Ten kocioł fermentacyjny łączył również przedstawicieli zupełnie różnych grup społecznych. Dawne pozycje społeczne, a także umiejętności i nawyki przestawały mieć znaczenie. Pani Wenata opowiadała, jak trudno było odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości jej rodzicom: matce – niedawnej aktorce wileńskiego teatru Lutnia, oraz ojcu, który śpiewał arie operowe. Na miejscu, gdzie „głód był, nic nie było, pieniędzy nie było, ale sklepów też nie”, próbowali tworzyć objazdowy teatr. Zebrali jeszcze kilka osób i jeździli z występami od wioski do wioski, a także do Świnoujścia, Międzyzdrojów czy Wolina. „Grosz to był żaden… Ale jakieś zajęcie było, ludzie się mobilizowali. No, trochę śmiechu, trochę żartów…” – wspominała. Dla jej męża, którego poznała już kilka lat po wojnie, odnalezienie się w tym nowym świecie musiało być również nie lada wyzwaniem. Poradził sobie znakomicie. Szybko nauczył się rybołówstwa, zaczął angażować innych do pracy, w końcu został członkiem zarządu spółdzielni rybackiej „Certa” – kombinatu połowowo-przetwórczego, który obejmował całą polską część Zalewu Szczecińskiego. A co…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Polskie Mistrzynie