Subskrybuj

Wkurzam się razem z wami

Jestem za tym, żeby głośno wyrażać niezadowolenie. Jeśli jakiś biskup ośmieli się powiedzieć coś krytycznego o Radiu Maryja, to będzie miał od razu tonę listów z pretensjami i urywające się telefony. A w innych przypadkach takich protestów nie ma.

Tytuł Kościół po zawale pojawił się na okładce „Znaku” kilkanaście lat temu, przy okazji sprawy abp. Wielgusa oskarżonego o współpracę z SB. Mamy poczucie, że teraz nastąpił kolejny zawał albo inna jeszcze, być może najgłębsza po 1989 r., zdrowotna zapaść. Kontekst obecnego kryzysu jest jasny – to problem pedofilii.

Myślę, że sprawa pedofilii nie tyle wywołała ten kryzys, ile go ujawniła. Jeśli trzymać się metafory medycznej, to mamy w polskim Kościele do czynienia z długotrwałą chorobą wrzodową. Wrzody teraz pękły i zaczęło cuchnąć.  

To znaczy?

Niekompetentne, a niekiedy wręcz nieprawe, reagowanie kościelnych przełożonych na przypadki pedofilii to efekt instytucjonalnego kryzysu.

W skrócie chodzi o to, że część przełożonych Kościoła w Polsce na różnych szczeblach nie wypełnia dobrze swoich obowiązków. I tak jest od dłuższego czasu.

Po emisji filmu Tomasza Sekielskiego Tylko nie mów nikomu napisał Ksiądz na blogu: „Notuję, żeby nie zapomnieć. Grzech i zgorszenie pierwsze: krzywdzenie bezbronnych przez tych, którzy powinni się o nich troszczyć. Grzech i zgorszenie drugie: niedowierzanie ofiarom (obarczanie ich winą itd.). Grzech i zgorszenie trzecie: chronienie sprawców, tuszowanie spraw, rozwadnianie odpowiedzialności. Grzech i zgorszenie czwarte: trzymanie się stanowisk przez przełożonych winnych zaniedbań / współsprawców. Grzech i zgorszenie piąte: tolerowanie grzechu czwartego”. Jakie emocje towarzyszyły Księdzu podczas oglądania tego filmu?

Moje wkurzenie wokół tej sprawy trwa od lat. Po emisji filmu jeszcze się wzmocniło.

Miałem do czynienia z ofiarami wykorzystania seksualnego przez duchownych znacznie wcześniej, więc treść filmu nie była dla mnie zaskoczeniem. Może tylko to, jak dużo czasu musiał poświęcić Tomasz Sekielski, żeby zbudować relację zaufania z poszkodowanymi. Pokazał dużo empatii, o którą wcale go nie podejrzewałem.

Ksiądz ma za sobą doświadczenie własnych spotkań z pokrzywdzonymi?

Tak. Wiem dzięki temu, jak trudno przekonać ofiarę do mówienia publicznie o tym, co się wydarzyło. Wskazanie sprawcy wiąże się przecież często z powrotem do tych traumatycznych przeżyć, z mówieniem o nich w sądzie. Bez wcześniejszej porządnej terapii to bardzo trudne. Skutki traumy ciągną się latami. Film Sekielskiego może pomóc tym, którzy już są na tyle silni, żeby wykonać kolejny krok. Jest jednak też sporo osób, które nie mają jeszcze w sobie takiej siły, które żyją w ciągłym lęku.

Wciąż uczymy się, jak lepiej reagować na te sprawy w Kościele.

Z kwestii praktycznych warto wspomnieć, że wśród osób przyjmujących zgłoszenia o wykorzystaniu seksualnym powinny być też kobiety. Ludzie zranieni przez duchownych odczuwają niekiedy lęk przed kontaktem z osobą reprezentującą płeć sprawcy: innym księdzem albo nawet świeckim mężczyzną prawnikiem.

Słusznie. W naszej diecezji wprowadzamy też rekomendację, aby do parafii, w której doszło do przestępstwa, pojechał biskup albo jego ważny przedstawiciel. Każdy parafianin powinien móc przyjść i z nim porozmawiać. Chodzi m.in. o to, żeby wspólnoty miały możliwość oswojenia się z sytuacją. Bez tego grozi wypieranie – aż po ostracyzm w stosunku do ofiar.

Powiedział Ksiądz, że problem z reakcją na pedofilię to przejaw choroby trwającej od dłuższego czasu. Czym jest ten helicobacter, który był przyczyną pękającego dziś wrzodu?

Po 1989 r. pewna część polskiego Kościoła – zwłaszcza duchownych – założyła, że teraz jest już dobrze, że wygraliśmy i że będziemy odcinać kupony od zwycięstwa nad komunizmem.

Do tego uspokajało nas posiadanie „naszego papieża”, który przecież doskonale zna sytuację Polski i nad wszystkim czuwa… Konsekwencją było radosne uśpienie i seria nieodpowiedzialnych decyzji.  

Personalnych?

Pewnie też, choć to mi trudniej ocenić. Chodzi przede wszystkim o decyzje strategiczne, choćby te, które doprowadziły do osłabienia intelektualnego: po podziale diecezji rozmnożyła się liczba seminariów, a potem na potrzeby nowych ośrodków teologicznych de facto rozbiliśmy trzy środowiska (Lublin, Warszawę i Kraków), które kształciły wcześniej na przyzwoitym poziomie. Nagłe zapotrzebowanie na mnóstwo pracowników naukowych sprawiło, że spadła ich jakość.

Ale to chyba odrębny problem poziomu intelektualnego duchownych.

Nie tylko. Rektorami, kanclerzami, kierownikami duchowymi w seminariach zostają najczęściej ludzie po studiach specjalistycznych. Co gorsza: wśród polskiego duchowieństwa doktorat bywa postrzegany i traktowany jak przepustka do awansu. To nie jest więc wyłącznie problem teologii – przekłada się wprost na jakość kadr, na to, kto zarządza Kościołem. Jeśli ludzie na podstawie dyplomu, który uzyskali zbyt łatwo, są przekonani o posiadaniu kompetencji, których w rzeczywistości nie mają, to robi się niebezpiecznie – niezależnie od środowiska czy dziedziny nauki. Małą pociechą jest, że był to proces dotyczący prawie całego szkolnictwa wyższego.

Czy przed 1989 r. było z tym lepiej? Niektóre historie z filmu Sekielskiego miały miejsce jeszcze w PRL-u.

Paradoksem jest to, że w kwestii przestępstw seksualnych komuna nas prawdopodobnie ochroniła. Zabierając Kościołowi domy dziecka, szkoły, instytucje opiekuńcze, utrudniła kontakt z małoletnimi. Dodatkowo przyglądała się uważnie duchownym, by wykorzystując wszystkie skandale, wpływać na władzę w Kościele. To działało odstraszająco i sprawiało, że było mniej prawdopodobne, iż pedofile będą swobodnie funkcjonować w instytucjach kościelnych z łatwym dostępem do dzieci – tak jak to było w USA czy w Irlandii.

Nie znamy jeszcze nawet szacunkowej liczby ofiar w polskim Kościele.

Oczywiście nie wiemy wszystkiego. Chodzi jednak o skalę. Trochę się już na ten temat dowiedzieliśmy i prawdopodobnie – inaczej niż na Zachodzie – nie znajdziemy w żadnej diecezji sprawcy, który miał na sumieniu 500 ofiar.

Jednocześnie czasy komunizmu, obawy o prowokacje bezpieki sprawiły, że biskupi i księża nauczyli się działania w półcieniu, bez ujawniania trudnych spraw. Nikt po 1989 r. nie powiedział wyraźnie, że trzeba z tym brakiem transparentności skończyć. To widać też w innych dziedzinach życia kościelnego, np. w kwestiach finansowych. Od 1983 r. rady ekonomiczne są obowiązkowe w parafiach i diecezjach. Rozmawiamy w 2019 r., a wiele parafii działa bez jakiejkolwiek przejrzystości finansowej.

W różnych krajach funkcjonował ten sam mechanizm wyparcia, tuszowania, przenoszenia sprawców, ale właściwie nie ma takiego przypadku jak Polska, w której tak wiele już wiadomo, są wytyczne z Watykanu, a na konferencję prasową przychodzą najwyżsi przedstawiciele episkopatu i mówią o ataku na Kościół, przerzucają winę na „seksualizację dzieci” we współczesnej kulturze. W innych krajach otrzeźwieni jednak przyszło i doszło do zmiany osób, którym wykazano zaniechania.

Myślę, że rozliczenia tych, którzy są winni zaniedbaniom, jeszcze przyjdą. Taką mam nadzieję. W innych krajach też to trwało…

Skąd jednak to rozliczenie ma przyjść? Z Watykanu?  

Nie lekceważyłbym ludzi, którzy zostali powołani na delegatów ds. ochrony dzieci i młodzieży. Jest wśród nich sporo uczciwych i odważnych osób, bo byle kto się tego zadania nie podejmuje. Oni mają do czynienia z cierpieniem ofiar. I to jest ważne. Bo jeśli ktoś ma bezpośredni kontakt z ofiarami, to staje przed dylematem: zlekceważyć cierpienie tej osoby i bronić kościelnego przełożonego czy stanąć po jej stronie i zrobić porządek w Kościele, np. zawiadamiając prokuraturę.

Delegaci powoli zyskują wgląd w dokumentację, dowiadują się, kto wiedział o konkretnych przestępstwach i jak na nie zareagował. Gdy odkryją nadużycia ze strony biskupa, będą mieli obowiązek zgodnie z dokumentem Vos estis lux mundi poinformować o tej sprawie Stolicę Apostolską.

Toczą się też procesy cywilne przeciwko instytucjom kościelnym. Towarzystwo Chrystusowe musiało wypłacić kobiecie gwałconej w dzieciństwie przez jednego z księży odszkodowanie w wysokości miliona złotych.

I tam gdzie były nieprawe działania przełożonych, takie wyroki będą zapadać. Myślę, że ewentualne przegrywane procesy kończące się udowodnieniem winy przełożonych i odszkodowaniem albo karą dla biskupa będą się przyczyniać do otrzeźwienia i oczyszczenia.

Mamy tu pewne wątpliwości. Abp Sławoj Leszek Głódź jest oskarżony o zaniedbania w reagowaniu na sprawę molestowania dzieci przez ks. Henryka Jankowskiego i ks. Franciszka Cybulę. Nikt z tym nic nie zrobił: ani inni biskupi, ani delegat…  

W tamtej diecezji delegat został powołany przez arcybiskupa dopiero kilka tygodni temu.

No właśnie! Biskupa ma kontrolować delegat, którego powoła (albo i nie) tenże biskup. Abp Głódź powinien powołać delegata ds. ochrony dzieci i młodzieży jeszcze w 2014 r. Zrobił to dopiero teraz. I dalej jakby nigdy nic zasiada w Radzie Stałej Episkopatu.

Powtórzę, mam nadzieję, że te prawne rozliczenia osób winnych zaniedbań jeszcze przyjdą. A jednocześnie rozliczenie w pewnym sensie już następuje: wystarczy policzyć wiernych w kościołach. Jest ich coraz mniej.  

Nie jest to kwestia samej sprawy pedofilii. Tu wracamy do źródeł choroby polskiego Kościoła. Trochę już Ksiądz o tym mówił: to brak intelektualnego przygotowania, triumfalizm…

Nie mam nic przeciwko uzasadnionej radości z sukcesu, jaką było odzyskanie wolności po czasach PRL-u. Niepokoi mnie coś innego – triumfalistyczna krótkowzroczność.

Fundamentalny błąd, który popełniliśmy, to ten, że po 1989 r. nie reagowaliśmy na następujące zmiany kulturowe, nie mówiąc już o ich wyprzedzaniu. Nie zrobiliśmy nic poza kolejnymi działaniami, które w istocie nas osłabiały. Za taki krok uważam np. rezygnację z katechezy parafialnej na rzecz nauki religii w szkołach. To – zwłaszcza w miastach – rozluźniło związek z parafią nie tylko dzieci, ale i wikariuszy, którzy często zarabiają więcej w szkole niż w parafii. Straciliśmy świeckich katechetów na rzecz nauczycieli religii. I do tego uzależniliśmy ten cały system od pieniędzy z państwa, a zatem w istocie od polityków.

Procesy sekularyzacyjne następują w całym zachodnim świecie. Nie jest łatwo znaleźć na nie odpowiedź.

Można się było zacząć uczyć na błędach, np. próbować zdiagnozować, co należy robić, jak przekazywać wiarę we współczesnym świecie. Zmiany kulturowe przyspieszają, Francuzi mówią o acceleration culturelle. Zachwiało się dziedziczenie wiary jako naturalnej części kultury, w której żyjemy.

W Polsce dorosło już całe pokolenie, które nie zobaczyło w wierze wartości i strząsnęło ją wraz z tym wszystkim, czego nie chciało kontynuować ze sposobu życia rodziców. A my w dyskursie publicznym powtarzamy jedynie, że mamy do czynienia z walką z Kościołem.

Jeśli tylko na to nas stać, to nie ma szans nawet na amortyzację tych procesów. Młodzi nie walczą z Kościołem. Oni go po prostu ignorują.

Dobrym przykładem jest mówienie o „cywilizacji śmierci”, która znajduje się oczywiście na zewnątrz Kościoła i która prowadzi z nim walkę. W konsekwencji używania takiego języka trudno dziś – nawet po filmie Sekielskiego – dostrzec, że zło i grzech są w środku naszych wspólnot, w tym, jak się sprawuje w nich władzę. Powtarza się wciąż, że byli niegodni kapłani, którzy ulegli „złu tego świata”. To jest jakaś błędna, sztuczna diagnoza.

To jest brak jakiejkolwiek diagnozy. Albo gorzej: niechęć do nawrócenia.

Choć „świat wszystek we złem leży” to w końcu zdanie biblijne.

Zamiast zmierzenia się z problemem, zapycha się go cytatami z Pisma Świętego, które zwalniają nas z myślenia. To perwersja w stosunku do tekstu biblijnego i Objawienia.

Kłopot jest taki, że nie mamy dziś przemyślanego tego, co się dzieje we współczesnej kulturze. Bez tego Kościół znajdzie się na jej marginesach. My już przestajemy w niej uczestniczyć.

Ten brak zrozumienia widać było w przypadku reakcji na działania performatywne, takie jak np. dodanie do obrazu Matki Boskiej tęczowej aureoli. Kościół wezwał do „publicznego przebłagania Boga za popełnione świętokradztwa”. Reakcja wydaje się nadmierna w porównaniu z tym, jak odpowiadał na zło uczynione wobec konkretnych ludzi – ofiar wykorzystania seksualnego w Kościele.

Mam wrażenie, że od pewnego momentu część naszego episkopatu działa analogicznie do pewnej partii politycznej – umacnia twardy elektorat.

To jest strategia…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Migawki z frontu