Przenieśmy się do nie tak odległej przeszłości. Trwają Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, papież Franciszek wędruje po polskiej ziemi. Choć nie jest to tradycyjna pielgrzymka, lecz spotkanie z młodzieżą z całego świata, to ze świecą szukać osób, którym nie udziela się podniosła atmosfera. Ludzie biegają po ulicach z flagami, gromadzą się co wieczór pod oknem kurii na Franciszkańskiej w oczekiwaniu na błogosławieństwo Ojca Świętego. Otwierają drzwi dla obcych przybyszów i z dumą prezentują legendarną polską gościnność. Pamiętam to jak dziś, choć czasem zastanawiam się, czy nie śniłem.
Pamiętam coś jeszcze. Stoję wśród rzesz pielgrzymów na Błoniach podczas powitania papieża. Przesuwam się między sektorami, w końcu ląduję za rodziną z Polski. „Fajny ten papież” – mówi żona do męża. „A ja wiem, czy fajny, jakiś taki smutny. Nasz to się więcej uśmiechał”. To przypadkowo usłyszane zdanie, które wybrzmiało trzy lata po wyborze papieża Franciszka, jest ciągle intrygującym podsumowaniem recepcji jego pontyfikatu nad Wisłą.
My już mieliśmy papieża
W połowie września na internetowych łamach amerykańskiego katolickiego portalu „Crux” pojawiła się niewielka analiza cenionego watykanisty Johna L. Allena, którego polski czytelnik może znać z takich książek jak Konklawe albo Globalna wojna z chrześcijanami. Allen nawiązuje w tekście do wypowiedzi papieża Franciszka, który podczas jednej z konferencji prasowych powiedział, że mierzy się z krytyką napływającą z wielu różnych stron. Komentator „Cruxa” pokusił się o własną interpretację tej wypowiedzi i wyróżnił pięć krajów, w których obecny papież spotyka się z niezrozumieniem albo wręcz otwartym sprzeciwem. Co ciekawe, zaraz za podium (pierwsze miejsce zajął… Watykan, a kolejne Argentyna i Włochy) ulokował właśnie Polskę i wsparł swój wybór trzema argumentami.
„W Polsce każdy papież startuje z deficytem zaufania tylko dlatego, że nie jest Janem Pawłem II, a niektórzy Polacy postrzegają Franciszka jako tego, który w niektórych aspektach zwija dziedzictwo poprzednika” – pisze Allen i zwraca uwagę na fakt, że polscy biskupi wykazują wyjątkową potrzebę do podkreślania ciągłości nauczania Franciszka z Janem Pawłem II.
Franciszek nie jest Janem Pawłem II – to pierwszy powód nieufności Polaków względem papieża z Argentyny.
Drugi argument Allena wiąże się ze sprzeciwem niektórych Polaków, a zwłaszcza polskich polityków, wobec ekologicznego przesłania obecnego pontyfikatu, przede wszystkim w zakresie podejścia do paliw kopalnych. Trzecim elementem, na który zwraca uwagę komentator „Cruxa”, jest opór względem przyjmowania uchodźców. Allen wiąże go z obecnością takich duszpasterskich akcji jak Różaniec do granic, które zdaniem publicysty budują obraz Polski jako zamkniętej katolickiej enklawy. Amerykański watykanista ma sporo racji, pokazując, że krytyka papieża ma charakter międzynarodowy, ale w Polsce zyskuje szczególny, lokalny koloryt.
Koniec karnawału
Na pytanie o przyczyny nieufności niektórych wiernych względem Franciszka nie ma jednej prostej odpowiedzi. Łatwo natomiast wskazać moment, w którym zaczęły zapalać się ostrzegawcze lampki w głowach krytyków obecnego pontyfikatu. Miał on miejsce tuż po wyborze, gdy w loggi bazyliki św. Piotra ukazała się sylwetka nowego papieża nieodzianego w tradycyjną czerwoną pelerynę.
„Niech ksiądz sam to włoży. Skończył się karnawał” – miał powiedzieć papież do ceremoniarza ks. Guido Mariniego, o czym informowały wiarygodne włoskie dzienniki, na czele z „Corriere della Sera”. Nie wiadomo, ile jest prawdy w tej historii, ale nie trzeba było długo czekać, by zauważyć, że nowy papież nie przepada za bogatym strojem, a zwłaszcza czerwonym kolorem. Już podczas pierwszej mszy św. uważne oczy obserwatorów wychwyciły czarny, a nie tradycyjny czerwony kolor obuwia Franciszka. Ruszyła lawina komicznych wyliczeń: a to czemu nie przyklęka w odpowiednich momentach (bo ma chore kolana – tłumaczyli niektórzy), później pytania o „okropną” oprawę liturgiczną pierwszej mszy św. poza Rzymem – na Lampedusie, pośród uchodźców. Na samym początku pontyfikatu papież trafił na celownik tzw. tradycjonalistów katolickich, dla których źródłem podejrzeń był styl odróżniający Franciszka od poprzednika, Benedykta XVI. Prawdopodobnie większość wiernych w ogóle nie przejmowała się tymi niuansami, ale nowy papież bardzo szybko stał się podejrzany dla fascynatów bogatych ceremonii.
Można to w pewien sposób zrozumieć, bo o papieżu w chwili wyboru nie wiadomo było prawie nic, więc względy wizerunkowe najbardziej zaważyły na odbiorze jego osoby. Już pierwsze zdania pontyfikatu wywoływały nastroje skrajne: od zachwytu po oburzenie. Każde z nich komentatorzy obracali po trzy razy i przepuszczali przez masę interpretacji, niecierpliwie czekając na pierwsze tłumaczenia biografii papieża z dalekiego kraju. Od samego początku zarówno konserwatyści, jak i liberałowie mówili o rewolucji Franciszka. Niektórzy zakładali, że papież z Ameryki Południowej musi być zwolennikiem teologii wyzwolenia, inni słyszeli doniesienia o jego żelaznych rządach w Buenos Aires. W takiej sytuacji łatwo o dezinformację, zaś przekaz bazujący na obcości czy inności papieża budował się sam, stając się gotową pożywką dla plotek i kłamstw.
„Papież ma raka mózgu”
Taki nagłówek trzy lata temu obiegł światowe media. Artykuł dotyczący rzekomej choroby papieża został opublikowany przez włoskie czasopismo „Quotidiano Nazionale”. Pojawiły się wypowiedzi członków personelu szpitala, do którego przyjęto Ojca Świętego na konsultacje. Papież miał się mieć nieźle – jego stan, choć poważny, był jednak uleczalny. Ile w tym prawdy? Ówczesny rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej ks. Lombardi błyskawicznie sprostował te doniesienia, ogłoszone, co nie zaskakuje, w ostatnich dniach istotnego synodu o rodzinie, którego owocem była szeroko dyskutowana adhortacja apostolska Amoris Laetitia. Także dziś nie trzeba daleko szukać takich, którzy jej treść potraktują jako wynik rzekomej choroby umysłowej Ojca Świętego.
Powyższa historia brzmi nieco zabawnie, ale wiąże się z poważniejszym problemem. Trudno zliczyć, jak wiele razy natrafiłem na wypowiedzi przypisywane papieżowi, które nie znajdowały żadnego pokrycia w rzeczywistości. Weźmy kilka pierwszych z brzegu takich nieprawdziwych wypowiedzi Franciszka: „Jezus Chrystus, Mahomet, Jahwe, Allah – to nazwy opisujące jedną osobę, tę samą na całym świecie. Przez wieki przelewano niepotrzebnie krew ze względu na chęć podzielenia nas wierzących” albo o islamie: „Możemy osiągnąć wiele wspaniałych rzeczy poprzez połączenie naszych wyznań, a czas na to nadszedł teraz”. Niekiedy łatwo rozpracować takie zabiegi. Weźmy np. krążący w Internecie filmik, na którym – jeśli wierzyć opisowi – papież Franciszek całuje dłonie Davida Rockefellera i Johna Rothschilda, oddając hołd rządzącej światem masonerii. Tymczasem widzimy po prostu zapis z wizyty Ojca Świętego w instytucie Yad Vashem, gdzie Franciszek ucałował ręce ocalałych z Holocaustu. Wystarczy sam podpis, kilka podrzędnych portali, kanały dystrybucji oraz grupa ludzi, których interesują podobne bzdury, by wypromować taką informację.
Takie kłamstewka często osiągają sukces i oddziałują na wyobraźnię słuchaczy, ale papieskie fake newsy mają wiele źródeł – nie tylko internetowych. Jednym z głównych ich autorów jest redaktor naczelny dziennika „La Repubblica” Eugenio Scalfari, który niejednokrotnie przeprowadzał wywiady z papieżem. Po każdym z nich zasilał plotkarski obieg kolejnymi opowieściami. Scalfari tłumaczy się tym, że rozmów z papieżem nie nagrywa, a spisuje z pamięci, ale jego relacje dostarczają pożywki do domniemań. Pokazuje to, że okołopapieskie kłamstwa pojawiają się niezależnie od politycznych sympatii ich twórców, bo przecież trudno widzieć w „La Repubblica” prawicowe medium. Niekiedy sami współpracownicy papieża wyświadczają mu niedźwiedzią przysługę, jak choćby przy sławetnej premierze serii książek poświęconych kluczowym wątkom pontyfikatu Franciszka, którą rzekomo zarekomendował Benedykt XVI. Niestety, jeszcze jej nie przeczytał, ale poinformował o tym na drugiej stronie opublikowanego przez biuro prasowe Watykanu listu. Wydrukowano oczywiście tylko stronę pierwszą, tę pochwalną.
Lucetta Scaraffia w tekście Fałszywe przemówienia papieża Franciszka szczegółowo opisała cały proceder. Rzekome wypowiedzi „często krążą po hiszpańsku”, co ma podnieść ich wiarygodność, i zawierają „coraz bardziej rewolucyjne i nieprzewidywalne” słowa Franciszka. „Tworzenie obrazu papieża postępowego i permisywnego osiąga tu bardzo wysoki poziom, lecz w gruncie rzeczy powiela jedynie, w sposób zwielokrotniony, model bardzo lubiany przez media” – podkreśla publicystka. Taka sytuacja miała miejsce niedawno w Argentynie, gdzie przed wyborami niemal wszystkie stronnictwa polityczne legitymizowały swoje działania błogosławieństwem Ojca Świętego. Wszystkie przywoływały słowa, które w rzeczywistości nie padły.
Szkodliwe insynuacje
Pojawienie się fake newsów wokół Franciszka jest niebezpieczne, ale ich szkodliwość jest ograniczona. Czymś znacznie gorszym okazuje się promowanie poglądu, że obecny papież wcale nie jest legalnym następcą św. Piotra.
Papież Franciszek został wybrany za życia poprzednika, który dobrowolnie zrezygnował z pełnienia funkcji biskupa Rzymu, dlatego poniekąd można zrozumieć reakcję nieco bardziej konserwatywnych katolików, którzy chętnie porównywali obu duchownych.
Z jednej strony Benedykt XVI, przez lata postrzegany jako niezłomny obrońca tradycji, z drugiej – Franciszek namaszczony przez opinię publiczną na rewolucjonistę. Wybitny teolog i – no właśnie – facet w czarnych butach. To jednak zestawienie dość mylące: jeśli miałbym szukać prawdziwie rewolucyjnego zdarzenia w Kościele ostatnich lat, to nie ma większego niż abdykacja Benedykta.
Mimo to antyfranciszkowa opozycja nie przebierała w krytyce.
Zbigniew Nosowski w tekście Nie papież, a Bergoglio prezentuje szczególnie ilustratywny przypadek takiej krytyki Franciszka, która wypływa z ust abp. Jana Pawła Lengi, ulubieńca radykalnych konserwatystów w Kościele w Polsce. Abp Lenga, będący emerytowanym biskupem Karagandy (Kazachstan), publicznie przyznaje, że podczas mszy nie modli się za Franciszka, ale za papieża i jest to zabieg celowy, bo za głowę Kościoła wciąż uważa Benedykta XVI. Niechęć polskiego biskupa ma swoje podłoże w poglądach Franciszka, który „w kościołach (…) urządza uczty dla uchodźców i robi z nimi selfie (…). Tam był zgiełk i wrzawa. (…) to była obraza dla tych ludzi, którzy kiedyś tam się modlili w tej katedrze”. Bergoglio – bo po nazwisku mówi o papieżu abp Lenga – zdaniem duchownego zmusza chrześcijan do mycia nóg muzułmanom i fałszywie rozumie miłosierdzie. Jakby tego było mało, polski biskup zarzuca papieżowi herezję i twierdzi, że Franciszek niszczy Kościół od środka. Nosowski podkreśla, że te kontrowersyjne i krzywdzące opinie właściwie nie spotykają się z reakcją w Kościele, bo status emerytowanego arcybiskupa z Kazachstanu daje zaskakująco wielką swobodę głoszenia wszystkiego, co mu przyjdzie do głowy.
Byłoby dobrze, gdyby tezy głoszone przez abp. Lengę stanowiły autorski wkład emerytowanego biskupa, ale nie sposób potraktować ich jako oryginalnych wystąpień. To powtarzanie opinii ukutych gdzie indziej, głównie w środowisku „niezależnych watykanistów”, których niekoronowanym królem jest Antonio Socci. Pomimo kontrowersyjnego statusu w środowisku dziennikarzy katolickich książki Socciego cieszą się dużą popularnością także w Polsce. Nic dziwnego, skoro autor lansuje w nich radykalne tezy. Problem w tym, że mają one poważne reperkusje praktyczne w postaci tworzenia realnych podziałów w Kościele.
Jedną z najbardziej znanych książek Włocha przetłumaczonych na język polski jest publikacja Czy to naprawdę Franciszek?. To w niej Socci próbuje udowodnić, że wybór kardynała Bergoglia na Stolicę Piotrową był nielegalny. Na braki argumentacji Socciego zwracają uwagę na portalu deon.pl Jacek Siepsiak SJ i Marek Blaza SJ w obszernej rozmowie Czy Franciszek jest ważnie wybranym papieżem?. Ich zdaniem Włoch używa pokrętnych argumentów, które mieszają ze sobą porządki dogmatyczny i prawny. Blaza mówi wprost: „Właśnie na tym polega kunszt tej książki, że pewne rzeczy są tam prawdziwe, że to nie jest tak, że tu wszystko jest bajką. Ale pewne rzeczy są ideologią. Muszę się przyznać, że najbardziej mi ona przypomina książkę Anioły i demony Dana Browna. To znaczy jest ładnie napisana, dobrze się ją czyta. Akcja jest wartka, prawie jak kryminał, tylko że to nie jest prawda” – ocenia jezuita.
Mimo to argumentacja Socciego zrobiła wrażenie na pewnych polskich dziennikarzach. Dość powiedzieć, że Sławomir Cenckiewicz na łamach „Plusa Minusa” zbudował wokół niej narrację, w której wnioskuje, że to nie przypadek, iż „[Benedykt XVI] z jakichś powodów – zachował przy sobie atrybuty i symbole papiestwa. Zaś Franciszek nie tylko to toleruje, ale i mówiąc o sobie, że jest jedynie »biskupem Rzymu«, jakby ustępuje miejsca [poprzednikowi]”. Brzmi to łagodnie i teoretycznie, ale pociąga za sobą twierdzenia, które podważają urząd papieski.
Kto osądzi papieża?
Podobnym przykładem jest Papież dyktator. Skrywana historia pontyfikatu papieża Franciszka autorstwa Marcantonio Colonny, która cieszyła się pozytywnymi recenzjami wśród prawicowych publicystów jeszcze przed publikacją po polsku, a jej pochlebną recenzję sporządził Paweł Lisicki w tekście ze stycznia 2018 r. pt. Czarne chmury nad Franciszkiem. Trudno wierzyć w to, że osoba nosząca imię i nazwisko zwycięskiego admirała włoskiej floty z XVI-wiecznej bitwy pod Lepanto istnieje naprawdę. Pod tym pseudonimem kryje się w rzeczywistości Henry Sire, były już członek Zakonu Maltańskiego, wyrzucony z niego za krytykę papieża. Papież dyktator jest pamfletem uderzającym we Franciszka i oskarżającym go o zapędy autorytarne, niejasność doktrynalną, podążanie za programem „mafii z St. Gallen” (grupy postępowych kardynałów), która miała wynieść kard. Bergoglia na tron papieski. Sire oskarża Watykan także o korupcję i zastraszanie konserwatywnych oficjeli. Dekret, w którym Zakon Maltański ogłosił wyrzucenie Sire’a, stwierdza, że prawo kanoniczne…