Szkicowanie duchowego atlasu Polski A.D. 2019 zacząć należy od przytoczenia wypowiedzi jednego z najbardziej wpływowych jej przywódców
Jarosław Kaczyński podzielił się w trakcie ostatniej kampanii wyborczej pewną refleksją: „Każdy dobry Polak musi wiedzieć, jaka jest rola Kościoła, musi wiedzieć, że poza nim jest (…) nihilizm. I ten nihilizm my odrzucamy, bo nihilizm niczego nie buduje, nihilizm wszystko niszczy!”. Ta teza nie zaskakuje, ponieważ powraca w środowisku politycznym PiS-u co jakiś czas, a nawet została wpisana w program tej partii z 2014 r.: „Kościół jest po dziś dzień dzierżycielem i głosicielem powszechnie znanej nauki moralnej. Nie ma ona w szerszym społecznym zakresie żadnej konkurencji, dlatego w pełni uprawnione jest twierdzenie, że w Polsce nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm”.
Pozytywnie zaskakiwać może jednak fakt, że od tak zarysowanej alternatywy „Kościół albo nihilizm” odcięli się nie tylko polityczni i duchowi oponenci PiS-u (Adrian Zandberg), ale także jego sojusznicy (Jarosław Gowin), konserwatywni publicyści (Tomasz Terlikowski) oraz prymas abp Wojciech Polak, który stwierdził, że „nie jest to absolutnie stanowisko Kościoła”. W wielu komentarzach podkreślano, że Kaczyński ignoruje bądź znieważa ludzi, którzy swoje zasady moralne wywodzą z innych wyznań chrześcijańskich, religii (np. judaizmu) oraz tradycji niezależnej etyki świeckiej. Stawiając Kościół w roli jedynego istotnego nośnika moralności, prezes PiS-u utrudnia też dostrzeżenie i nazwanie zła, które ma źródła w samym Kościele. Można na tę dyskusję patrzeć dwojako. Z jednej strony niepokoi, że najpotężniejszy polityk w Polsce i lider partii, która zebrała w ostatnich wyborach 8 mln głosów, stygmatyzuje ludzi niepodzielających przekonania o moralnym monopolu Kościoła. Z drugiej, cieszy ta krytyczna reakcja, która może świadczyć o rosnącej zgodzie na Polskę pluralistyczną, także w jej duchowo-religijnym zakresie.
Czy moralność potrzebuje religii?
Gdybyśmy uznali, że słowa Kaczyńskiego nie wynikały z politycznej kalkulacji (co najbardziej prawdopodobne), lecz ze szczerego przekonania, to należałoby stwierdzić, że prezes PiS-u współmyśli ze swoim światopoglądowym oponentem – Adamem Michnikiem. Redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” też wielokrotnie wyrażał obawy przed Polską, która ulegnie sekularyzacji: „Jak Kościół osłabnie, zostanie nihilizm” – mówił w wywiadzie dla „Polityki” w 2010 r. Kilka lat później w „Wyborczej” tłumaczył: „Kościół to jedyne miejsce, do którego zwykły Polak przychodzi co niedziela i dowiaduje się, gdzie jest dobro, a gdzie zło. (…) W Polsce nie ma silnej tradycji etyki niechrześcijańskiej. To, co było, zostało zrujnowane i sprostytuowane przez władzę komunistyczną. Przed wojną ta etyka była obecna: Kotarbiński, Ossowscy, Krzywicki”. W niedawnej rozmowie z Jackiem Żakowskim, przy okazji nowego wydania książki Między Panem a Plebanem, Michnik precyzował, że nie uważa, iż ateiści są moralnie gorsi od chrześcijan. Zastrzegał jednak, że na postawy niewierzących ma istotny wpływ religia, wśród której żyją: „jeśli oddychasz powietrzem kultury, w której wartości chrześcijańskie wyznaczają kulturowy horyzont, to one cię formują”.
Teza o związku religii (Kościoła) z moralnością jest w naszym dyskursie publicznym powtarzana na tyle często, że warto się jej przyjrzeć nieco uważniej. Ciekawe wnioski przynosi tu praca niemieckiego katolickiego socjologa Hansa Joasa pt. Glaube als Option (Wiara jako opcja). Twierdzi on, że tak jak należy skończyć z mitem nieuchronnej sekularyzacji w krajach Zachodu (bo istnieją tam znaczące wyjątki: przede wszystkim USA), tak też należy zerwać z przekonaniem, iż wiara religijna jest konieczna dla utrzymania zdrowia psychicznego, moralnej motywacji czy spójności społecznej. Gdy w XIX w. ateizm był zjawiskiem ograniczonym do wąskich grup wolnomyślicieli, można było spekulować na temat jego negatywnych konsekwencji dla całości społeczeństwa.
Od lat 60. XX w. możemy jednak badać empirycznie coraz silniej zsekularyzowane państwa Europy Zachodniej (np. kraje skandynawskie, Wielką Brytanię) i Wschodniej (np. Czechy, Estonię). Jak twierdzi Joas, nie ma przesłanek, by sądzić, że nastąpił jakikolwiek rodzaj moralnego kryzysu w tych państwach.
Można zaś łatwo wskazać badania odwrotne, pokazujące problemy trapiące społeczeństwa bardziej religijne: znane są studia nad amoralnym familiaryzmem w południowych Włoszech bądź nad wysokim poziomem przemocy w Stanach Zjednoczonych (ocenia się, że jest on pięciokrotnie większy niż europejska średnia). Joas konkluduje, że trudno obecnie wskazać na jakieś związki przyczynowo-skutkowe (pozytywne bądź negatywne) między religijnością a poziomem moralnym społeczeństwa.
Nie przeczy on temu, że religia oddziałuje w pewien sposób na postawy społeczne – przywołuje badania Andrew Greeleya, które pokazują, że istnieją charakterystyczne różnice w systemach wartości między krajami tradycyjnie protestanckimi i tradycyjnie katolickimi, nawet gdy ulegają one już daleko posuniętej sekularyzacji. W tych pierwszych np. w wychowaniu dzieci częściej docenia się takie wartości jak gotowość do własnej inicjatywy, pracowitość i zapobiegliwość, a w tych drugich lojalność, posłuszeństwo i cierpliwość. Ten kod wartości trwa (na razie) niezależnie od spadających wskaźników religijności w danym społeczeństwie.
O ile więc Adam Michnik może mieć rację, mówiąc o znaczeniu, jakie ma „oddychanie powietrzem” danej religii, o tyle przesadne wydają się obawy o czający się za drzwiami społeczny nihilizm. Nie tylko dlatego, że religijne imaginarium etyczne może przetrwać nawet u ateistów. Joas sugeruje, że religia posiada ostatecznie ograniczone znaczenie, bo moralność ma dwa silne antropologiczne korzenie. Pierwszym jest wszelkie życie społeczne (co pokazują badania nad wyższymi naczelnymi) – zasada wzajemności okazuje się w nim korzystna dla wszystkich członków z grupy. Z tego impulsu może wyłonić się refleksja nad bardziej ogólnym, niesprowadzalnym tylko do naszej indywidualnej korzyści, zbiorem reguł pożądanej współpracy. Drugim korzeniem są doświadczenia konstytuujące wartości – spotkanie ze świadkiem, czyli kimś inspirującym, kto reprezentuje pewne pozytywne cechy, bądź z negatywnymi przeżyciami cierpienia, przemocy, oszczerstwa, których pragnie się unikać. Z pierwszego korzenia wyrasta idea sprawiedliwości, a z drugiego dobra i zła.
W takim ujęciu Kościół nie jest koniecznym narzędziem formacji moralnej społeczeństwa. Architektonika moralna wspiera się też na innych strukturach współbycia ludzi ze sobą (choćby na prawie i obyczajach) oraz na inspirujących świadkach. Ci ostatni mogą być zarówno niewierzący (Jacek Kuroń), jak religijni (s. Małgorzata Chmielewska). Przy czym patrząc na obszary, w których nasza wyobraźnia etyczna rozwija się najszybciej (np. w dziedzinie uznania praw osób homoseksualnych czy ekologicznej), widać, że Kościół odgrywa tu poślednią, jeśli nie negatywną, rolę. Tak czy inaczej, w świetle rozpoznań Joasa bardziej potrzebny Polsce jest Kościół nie jako uniwersalny społeczny nauczyciel, ale jako miejsce, w którym wzrastają ludzie święci.
Zmiana pokoleniowa
Ile jednak osób naprawdę wierzy w alternatywę „Kościół albo nihilizm”? Tym, co łączy Jarosława Kaczyńskiego i Adama Michnika, jest pokoleniowe doświadczenie. Michnik ma w pamięci żywy obraz Kościoła lat 80., będącego przyjazną przystanią dla ludzi różnych światopoglądów. Często przywołuje charyzmatyczną postać Jana Pawła II oraz lekturę sprzyjających chrześcijaństwu tekstów Leszka Kołakowskiego i wolnościowych esejów ks. Józefa Tischnera. Posiada dzięki temu jasny punkt odniesienia dla oceny współczesnego stanu Kościoła. I nawet gdy czasem zagalopowuje się w przekonywaniu o niezbywalnej moralnej roli katolicyzmu, to w wywiadzie z Żakowskim pokazuje ostatecznie wycieniowany obraz; słusznie zauważa, że religia „nieraz służy zniewoleniu, ale też nieraz prostuje karki i pomaga żyć w godności”. Istnieje w końcu – jak dopowiada – Kościół Rydzyka i Kościół Franciszka, i to ten drugi zdaje się mieć przed sobą lepszą przyszłość.
Michnik nie jest tu wyjątkiem. Podobne życzliwe zainteresowanie Kościołem można dostrzec u wielu innych autorów jego generacji, również u tych kojarzonych z liberalizmem (dobitnymi przykładami są Marcin Król i Paweł Śpiewak).
Wydaje się jednak, że dziś jesteśmy świadkami pokoleniowej zmiany wśród młodych przedstawicieli liberalnej i lewicowej inteligencji. Przez wielu 30- i 40-latków Kościół w Polsce oceniany jest dość jednoznacznie jako instytucja autorytarna, pełna hipokryzji i społecznie szkodliwa.
Oto kilka cytatów z ostatnich miesięcy. W swoim głośnym przemówieniu Leszek Jażdżewski w auli Uniwersytetu Warszawskiego mówił: „Ten, kto szuka transcendencji i absolutu w Kościele, będzie zawiedziony. Ten, kto szuka moralności w Kościele, nie znajdzie jej. Ten, kto szuka strawy duchowej, wyjdzie głodny. Polski Kościół zaparł się Ewangelii, zaparł się Chrystusa”. Historyk i publicysta Adam Leszczyński deklarował: „Nie ma żadnego Kościoła otwartego. Wystarczy odrobinę poskrobać, żeby z kulturalnego i pełnego ogłady katolickiego intelektualisty zeszła politura”. Pisarz Jacek Dehnel: „Michnik nie przyjmuje do wiadomości faktów niepasujących do jego wizji. Nie zauważył, że ten Kościół, który on sobie wymarzył w późnych latach 70. i 80., ani wtedy nie istniał, ani teraz nie istnieje. (…) [dziś] mamy dojrzewający katofaszyzm”. Publicysta i autor powieści Ziemowit Szczerek pisał zaś szerzej o trzech monoteizmach: „tak dawno przestały odpowiadać na jakiekolwiek pytania, tak bardzo nikt ich, poza fanatykami, poważnie nie traktuje, że można je już wysłać tylko na zasłużoną emeryturę. Dobranoc, chrześcijaństwie, judaizmie i islamie”. Tradycję chrześcijańską w Polsce proponuje zaś traktować jak „podbudowę kulturową, kapcie cywilizacyjne, kulturę ważną dla nas tak samo jak baśnie Andersena czy mity greckie”.
Część tych głosów krytycznych wyrasta ze słusznego sprzeciwu wobec niewyjaśnionych skandali pedofilskich w Kościele czy nienawistnego języka wobec osób LGBT (niesławnej „tęczowej zarazy” abp. Jędraszewskiego). Osoby wierzące mogą mieć jednak poczucie, że po drugiej stronie światopoglądowego sporu nie ma wielu ludzi zainteresowanych dialogiem z nimi. Że krytyka Kościoła coraz częściej obejmuje też ironię i dystans wobec religijnej wiary oraz ujmowanie jej w sprymitywizowany sposób. Tym niepokojem na łamach „Więzi” w bloku tekstów pt. Bóg to nie krasnoludekdzielili się niedawno Sebastian Duda i Jerzy Sosnowski. Co ciekawe, i wierzący,…