Subskrybuj
Dr, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, specjalista od współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, autor sześciu książek, m.in.: Russia and China. A Political Marriage of Convenience – Stable and Successful (Opladen–Berlin–Toronto 2017) oraz Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny...

Hongkong nie wierzy łzom

Od czerwca trwa w Hongkongu „rewolucja naszych czasów”. Bardzo chińska i współczesna zarazem. Gdy zaczynały się masowe protesty, świat przecierał oczy ze zdumienia. To kupieckie miasto, do tej pory symbol zarabiania pieniędzy i pragmatyzmu, w spektakularny sposób unicestwia swój wizerunek. Niszcząc stacje metra, siedziby banków i sklepów, demonstranci nie tylko wpędzają Pachnący Port w recesję – unicestwiają także jego markę znaną ze sloganu „światowe miasto Azji”. Robią to całkowicie świadomie.

Zaczęło się od zdrady i morderstwa. Rok temu pewna hongkońska para wyjechała na romantyczną wycieczkę na Tajwan. Kiedy jednak kobieta Poon Hiu-wing wyznała, że jest w ciąży z innym, jej partner Chang Tong-kai wpadł w furię i ją zabił. A także ukradł jej karty kredytowe i po powrocie do Hongkongu wyczyścił konta. Przez to wpadł. Gdy został aresztowany, okazało się, że można mu postawić tylko zarzut kradzieży – o morderstwo nie sposób go oskarżyć z powodu braku prawa ekstradycyjnego pomiędzy Hongkongiem a Tajwanem.

Ktoś może spyta: w czym problem? Luka prawna, trzeba ją tylko uzupełnić. I właśnie tak argumentował hongkoński rząd, czyli administracja specjalnego regionu autonomicznego w ramach Chińskiej Republiki Ludowej. Tyle że ani Tajwan, ani Hongkong nie są zwykłymi podmiotami prawa międzynarodowego. Tajwan to bogate, nowoczesne i sprawne, ale nieuznane państwo, z którym stosunki dyplomatyczne utrzymuje tylko kilkanaście stolic (jedyna istotna wśród nich to Watykan). Reszta krajów wybrała Pekin, podporządkowując się jego zasadzie „jednych Chin”, głoszącej, iż można uznawać dyplomatycznie tylko jedno: albo ChRL, albo Tajwan – nigdy obu. Hongkong stanowi od 1997 r. część Chin i w kwestii Tajwanu nie ma wyboru – także on uznaje Tajpej za stolicę zbuntowanej chińskiej prowincji. A to oznacza, że ekstradycja na Tajwan równa się tej do Chin. To zaś zmienia postać rzeczy, inaczej bowiem wygląda proces sądowy na demokratycznym Tajwanie, a całkiem odmiennie socjalistyczna sprawiedliwość w Chinach Ludowych.

Wiedział o tym rząd hongkoński i wiedzieli jego mieszkańcy. Wszyscy oni, podobnie jak Tajwańczycy, są Chińczykami w sensie etnicznym i kulturowym. Choć różnią się, to posługują się tym samym kodem kulturowym, do którego należy unikanie mówienia wprost i wyłapywanie znaczeń z kontekstu. Tak było i w tym przypadku. Oficjalnie chodziło o wymierzenie sprawiedliwości zwyrodniałemu mordercy w nagłośnionej przez media sprawie. Tak naprawdę jednak istotą sprawy było dalsze dokręcanie śruby w powolnym, acz nieuchronnym procesie kontynentalizacji (chińszczenia) Hongkongu.

Brytyjskie fakty dokonane

W 1997 r. Hongkong wrócił do Chin. Gdy Brytyjczycy odrywali go od Pekinu w 1842 r., był pustą skalistą wyspą, jakich wiele na Morzu Południowochińskim. Gdy pod przymusem go zwracali, był już jednym z najważniejszych i najbogatszych miast na świecie. Hongkong stanowi rzadki przypadek kolonii, gdzie nie wykształcił się ruch antykolonialny. Brytyjskie rządy, z wyjątkiem maoistowskich rozrób w 1967 r., były zasadniczo niekwestionowane. Legitymizacja władzy opierała się na argumentach ekonomicznych (ciągły wzrost gospodarczy, rozwój handlu, spedycji, budowy statków, rosnące operacje finansowe itp.), administracyjnych (sprawność urzędów, brak ingerencji w sprawy obywateli – rząd jak „nocny stróż”), z czasem również społecznych (rosnąca opiekuńczość państwa od lat 60.). Największe znaczenie miał jednak fakt, że większość Hongkończyków wyemigrowała bądź wprost uciekła z Chin: wiedząc, że bywało gorzej, nie kwestionowali brytyjskiej władzy. Hongkong okazał się krzyżówką dwóch najlepszych cech połączonych tu kultur: chińskiej dbałości o rodzinę i popierania swoich oraz brytyjskiej troski o dobro publiczne. Te zalety rzadko idą w parze: Chińczycy lekceważą sferę publiczną, na co narzekał już Konfucjusz, a Brytyjczycy są zbyt indywidualistyczni, by dbać o całe rodziny i klany. W Hongkongu te antynomie się spotkały, co dało wspaniały wynik.

Taki stan rzeczy wszystkim odpowiadał, więc w 1982 r. Margaret Thatcher próbowała przedłużyć dzierżawę miasta i miała ku temu argumenty prawne (tylko Nowe Terytoria, przyłączone w 1898 r. na 99-letnią dzierżawę, musiały być de iure zwrócone, resztę Wielka Brytania uzyskała wcześniej w wyniku dzierżawy wieczystej). Ale Deng Xiaoping nie zamierzał negocjować: zagroził, że wojska chińskie mogą się pojawić w Hongkongu nazajutrz. Po dwóch latach Żelazna dama po cichu ustąpiła. Porozumienie to zawarto w najlepszym (albo najgorszym) XIX-wiecznym stylu koncertu mocarstw, nie pytając o nic społeczeństwo. Brytyjska kapitulacja była jednak honorowa: uzgodniono, że przez 50 lat od przekazania Chinom Hongkongu (tj. od 1 lipca 1997 r. do 30 czerwca 2047 r.) Chińczycy zachowają jego odrębność ustrojową zgodnie z zasadą „jeden kraj, dwa systemy”. Władze Hongkongu sprawowałyby więc rządy samodzielnie, z wyjątkiem polityki obronnej i zagranicznej, a Pekin nie miał naruszać hongkońskich swobód obywatelskich.

Hongkończycy do nich przywykli. W czasach brytyjskich rządy gubernatora były formalnie niemal autokratyczne: wybierał on radę ustawodawczą i miał pełnię władzy, ograniczoną tylko przez mianujący go Londyn. Jednak rzadko władał dyktatorsko: przynajmniej od poł. XX w. normą były koncyliacyjne rządy, konsultacje z hongkońską elitą i szanowanie trójpodziału władzy, w tym sądownictwa. Gubernatorzy postępowali tak z pragmatyzmu: gdyby byli zamordystami, mogłoby dojść do zamieszek i londyński rząd by ich odwołał.

Zanim Hongkong przekazano Chinom, zaczęto go demokratyzować również formalnie. Cynik powiedziałby, że Brytyjczycy i tak nie mieli nic do stracenia (tak traktują to Chiny: jako nieprzestrzeganie umowy z 1984 r. mówiącej o zakazie wprowadzania zmian ustrojowych). Idealista odparłby, że takie były czasy, wszak od poł. lat 80. byliśmy świadkami rosnącego znaczenia praw człowieka w polityce Zachodu.

Niezależnie od punktu widzenia faktem jest, że Hongkong w ostatniej dekadzie rządów brytyjskich przeszedł zasadniczą przemianę. Brytyjczycy zaczęli prowadzić politykę faktów dokonanych, by Chinom trudniej było je potem cofnąć. Szczególne przyspieszenie dokonało się w tym zakresie w czasach rządów ostatniego gubernatora Chrisa Pattena. Znacznie poszerzono prawa obywatelskie, zaś część członków rady ustawodawczej zaczęto po trosze wybierać (resztę nadal mianowano) w wolnych wyborach.

Pełzające schińszczenie

I wtedy, w 1997 r., przyszli Chińczycy z kontynentu. Nic, co było dane, nie zostanie odebrane – deklarował wówczas Pekin. Początkowo wydawało się, że rzeczywiście tak będzie. W ustawie zasadniczej wyznaczającej ramy prawne reintegracji Hongkongu zapisano, że „prawa i styl życia” Hongkongu pozostaną bez zmian. Stwierdzono w niej nawet, że wybory szefa egzekutywy (zastąpił gubernatora na czele władz Hongkongu) docelowo będą się odbywać w wyborach powszechnych (art. 45). Dzięki takim posunięciom ChRL udało się powstrzymać panikę, a biznesmeni, wcześniej przenoszący dla bezpieczeństwa kapitał do Vancouver, zaczęli wracać. Hongkong nadal się rozwijał, pozostając pośrednikiem między Chinami a światem, i wciąż był przysłowiową kurą znoszącą złote jaja. Poza tym oczekiwanie zaprowadzenia rewolucyjnej sprawiedliwości przez Chiny Ludowe zaraz po przejęciu Hongkongu było niemądre: Pekin nie działa jak Moskwa, która protesty spacyfikowałaby bez względu na koszty.

Początkowo więc rzeczywiście nie naruszano wolności Hongkongu… Z czasem jednak pewne sprawy zaczęto doprecyzowywać. Zasadę „jeden kraj, dwa systemy” (będącą unikatem w skali świata) Hongkończycy rozumieli jako utrzymanie swego statusu, ale ChRL traktowała jako pragmatyczny środek do przyłączenia dawnej kolonii. Sam pomysł pierwotnie odnosił się do Tajwanu, wobec Hongkongu zastosowano go później i wynikał z politycznej kalkulacji. Krótko mówiąc: dla Chin ważniejszy jest pierwszy człon tej formuły (jedno państwo), dla Hongkongu drugi (dwa systemy). To dlatego Chiny utrzymały zapisy ustawy zasadniczej w formie niejasnej, a fragmenty dotyczące „dwóch systemów” zrównoważone zostały m.in. zastrzeżeniem sobie prawa do ingerencji w razie buntu, secesji lub zamieszek (jeśli administracja Hongkongu nie jest w stanie sama poradzić sobie z problemami wewnętrznymi, może poprosić o interwencję stacjonujący garnizon chiński) oraz wprowadzeniem zakazu działalności politycznej w regionie i kontaktów z hongkońskimi stowarzyszeniami dla zagranicznych organizacji politycznych (art. 23). Jiang Zemin, sekretarz generalny KPCh w latach 90., uspokajał Hongkończyków, że „woda ze studni i woda z rzeki nie mieszają się”, ale jeden z jego podwładnych, Ganghua Wang, precyzował, że „to zawsze jest chińska woda”.

Hongkończycy umieli czytać między wierszami. Gdy więc w 2003 r. administracja regionu postanowiła wprowadzić przepisy wykonawcze art. 23., co mogłoby skutecznie ograniczyć wolności polityczne i doprowadzić do szykan za działalność polityczną, mieszkańcy wyszli na ulicę. Półmilionowy protest doprowadził do wycofania się z tego pomysłu oraz opóźnionego o dwa lata upadku ówczesnego szefa administracji Tung Chee-hwa. Było to zwycięstwo mieszkańców Hongkongu, ale w Pekinie wyciągnięto z tej lekcji wnioski. Od tego momentu ChRL zaczęła intensyfikować chińszczenie systemu politycznego Hongkongu, ale czyniła to stopniowo, po cichu, niemal niezauważalnie… przynajmniej dla zagranicy.

Pierwszym krokiem była zgoda na większą migrację Chińczyków z kontynentu do strefy Hongkongu, gdzie obowiązują kontrole paszportowe (obcokrajowcy, w tym Polacy, mogą wjeżdżać do Hongkongu na paszport, a do Chin kontynentalnych potrzebują już wizy). Aby wyjechać do Hongkongu, Chińczycy z kontynentu muszą uzyskać specjalne pozwolenie, przy czym od 2003 r. pojawiły się pewne ułatwienia. Liczba Chińczyków z pozostałych części ChRL osiadłych w Hongkongu po 1997 r. wzrosła z kilku procent na początku XXI w. do ok. 12% obecnie. Stanowią oni silne lobby propekińskie, głosując na prochińskie partie i karnie przychodząc na lojalistyczne demonstracje (często są dowożeni autobusami). Są za to, podobnie jak za swoje zdradzające awans społeczny maniery (np. wpychanie się do kolejek), bardzo nielubiani: tylko 28% mieszkańców Hongkongu ocenia pozytywnie Chińczyków z kontynentu.

Do tego dochodzi pogłębiająca się integracja gospodarczo-społeczna: budowanie nowych dróg, przejść granicznych, przepraw promów, ściślejsze zespolenie Hongkongu z miastem Shenzhen (m.in. ich giełd), stworzenie nowej kolei Kanton–Hongkong, promocja języka mandaryńskiego (oficjalnego w Chinach) zamiast lokalnego kantońskiego, a przede wszystkim ogłoszenie projektu Wielkiego Obszaru Zatoki (GBA), powstającego megapolis złożonego z Kantonu, Hongkongu, Makau i kilku innych miast Guangdongu (prowincji Kanton). Cel jest jasny: chodzi o roztapianie unikatowości i autonomii Hongkongu, uczynienie z niego zwykłego miasta chińskiego (różniącego się jedynie szczegółami, takimi jak większy udział handlu międzynarodowego).

Powiązane z tym jest sukcesywne uzależnianie różnych aktorów politycznych, gospodarczych i społecznych Hongkongu od Chin. Handel Hongkongu zależy od handlu z Chinami: współpraca z częścią kontynentalną stanowi 50% jego handlu, z perspektywy ChRL to tylko 7% jej handlu. Pekin ma dużo środków, by promować swoje interesy, i hojnie wynagradza lojalnych, obdarzając ich kontraktami i zamówieniami np. w infrastrukturze. Obecnie obóz propekiński w Hongkongu to: urzędnicy wyższego szczebla (w tym szef egzekutywy), część urzędników średniego i niższego szczebla, partia polityczna DAB, biznesmeni robiący interesy w Chinach, w tym większość miejscowych oligarchów (nazywanych tycoon), wśród nich kluczowi wydawcy mediów (kształtujący pozytywny wizerunek Chin), oraz niektóre organizacje sektora społecznego. Stopniowo ograniczana jest wolność słowa. W 2017 r. hongkońskie uniwersytety przy użyciu siły usunęły tzw. mury demokracji, na których wypisywano antychińskie hasła. Na uczelniach postępuje również dyscyplinowanie środowisk akademickich: nieprzedłużanie umów o pracę, wybór lojalistów na stanowiska decyzyjne, nagonka na prodemokratycznych profesorów czy krytyka wobec wykładowców za „niepilnowanie” zradykalizowanych studentów. Przede wszystkim zaś swobodę wypowiedzi ogranicza się w mediach. Rola „niewidzialnej ręki Pekinu” jest wyraźna: już 8 na 26 mediów pozostaje pod bezpośrednią kontrolą Pekinu. Najbardziej spektakularnym przejęciem było w tym zakresie zakupienie najważniejszego anglojęzycznego dziennika „South China Morning Post” przez Jacka Ma, oligarchę, stronnika Pekinu. Do tego dochodzą inne działania, jak możliwość nieprzedłużania licencji, wycofywanie się reklamodawców, niepokazywanie niektórych wydarzeń, zamykanie krytycznych programów, niewpuszczanie nielubianych zagranicznych reporterów, zwolnienia z pracy miejscowych dziennikarzy, a nawet ich porwania czy pobicia (w tym próba zasztyletowania). To wszystko sprzyja coraz większej autocenzurze. Będące do tej pory ostoją wolności słowa hongkońskie media drastycznie tracą w światowych rankingach. W najbardziej reprezentatywnym z nich, sporządzanym przez Reporterów bez Granic, zajmowały w 2002 r. 18. miejsce na świecie, obecnie są 73. (polskie, dla porównania, plasują się na 59. lokacie). Z czasem granica między działaniami formalnymi a nieformalnymi Pekinu zaczęła się zacierać. Administracyjnie jego wpływ jest ugruntowany poprzez kontrolę administracji Hongkongu, nadzorowanej przez szefa egzekutywy. Ma on ogromną władzę: nominuje na stanowiska, powołuje sędziów, ma prawo łaski i weta wobec decyzji rady ustawodawczej, a nawet możliwość jej odwołania pod niemal jakimkolwiek pretekstem. Szefa egzekutywy wybiera 1200-osobowy komitet, w którym reprezentowane są wszystkie środowiska (np. korporacje, związki zawodowe itp.). Gdyby wybory były powszechne, mógłby wygrać kandydat niezależny, a przy takim mechanizmie nie ma na to szans. W rezultacie zawsze wygrywa ktoś wskazany przez Pekin i każdy kolejny szef egzekutywy jest coraz bardziej propekiński. Jednak ostatnio KPCh jeszcze bardziej zaostrzyła kurs: w 2017 r. szefem egzekutywy mógł zostać John Tsang, polityk propekiński, ale akceptowany przez mieszkańców. Wybrano jednak ultralojalistkę Carrie Lam. Do tego dochodziły inne działania formalne: wszczynanie procesów przeciw przywódcom rewolucji parasolkowej: Alex Chow i Joshua Wong zostali skazani na krótkie kary więzienia,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wierzę, wątpię, odchodzę