Tamtej niedzieli zaparkowałam jak zwykle na parkingu przy krakowskim kościele Franciszkanów. Wąską wybrukowaną uliczką doszłam do pl. Wszystkich Świętych. Tym razem jednak skręciłam w prawo, w Grodzką, zamiast, jak to miałam w zwyczaju przez wiele lat, iść prosto, w stronę gotyckiego kościoła krakowskich Dominikanów.
Po raz pierwszy szłam nie na katolicką mszę, ale na luterańskie nabożeństwo.
*
W latach poprzedzających tamtą niedzielę coraz częściej zdarzało mi się opuszczać msze. Czułam się z tym źle, a mimo to przez długie miesiące odkładałam poważną rozmowę z samą sobą. Najwyraźniej jednak ta rozmowa toczyła się w moich wewnętrznych światach, ponieważ pewnego letniego dnia w zeszłym roku poczułam nagle, że decyzja została podjęta – odchodzę.
Pamiętam dokładnie ten moment – jechałam autostradą pod Krakowem i gdzieś na wysokości krakowskiego os. Bieżanów usłyszałam, jak na głos mówię zdanie: „Ja już nie wrócę do tego kościoła”. Z oczu popłynęły mi łzy; pamiętam ich ciepło.
Odchodziłam z Kościoła katolickiego, ale dalej byłam chrześcijanką.
Tego samego popołudnia napisałam na Messengerze do mojej koleżanki, teolożki, katolickiej feministki Zuzanny Radzik z prośbą o namiar na pastorkę. Wiedziałam, że potrzebuję rozmowy z kobietą-księdzem i że nie znajdę jej w Kościele katolickim. Godzinę później rozmawiałam już z Moniką Zuber, pastorką Kościoła ewangelicko-metodystycznego z Ełku. „Jak mam się zwracać?” – zaczęłam ostrożnie. „Monika” – odpowiedziała. Pamiętam, że stanęła mi wtedy przed oczami ostatnia scena z Truman Show, kiedy Jim Carrey naciska klamkę do innego, prawdziwego świata, którego istnienie przeczuwał, o przedostanie się do którego walczył.
Chociaż wtedy nie rozumiałam, co właściwie się we mnie stało – w dniach poprzedzających tę chwilę nie wydarzyło się nic szczególnego – dzisiaj, kilkanaście miesięcy później, umiem nazwać powody, dla których odeszłam.
*
Spędziłam długie lata w tylnych ławach kościoła. Nawet kiedy siedziałam z przodu, w jakimś sensie siedziałam z tyłu.
Dlaczego? Po pierwsze, byłam kobietą.
Wyobraźcie sobie restaurację, w której oficjalnie panuje zasada, że szefem kuchni nie może zostać kobieta. Może być kelnerką, sprzątaczką, może być kucharką, ale w regulaminie restauracji wyraźnie jest powiedziane, że żeby zostać szefem kuchni, trzeba być mężczyzną. Wyobraźcie sobie firmę, w której kobiety – wedle oficjalnej polityki – nie mogą wejść do zarządu. Szkołę, w której kobieta nie może być dyrektorem. Nie jadłabym w tej knajpie, nie pracowałabym w takiej firmie, nie posłałabym dziecka do takiej szkoły. A jednak przez dziesiątki lat chodziłam do kościoła, który instytucjonalnie zabrania kobietom pełnienia funkcji kapłana, że już o proboszczu, biskupie czy papieżu nie wspomnę. Kobiety stanowią większość ludzi mieszkających w Polsce. Stanowią jeszcze bardziej wyraźną większość wiernych przychodzących co niedzielę do kościołów katolickich w naszym kraju.
Żeby zobaczyć i poczuć, jak głęboko niesprawiedliwe, pozbawione mądrości i niechrystusowe jest to „przykazanie”, musiałam wyjechać daleko i wejść do innego kościoła. Prowadziłam szkolenia dla pracowników organizacji pozarządowych w miasteczku Winnica na Ukrainie. Wczesnym grudniowym wieczorem weszłam do cerkwi. Trwało nabożeństwo. Na kamiennej ambonie stał młody pop i donośnym głosem mówił kazanie. Poniżej, w ciemności rozrzedzonej tylko światłem pojedynczych świec, stał tłum wiernych. Kiedy wpatrzyłam się w ciemność, zobaczyłam, że są to prawie wyłącznie starsze kobiety. I wtedy mnie to uderzyło – kilka tysięcy kilometrów od mojego miasta, na chrześcijańskim nabożeństwie, ale odprawianym w innym obrządku: dlaczego ten młody mężczyzna pogrzmiewa na kilkaset starszych kobiet, mówiąc im, jak mają żyć? Dlaczego one go w pokorze słuchają? Chociaż to one, nie on, przeżyły swoje długie życie, swoje zmagania, wysiłki, porody, poronienia, dziesiątki lat małżeństwa, trudy wychowania dzieci na dobrych ludzi? Dlaczego mężczyzna w wieku mojego młodszego kuzyna poucza kobiety w wieku mojej osiemdziesięcioparoletniej babci? Pamiętam to zdumienie, które przyszło do mnie z tego samego miejsca, z jakiego kilkanaście miesięcy później, na tamtej autostradzie, przyszła decyzja, że nie wrócę do Kościoła katolickiego.
Próbowałam rozmawiać o kapłaństwie kobiet z kilkunastoma księżmi, także erudytami, wykładowcami, profesorami – ludźmi, którzy cytują z pamięci dowolne wersy Starego i Nowego Testamentu, którzy zapełniają uniwersyteckie aule, prowadząc wykłady o łacińskich tytułach, wykładając o Mistrzu Eckharcie, Tertulianie i soborze chalcedońskim. Pytani o kapłaństwo kobiet, zdają się tracić swoje intelektualne moce. Jeden z nich powiedział mi: „Nie przesadzaj”. Inny stwierdził: „Taka tradycja”. Jeszcze inny: „Kobiety są zbyt emocjonalne”. Czekałam na jakiś ciąg dalszy, ale nie nastąpił. Cała głębia intelektualna, świadomość złożoności świata, wyrafinowana argumentacja – dostępna każdemu z tych mężczyzn w salach uniwersyteckich i w panelach dyskusyjnych – nagle znikały. Choć próbowałam drążyć, ze zdumieniem odkrywałam, że drążyć nie ma czego – księża profesorowie nie mieli nic więcej do powiedzenia, bo nie poświęcają sprawie uwagi. Nie muszą. Nie ma mapy tego terenu. Kwestia praw większości wiernych – bo przecież chodzi o prawo, a nie o obowiązek – nie mówimy o tym, żeby jakąś kobietę zmuszać do posługi kapłańskiej, tylko żeby jej to umożliwić; nie mówimy o tym, kto się do czegoś rzekomo mniej bądź bardziej nadaje, tylko o tym, kto decyduje, że jedni mogą stanąć za ołtarzem, a inni nie – no więc ta sprawa, sprawa kapłaństwa kobiet, nie wydaje się poddawana przez księży jakiejkolwiek obróbce intelektualnej.
Kiedy myślę o Kościele katolickim, uderza mnie wykarczowanie z niego, na poziomie strukturalnym, elementu kobiecego. Można by długo debatować, czym jest „pierwiastek kobiecy”, „energia kobieca”, co kobiety wnoszą do świata oraz czy i w jakim stopniu jest to zdeterminowane biologicznie i społecznie. Ale trudno dyskutować z tym, że mężczyźni nie wnoszą tego samego co kobiety – a kobiety nie wnoszą tego samego co mężczyźni. Kobiety stanowią połowę ludzkości – a są prawie całkowicie odcięte od władzy (czyli wpływu) w Kościele katolickim. Grabiąc kobiety z wpływu, Kościół sam się ograbia – z połowy bogactwa, z którego mógłby czerpać. Zakaz kapłaństwa kobiet. Celibat sprawiający, że mężczyźni, którzy są księżmi, nie mają okazji podejmować zadania, jakim jest małżeństwo (w Polsce niestety zastrzeżone dla osób różnej płci). Hierarchiczność, która zawsze oznacza, że ci będący „na górze” po prostu nie słyszą głosu tych „na dole”. Charakterystyczny dla pierwiastka męskiego (według definicji Junga) sposób patrzenia w kategoriach albo-albo. To wszystko zubaża Kościół i, jestem przekonana, wyludnia go.
Kobiety w milczeniu siedzą w kościelnych ławach, spowiadają się, sprzątają na plebanii. Gdzieś na obrzeżach Kościoła rozbrzmiewa głos moich koleżanek i przyjaciółek – katolickich feministek. Ich niestrudzona walka budzi w moim sercu podziw. Ale nie ma we mnie nadziei na zmianę.
Kiedy wpisuję w Google „władze Kościoła w Polsce”, klikam na grafikę, patrzę na kilkudziesięciu identycznie ubranych biskupów – moje trzewia, moja intuicja (zmysł niedoceniany przez hierarchów kościelnych) mówią mi jednoznacznie: ta…