Subskrybuj
Dziennikarz i publicysta, redaktor czasopisma „Kontakt. Magazyn Nieuziemiony” (www.magazynkontakt.pl), członek redakcji portalu ngo.pl oraz zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Zaangażowany w rozmaite akcje społeczne, przede wszystkim na rzecz osób w kryzysie bezdomności

Opcja Franciszka

Papież Franciszek – mówiąc o ocaleniu ludzkości przed zniszczeniem – stwierdził, że musimy dzisiaj wejść razem do arki, która mogłaby popłynąć po wzburzonym morzu świata. Nie może być to arka dla wybranych – ona musi pomieścić nas wszystkich.

Ignacy Dudkiewicz: Jak żyć po chrześcijańsku w społeczeństwach niechrześcijańskich?

o. Stanisław Jaromi: Pyta mnie Pan o to jako kapłana i zakonnika, ale wolę przywołać to, co powiedzieliby wierni, wśród których pracuję. A większość z nich powiedziałaby, że po prostu trzeba żyć uczciwie, w zgodzie ze sobą nawzajem, nie zapominać o Bogu i o codziennej modlitwie, święcić niedzielę. Niektórzy dodaliby coś o porządnym przeżywaniu Wielkiego Postu czy codziennym świadectwie wierności Jezusowi.

 

Zwykłe, proste rzeczy.

Na ogół nie trzeba więcej. Św. Franciszek z Asyżu zwykł mówić: „Bracia, póki mamy czas, czyńmy dobrze!”. A papież Benedykt XVI w Caritas in veritate przypominał, że każdy chrześcijanin jest wezwany do miłości „zgodnie ze swoim powołaniem i swoimi możliwościami oddziaływania w pólis”. To ta miłość tworzy dobro wspólne i przyczynia się do budowania powszechnego miasta Bożego, do którego zmierzają dzieje rodziny ludzkiej. Te słowa swego poprzednika cytuje papież Franciszek w tegorocznym orędziu na Światowy Dzień Pokoju, gdy pisze o dobrej polityce w służbie pokojowi i o społecznym oraz politycznym zaangażowaniu chrześcijan.

 

Benedykt XVI podzielił się również swego czasu inną refleksją, którą zaczerpnął od kard. Meisnera: oto Kościół – łódź Piotrowa – nabiera obecnie już tak wiele wody, że prawie tonie. Rzeczywiście są powody, by bić na alarm?

Nawet jeśli, to używając owej metafory, warto za Ewangelią dodać, że w chwili zagrożenia z pomocą przychodzi Jezus. To On jest naszą nadzieją podczas różnych burz. Chrystus jest i pozostaje nieustannie naszym Panem, jest polem nadziei dla Kościoła, On przeprowadzi nas także przez trudności. Nie oznacza to, że nic od nas nie zależy – musimy otwierać się na działanie Ducha Świętego i powoli równać do standardów wyznaczanych przez Ewangelię.

 

To powinność niezależna od tego, czy wiatr i deszcz przychodzą z zewnątrz czy też z wnętrza naszej wspólnoty? Bo być może, jeśli nasza łódź nabiera dziś wody, to również w wyniku przewin i słabości samego Kościoła?

Tak, jesteśmy słabi i grzeszni, a jako Kościół katolicki popełniamy również ciężkie błędy i dopuszczamy się poważnych zaniedbań. Cieszy jednak to, że w coraz większym stopniu jesteśmy również na tyle dojrzali, aby się do tego przyznać, publicznie o tym powiedzieć, przeprosić i szukać właściwych rozwiązań. Rozmawiamy wszak po watykańskim szczycie z udziałem papieża, przewodniczących konferencji biskupów i przełożonych zgromadzeń zakonnych z całego świata na temat ochrony małoletnich przed pedofilią.

Widzimy dziś, jak świadomość kryzysu zmienia myślenie o Kościele, jak formuły klerykalne (w których wychowywano całe pokolenia, także mnie!) ustępują przed eklezjologią wspólnoty, według której każdy jest ważny, a najważniejszy – najsłabszy, nie zaś ten z najwyższym tytułem.

 

Niektórzy jednak – jak Rod Dreher, z którym rozmowę można przeczytać także w tym numerze – twierdzą, że chrześcijaństwo na Zachodzie znajduje się w sytuacji kryzysu nie tyle z powodu własnych przewin, ile przede wszystkim na skutek potopu w otaczającym nas świecie. Dreher pisze o „wygnaniu babilońskim”, „rzeczywistości opanowanej przez barbarzyńców”, „przegranej wojnie kulturowej”, „okupacji”. Do czego nas prowadzi taka metaforyka? Przecież to także nasz – chrześcijan – świat. Również my go takim stworzyliśmy.

Metafora wielkiego potopu stanowi punkt wyjścia refleksji Drehera. I choć zaczyna się ona od odwołania do konkretu – katastrofy w południowej Luizjanie w 2016 r. – szybko zamienia się w rozważania o chrześcijaństwie poprzez dostrzeżenie potopu w „duchu czasów”.

Nawiązanie do katastrofy w Luizjanie wydaje mi się tutaj zresztą znamienne…

 

Dlaczego?

Ponieważ rzeczywiście można spodziewać się wielkiej wody, ale w innym sensie niż ten zaproponowany przez Drehera. W czasie niedawnego szczytu klimatycznego, który odbył się w grudniu 2018 r. w Katowicach, usłyszeliśmy wiele głosów o zupełnie dosłownym potopie. Kilka najbliższych lat może być najważniejszymi w historii ludzkiej bytności na Ziemi, ponieważ nadchodzi ogromna katastrofa klimatyczna. Warto przy tym wyjaśnić, że zmiany klimatu nie są zjawiskiem linearnym. Średnio na całej Ziemi robi się cieplej, ale nie oznacza to, że cieplej jest wszędzie i zawsze. Jednym z efektów zmian jest jednak intensyfikacja ekstremalnych zjawisk pogodowych: obserwujemy fale upałów, ulewne opady – jak choćby właśnie te w Luizjanie w 2016 r. – ataki mrozu (jak w tym roku w Chicago)… Trzeba też odróżnić zmiany naturalne, które wpływają na to, jaka temperatura panuje na Ziemi, od tych, za które jesteśmy odpowiedzialni. Nikt nie neguje tych pierwszych, ale problemem są te drugie, których autorem jest człowiek, a które naruszają delikatną równowagę, jaka panuje na naszej planecie. Mamy dość naukowych dowodów na to, że działanie człowieka prowadzi do podwyższania się temperatury. Rośnie też świadomość, że kolaps klimatyczny nie będzie długotrwałym procesem. Gdy przekroczymy punkt krytyczny, nasz świat po prostu runie.

 

Po równo świat chrześcijan i niechrześcijan…

I faktycznie również my, chrześcijanie, taki świat stworzyliśmy. Także dlatego grupa osób duchownych i świeckich, akademików i aktywistów ekologicznych, razem – jako chrześcijanie, którzy działają dla „ekologicznego nawrócenia” współczesnej ekonomii, polityki i nauki – napisaliśmy do uczestników spotkania, obiecując swoje wsparcie duchowe i modlitwę. Prosiliśmy również, aby podczas negocjacji ONZ w Katowicach zatriumfowało dobro wspólne i zostały podjęte właściwe decyzje dotyczące przyszłości życia na Ziemi. Niestety, największy sprzeciw wobec wspólnego działania płynął ze strony USA i delegacji innych krajów, w których rządzą politycy uznawani za konserwatywnych. Przerażał egocentryczny argument, że najważniejsze jest „dobro i interes Ameryki”.

Może się zatem okazać, że rzeczywiście nadchodzą „mroczne czasy”, ale mrok ten ma zupełnie inny charakter, niż widzą to Dreher i jego zwolennicy…

 

Nadchodząca katastrofa klimatyczna to bardzo dobry przykład sprawy, w której proponowany przez Drehera swoisty eskapizm i budowanie – jak sugeruje – „arek”, dzięki którym ma przetrwać chrześcijaństwo, nie wystarczy, bo „arki” potoną w tej samej wodzie. Może więc bardziej chrześcijańską wizją jest przemienianie i uświęcanie rzeczywistości, zamiast dystansowania się od niej? Wręcz – trzymając się tej metafory – wskoczenie do wody, zamiast budowania elitarnych łodzi ratunkowych?

Ucieczki od świata i ze świata zawsze były obecne w duchowości chrześcijańskiej. Różne były zresztą ich motywy. Dreher proponuje „opcję Benedykta”, odwołując się do dziedzictwa świętego opata z Nursji, ale również św. Franciszek nie negował wartości życia pustelniczego dla braci, którzy – po misji czy pracy wśród trędowatych – tęsknili za ciszą i kontemplacją. Napisał nawet tekst, nazywany Regułą dla pustelni, w którym przypomniał, że celem takiego odosobnienia jest służba Bogu i odrodzenie duchowe. Do dziś istnieją franciszkańskie pustelnie, jak Carceri koło Asyżu na zboczu góry Subasio, w Greccio czy w Celle koło Cortony…

 

Kluczowe w tym kontekście wydaje się jednak to, co Ojciec powiedział mimochodem: „po misji i pracy”.

Również po okresie odpoczyn ku bracia wracali do pracy i misji. W tym sensie pustelnie są potrzebne, ale nie są celem samym w sobie – są rodzajem ośrodków dla duchowej i fizycznej regeneracji. Pamiętajmy w tym kontekście, że biblijna arka Noego nie służyła do ratowania ludzkiej elity, ale całego Bożego stworzenia. Ten motyw towarzyszył także styczniowej podróży papieża do Emiratów Arabskich. Logo pielgrzymki przedstawiało gołębia z gałązką oliwną, nawiązując do potopu, obecnego zresztą w różnych tradycjach religijnych. Franciszek – mówiąc o ocaleniu ludzkości przed zniszczeniem – stwierdził, że aby zachować pokój, musimy dzisiaj, w imię Boga, wejść razem, jako jedna rodzina, do arki, która mogłaby popłynąć po wzburzonym morzu świata: arki braterstwa. Nie może być to arka dla wybranych – ona musi pomieścić nas wszystkich.

 

Czyli potrzebujemy dziś nie zamknięcia i dystansu, lecz radykalnej bliskości i otwarcia się Kościoła – na marginalizowanych, uciskanych, inaczej myślących i wierzących, wręcz na całe stworzenie i całą ziemię? W większym stopniu „opcji Franciszka z Asyżu”, niż „opcji Benedykta z Nursji”?

Legenda mówi, że brat Franciszek z Asyżu miał powiedzieć do kardynała przybyłego do braci: „Nie chcę słyszeć na temat reguły św. Augustyna, św. Bernarda czy św. Benedykta, ale chcę słyszeć słowo Pana”. Muszę jednak podkreślić, że franciszkanizm nie jest obrazoburczym odrzuceniem tradycyjnego chrześcijaństwa, jego historii, teologii, kultury czy zwyczajów. Nie jest też łatwą religijnością dla pięknoduchów, hipisów, ekologów, animalistów, jakimś fast foodem z budki na rogu ulicy ani gotową receptą na wszelkie bolączki…

 

Czym więc jest?

Wyborem stylu życia, w którym Bóg jest na pierwszym miejscu i jest Ojcem nas i całego stworzenia. W którym inni są braćmi i siostrami. W którym przyroda i cały kosmos jest napełnioną Bożą obecnością świątynią, w jakiej nie jesteśmy władcami, ale pielgrzymami, pokornymi użytkownikami Bożego świata. Nie tworzymy kolejnej grupy doskonałych, ale wspólnotę, którą przemienia spotkanie z Bogiem, z bliźnim jako bratem i ze światem w jego niedoskonałości. Nie tworzymy też bezpiecznych, izolowanych od innych opactw, ale wspólnoty pielgrzymów idących przez świat z zaufaniem Bożej Opatrzności i głoszących życiem Boże orędzie. A podążając za Jezusem, spotykamy Jego krzyż, Jego ogołocenie i uniżenie, doświadczamy kenozy Boga i cierpienia świata.

 

Czy tworzenie elitarnych enklaw chrześcijaństwa może doprowadzić również do rozbicia samego Kościoła? Oddalenie się od świata można uznać za oddalenie się także od tego Kościoła, który jest blisko świata, ze światem i ludźmi – takimi, jacy są.

Ciekawe, że Dreher wśród swych argumentów przywołuje przypadek Kościoła czeskiego w czasach komunizmu. Prezentuje jednak w tej części teoretyczne rozważania, a nie zrealizowaną praktykę. Tak się składa, że pracowałem w Czechach pięć lat od 1991 r., czyli na początku epoki wolności. Spotkałem tam m.in. ludzi związanych z projektem bpa Davidka – radykalną próbą budowy „Kościoła na czasy ostateczne”. Felix Maria Davidek z Brna spędził 15 lat w komunistycznych więzieniach, wyświęcony w konspiracji w 1967 r. tworzył podziemny Kościół wobec tragicznej sytuacji oficjalnego Kościoła w Czechosłowacji. Szacuje się, że w ramach tajnej diecezji wyświęcono do 16 biskupów i prawie 300 kapłanów. W warunkach konspiracji zorganizowano regularną formację i kształcenie teologiczne. Były duszpasterskie sukcesy, ale też wiele cierpienia dla Chrystusa i Kościoła zarówno za czasów komunistycznych, jak i po roku 1989. Po aksamitnej rewolucji ci, którzy ofiarowali swe życie Bogu w tej enklawie kościelnej, nie tylko nie zyskali uznania, ale badano również ważność ich święceń, niektórym proponowano ich powtórzenie, a tajnie konsekrowanych przez Davidka biskupów nie uznawano (on sam umarł w roku 1988). Kościelnym kłopotem stali się żonaci biskupi i kapłani. Wcale nie widziano w tym „opcji na czasy ostateczne”, tylko problem kanoniczny grożący schizmą.

 

Co nam ta historia mówi dzisiaj? Tamte wybory chyba łatwiej usprawiedliwić niż wewnątrzkościelny elitaryzm w 2019 r.?

Kontekst rzeczywiście jest zupełnie różny. Tam: prześladowanie, aresztowania duchownych, siłowa likwidacja klasztorów, szkół i wielu instytucji kościelnych, chęć całkowitego podporządkowania sobie ludzi Kościoła przez komunistów oraz wielka izolacja od świata. A tu…? Wydaje się, że dominuje poczucie zagubienia wobec nowoczesności, utraty wpływów i swoiście rozumianej konserwatywnej tożsamości. W efekcie otrzymujemy propozycję elitarną, zamiast próby wyciągnięcia konkretnych wniosków z niepowodzeń oraz projektu pracy z wykorzystaniem wielu wszak dostępnych środków – włącznie z pomocą dla ubogich, dynamicznie rozwijających się Kościołów w Afryce czy Azji po to, by z ich pomocą próbować odzyskać nadzieję.

 

Mówił Ojciec…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Samo dobro