Subskrybuj
Redaktorka, dziennikarka specjalizująca się w tematyce wschodniej i społecznej. Współautorka książek na temat Białorusi i Armenii

Wojna aż do znudzenia

Źle się dzieje, kiedy niewygaszona wojna przenosi się do literatury i kultury popularnej. To pokazuje, że wszyscy już do niej przywykli, że spowszedniała, jest i będzie, bo nikt nie ma pomysłu (a może nawet ochoty), by ją skończyć. Taka wojna toczy się na wschodzie Ukrainy.

O ukraińskiej wojnie powieść napisał Serhij Żadan, jeden z najwybitniejszych twórców średniego pokolenia ukraińskich pisarzy. W Internacie w mistrzowski sposób i nie po raz pierwszy oddał złożoność – kulturową, społeczną, polityczną – wschodniej Ukrainy, z której sam pochodzi. Wojna u Żadana, nagle, z dnia na dzień, angażuje i zmienia „zwykłego obywatela” – Pasza, z zawodu nauczyciel, otrzymuje od ojca polecenie: ma odnaleźć swojego siostrzeńca. Na początku mężczyzna się buntuje, myśli sobie: „Niech ojciec sam idzie”, ale ostatecznie przystaje. Okazuje się, że świat, w którym dotychczas żył Pasza i który tak dobrze znał, już nie istnieje, zawładnęła nim wojna. I niby proste zadanie staje się trudne do wykonania: na ziemi, na której od lat żył Pasza, wyrosły punkty kontrolne, nie wiadomo, kto jest swój, a kto obcy. Wojna jest okrutna i bezwzględna. Toczy się z woli wschodniego sąsiada, przy czynnym udziale miejscowej ludności bądź przy jej cichym przyzwoleniu.

Z bronią w ręku w imię wielkiej Rosji

Opisując sytuację na wschodniej Ukrainie, można spierać się o pojęcia. Wojna? Czy może okupacja? Jeśli chce się być poprawnym i używać określeń pojawiających się w tekstach analitycznych, powie się: „linia rozgraniczenia” (czyli linia oddzielająca separatystyczne republiki od Ukrainy), ale można też użyć określenia „linia frontu”, bo co prawda po podpisaniu porozumień mińskich w 2015 r. ta wojna przycichła, ale nie wygasła i każdego miesiąca na wschodzie kraju giną ludzie. Można powiedzieć: „separatyści z Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej”, ale należy pamiętać, że oprócz separatystów pojawiają się tam regularne jednostki rosyjskiej armii. Można powiedzieć: „straty”, ale można też wymienić imiona i nazwiska poległych i zaginionych. I lista będzie bardzo długa, bo na tej wojnie poległo już ok. 13 tys. osób.

Od strony „ludzkiej” wojna zawsze wygląda inaczej, niż opisują ją politycy, analitycy czy przedstawiciele międzynarodowych organizacji. Na terenach ogarniętych konfliktem trwa codzienna walka o życie (żeby się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po relacje reporterów czy międzynarodowych organizacji niosących pomoc humanitarną).

W wielu miejscowościach na wschodniej Ukrainie wojna oznacza egzystencję w częściowo zburzonych domach, zbombardowanych blokach, grożących w każdej chwili zawaleniem, bez prądu, gazu, wody czy pomocy medycznej.

Ludzie, którzy nie byli w stanie uciec (bo za starzy, bo nie potrafili zostawić domu, bo nie było za co), stracili wszystko: bliskich, sąsiadów, pracę. W pobliżu miejsca ich wegetacji (bo trudno powiedzieć „życia”) brakuje sklepów, ośrodków zdrowia. Bywa, że głodują, są wycieńczeni, żyją dzięki pomocy wolontariuszy.

Kiedy zimą 2014 r. na wschodzie Ukrainy wybuchła wojna, ukraińscy politycy uderzyli się w piersi: przyznali, że przez ponad dwie dekady niepodległości Ukrainy żadna ekipa nie wypracowała społecznych programów współpracy z tym regionem kraju. W Kijowie z ust analityków pracujących w poważnych instytucjach można było usłyszeć: „Donbas? No wie pani, ale to nie Ukraina”. Wschód był wykpiwany, nazywany „Mordorem”, mówiono: „Tam żyje ciemna masa”, w dodatku nadużywająca alkoholu. Na wschodzie królowała przestępczość, lokalne mafie czuły się bezkarnie. W książkach ukraińskich dziennikarzy śledczych można przeczytać relacje o morderstwach na zlecenie, gwałtach, porwaniach, haraczach, korupcji. Tu rządziła wspierana przez Moskwę Partia Regionów, nie było miejsca na działalność opozycyjną i prodemokratyczną, jeśli ktoś otwarcie przyznawał się do wspierania „wartości zachodnich”, mógł ściągnąć na siebie niebezpieczeństwo. Nie funkcjonowało też niezależne słowo, nie każdemu dziennikarzowi zajmującemu się niewygodnymi tematami dane było przeżyć. Przyjaciele, rodzina znajdowali ciało z listem pożegnalnym: „Nie szukajcie winnego”.

Mieszkańcy wschodniej Ukrainy naturalnie czuli, że bliższa im jest Rosja. Uformowani w Związku Radzieckim, odbierali rosyjskie stacje telewizyjne, słuchali rosyjskiego radia, chodzili do cerkwi, nad którą pieczę sprawował Moskiewski Patriarchat – poradziecki / prorosyjski światopogląd przenosił się więc na młodsze pokolenia. Ludziom ze wschodu wmawiano, że to oni podtrzymują gospodarkę Ukrainy, że co trzecia hrywna trafiająca do budżetu państwa została wypracowana łopatą i kilofem tu, w Donbasie. Na wschodnią Ukrainę kolorowe rewolucje nigdy właściwie nie docierały, jedynie kilku studentów i inteligentów wychodziło na centralny plac Doniecka pomachać ukraińską flagą.

To mało popularna teza w Polsce, ale wielu na wschodzie kraju sądziło, że bliżej im do Rosji niż do Ukrainy, i chcieli się znaleźć w granicach tej pierwszej. Byli i tacy, którzy uważali za słuszne chwycić za broń, by bronić „russkogo mira”, pojawiło się odwołanie do powstałej jeszcze w XVIII w. koncepcji Noworosji. Bo kontekst historyczny jest tu bardzo ważny. Do konfliktu na wschodzie Ukrainy Moskwa przygotowywała się długo. Kiedy w 2004 r. w Kijowie wybuchła pomarańczowa rewolucja, jednym z rozważanych w Rosji scenariuszy było użycie siły wobec protestujących w Kijowie. Nie zdecydowano się wówczas na ten krok, pozwolono Wiktorowi Juszczence na objęcie fotela prezydenta, ale nie złożono broni. Dalsza batalia trwała, tylko Moskwa prowadziła ją po cichu, przy użyciu dobrze przez siebie sprawdzonych metod. To wtenczas zarejestrowana została Doniecka Republika Ludowa (DNR), marginalny ruch, odwołujący się do retoryki „Wielkiej Rosji” i Noworosji właśnie. DNR miała swoją flagę z dwugłowym orłem, tak bardzo przypominającą flagę rosyjską, swoich bohaterów i swoje święta. W Kijowie mało kto o nich słyszał, a w Donbasie uważano ich za niewiele znaczących fanatyków. Doskonale oddaje tę sytuację reporterska książka Grzegorza Szymaniaka i Julii Wizowskiej O północy w Doniecku. Szymaniak i Wizowska (pochodząca z Doniecka) opisują wojnę na wschodzie Ukrainy, ale sięgają o wiele głębiej niż wielu analityków – wyjaśniają korzenie wschodnioukraińskiego separatyzmu. Opisują, jak nagle w XIX w. na stepie rodzi się Donieck (wtedy tak się jeszcze nie nazywa), przemysłowe miasto, które zakładają nie Rosjanie, ale walijski przedsiębiorca Hughes. Po II wojnie światowej w Doniecku nie ma „tutejszych”, przybywa ludność napływowa, czyli wykorzenieni, którzy mają odnaleźć się w nowym miejscu i de facto nadać mu tożsamość. Szymaniak i Wizowska przytaczają dzieła miejscowych twórców science fiction, co zaskakujące – na kartach ich powieści, wojna rozpoczęła się wcześniej niż w rzeczywistości. Czy można ją było więc przewidzieć? Nie. Ale można było przewidzieć, że Moskwa odwoła się do wschodnioukraińskiego separatyzmu, kiedy będzie to dla niej wygodne. Odpowiedni moment przyszedł w 2014 r., po rewolucji godności. Rosja, nie mogąc pogodzić się z tak dotkliwą klęską jak utrata wpływów na Ukrainie, zdecydowała się na destabilizowanie sytuacji nad Dnieprem za pomocą konfliktu zbrojnego.

Zbyt łatwe jest porównywanie wojny na wschodzie Ukrainy z innymi konfliktami zbrojnymi na terytorium byłego ZSRR, ale na pewno wpisuje się ona w szerszy kontekst rosyjskiej polityki zagranicznej. Dla Rosji wojna jest czymś naturalnym. Józef Stalin tak żonglował narodowościami i w taki sposób osiedlał różne grupy etniczne, by w odpowiednim momencie możliwe było wywołanie konfliktu. I rzeczywiście, stalinowska polityka stała się zarzewiem sporów na terenie byłego imperium. Gdy ZSRR chyliło się ku upadkowi, do gardeł skoczyli sobie Ormianie i Azerbejdżanie; Tadżycy i Uzbecy; Ingusze, Osetyjczycy i Gruzini. Dziś dzięki zamrożonym konfliktom Rosja sprawuje w dużej mierze kontrolę nad Kaukazem Południowym (konflikt pomiędzy Azerbejdżanem i Armenią o Górski Karabach; wspieranie separatyzmu Abchazji i Południowej Osetii – formalnie leżących w granicach Gruzji) i Mołdawią (spór o Naddniestrze). Dzięki okupacji Krymu i wojnie na wschodzie Ukrainy trzyma natomiast w szachu Kijów.

Zapach prochu

Od wybuchu wojny na wschodzie Ukrainy mija pięć lat. Nie jest to zamrożony konflikt, jak w przypadku Abchazji czy Naddniestrza, tu każdego miesiąca padają zabici i ranni (o czym donoszą ukraińskie media).

Ukraińcy przywykli do wojny, wojna się także skomercjalizowała. W Kijowie ludzie umawiają się w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Migawki z frontu