Subskrybuj
Redaktor miesięcznika „Znak”, dr nauk społecznych, tłumacz i popularyzator współczesnej włoskiej filozofii politycznej.

Chrześcijaństwo śpi

Niektórzy uważają, że chrześcijaństwo wciąż jest na początku swoich dziejów, inni, że umiera. Ja sądzę, że chrześcijaństwo jest w trakcie sjesty, że śpi. To jednak ważny czas. Odpoczynek umożliwia podjęcie nowych zadań, pozwala pójść głębiej.

Dwa lata temu opublikowaliśmy w „Znaku” esej Księdza Profesora pt. Dlaczego popieram Franciszka. W zakończeniu pisał Ksiądz o tym, że papieskie gesty należy uzupełnić o wsparcie teologiczne, że potrzebna jest „intelektualna odnowa chrześcijaństwa”. W jakich obszarach jest ona najbardziej pożądana?

Tomáš Halík: Myślę, że papież Franciszek ma wspaniały profetyczny rys i trafne intuicje. Powinny być one jednak rozwijane w obrębie teologii i włączane w duszpasterską praktykę.

W teologii staram się pracować w ramach dyscypliny, którą nazywam „kairologią”. Chodzi mi o interpretację przemian społeczno-kulturowych. To rodzaj teologii procesualnej, związanej z tym, jak Bóg działa w historii. Jej zadaniem jest odczytywanie „znaków czasów”, w taki sposób, by wzbogacały one naszą teologię społeczną.

 

O jakie „znaki czasu” chodzi?

Papież Franciszek zachęca, po pierwsze, do zwrócenia uwagi na ludzi, którzy są na marginesie. Ja staram się koncentrować na tych, którzy są na obrzeżach tradycyjnej religijności. Współcześnie wielu ludzi odchodzi z Kościoła bądź zachowuje wobec niego dystans. Często nie są to jednak ateiści, ale ludzie poszukujący. Spada liczba tych, którzy identyfikują się z kościelnym nauczaniem. Jednocześnie, mam wrażenie, spada liczba dogmatycznych ateistów. Niektórzy to „apateiści”, czyli ci „apatyczni”, obojętni w kwestiach religii, ale wielu określających się jako „niereligijni” czy „niewierzący” to w rzeczywistości duchowi poszukiwacze. Staram się rozwijać myśl teologiczną, która odzwierciedla ich doświadczenie. Sądzę, że to ważne narzędzie dla dialogu z tzw. niewierzącymi.

Dialog między wiarą a niewiarą nie odbywa się dziś pomiędzy dwoma obozami, lecz toczy się – świadomie bądź nie – w sercach i umysłach wielu ludzi, którzy są simul fidelis et infidelis, jednocześnie wierzący i niewierzący.

 

O nich pisał Czesław Miłosz: „miejcie zrozumienie dla ludzi słabej wiary / ja też jednego dnia wierzę, drugiego nie wierzę”.

Drugą inspiracją, która wypływa z nauczania Franciszka i na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest wspaniała metafora Kościoła jako szpitala polowego. Myślę, że dobry szpital powinien działać na kilku obszarach. Ważne są zarówno diagnoza (temu służyć ma w teologii wspomniana „kairologia”), prewencja (Kościół może wraz z mediami i uczelniami współtworzyć system immunologiczny wobec infekcji moralnych pokroju współczesnego populizmu), jak i terapia czy rehabilitacja. Zwłaszcza w społeczeństwach, które cierpiały z powodu dyktatur i konfliktów zbrojnych, w których jest wiele traum i ran z przeszłości, pojawiają się żądania rewanżu. Kościół może pomóc w uleczeniu tych ran, pogodzeniu ludzi, którzy muszą razem żyć w jednym społeczeństwie. Wierzę, że może to być wielkie zadanie Kościoła, bo w końcu specjalizuje się on w dziedzinie wybaczania i pojednania.

 

Cóż, nie zawsze to jednak widać w naszym życiu codziennym. Czy ta „intelektualna odnowa chrześcijaństwa” powinna koncentrować się na kwestiach społeczno-politycznych czy sięgać też głębiej do pytań o nasz obraz Boga bądź kwestii chrystologicznych?

Z pewnością musimy sięgać aż do fundamentów. Staram się myśleć o Bogu działającym w historii i poprzez nią. Sądzę więc, że dzieje chrześcijaństwa można interpretować podobnie do tego, jak Carl Gustav Jung opisywał ludzkie życie, porównując kolejne jego etapy do różnych momentów dnia. Poranek to czas młodzieńczy, okres rozwoju, nawiązywania relacji i wyboru swojej społecznej roli, potem przychodzi kryzys połowy dnia, a popołudnie to moment na to, by zanurzyć się w głąb. Z Kościołem jest podobnie. Czasy przednowożytne to poranek chrześcijaństwa, okres tworzenia instytucji, struktur, doktryny, później nadszedł nowożytny kryzys tradycyjnego chrześcijaństwa i postępy sekularyzacji, a dziś – jak sądzę – żyjemy w dobie „popołudnia chrześcijaństwa”. Musimy zejść głębiej, przemyśleć przemiany sekularyzacyjne jako szansę na oczyszczenie religii, przemyśleć je przez pryzmat tego, że to Bóg działa w historii.

W chrystologii staram się zaś rozwijać ideę „ciągłego zmartwychwstania”. Owo resurrectio continua nawiązuje do tradycyjnej idei creatio continua, Boga, który ciągle stwarza, podtrzymuje w istnieniu świat. We współczesnym kryzysie chrześcijaństwa dostrzegam mistyczne uczestnictwo w Wielkim Piątku, gdy Chrystus wołał z krzyża: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”. Zmartwychwstały Chrystus jednak powraca do uczniów, przekształca doświadczenie śmierci. Tak samo kryzys i śmierć nie są ostatnim słowem współczesnego chrześcijaństwa, musimy raczej wypatrywać zmartwychwstania, Chrystusa, który powraca do nas, ale inny niż ten, do którego przywykliśmy. Musimy szukać Chrystusa anonimowego, którego poznamy po jego ranach. Resurrectio continua płynie przez historię niczym podziemna rzeka, która czasami wypływa na powierzchnię, jak w nawróceniu Pawła bądź Augustyna, w doświadczeniu metanoi bardzo wielu ludzi. Oni wszyscy uczestniczą w zmartwychwstaniu, żywy Chrystus obecny jest w ich życiu.

 

W Środowisko „Znaku” zawsze istotną część swojej misji widziało w publikacji ważnych tekstów teologicznych. W czasach Vaticanum II pojawiały się w naszym piśmie artykuły m.in. Yves’a Congara, Karla Rahnera, Edwarda Schillebeeckxa. Dziś, niestety, mamy wrażenie, że jednym z bardzo niewielu teologów, których słowa rezonują z doświadczeniem współczesnych ludzi, jest Ksiądz Profesor. Czy problem tkwi w teologii czy w nas, w tym, że za słabo szukamy odpowiednich autorów?

Podziwiam tę transmisję idei do polskiego Kościoła, ponieważ nic podobnego nie dokonało się w Czechosłowacji. Nasi księża właściwie nie mieli możliwości, by zapoznać się z koncepcjami teologów, którzy inspirowali Vaticanum II. Akceptacja dla reform była u nas bardzo powierzchowna, ponieważ bez znajomości intelektualnego kontekstu trudno było je w pełni zrozumieć.

W Polsce, niestety – mimo większej dostępności książek owych słynnych teologów – pełna świadomość soborowych zmian też była ograniczona do nielicznych środowisk.

W Czechosłowacji do wyjątków należeli ci duchowni, którzy spędzili czasy prześladowań w więzieniach czy obozach koncentracyjnych, gdzie spotkali ewangelików bądź świeckich humanistów i zobaczyli, że mają z nimi wiele wspólnego. To był spontaniczny ekumenizm. Ci księża, przebywając w więzieniach, byli przekonani, że jeśli Kościół kiedyś stanie się wolny, to musi być Kościołem otwartym, pozostającym w dialogu ze społeczeństwem i innymi wyznaniami. Gdy zostali wypuszczeni na wolność w późnych latach 60., dostrzegli, że ich marzenia zbiegają się z dążeniami soborowymi. W latach 80. na seminariach w prywatnych mieszkaniach mieliśmy okazję spotykać się z zachodnimi teologami, którzy przyjeżdżali jako turyści do Pragi. Byli wśród nich Christoph Schönborn, Walter Kasper, J.B. Metz czy Hans Küng. Spotykaliśmy się też z filozofami: Charlesem Taylorem, Paulem Ricoeurem i Jacquesem Derridą. W tych kręgach, do których należałem, soborowe idee mogły zapuścić korzenie.

Wracając do współczesności – wielkim problemem akademickiej teologii jest jej specjalizacja. Wiele książek pisanych jest przez profesorów teologii dla swoich kolegów, innych teologów. Po drugiej stronie znajduje się zaś literatura pobożnościowa. Wydaje mi się, że brakuje dziś czegoś „pomiędzy” tymi skrajnościami, brakuje teologicznych eseistów. W przeszłości wybitni teologowie, tacy jak Karl Rahner czy Romano Guardini, obok prac akademickich pisali też eseje dla osób spoza księżowskiego środowiska czy spoza Kościoła. Dziś takich osób jest niewiele.

 

Którzy współcześni autorzy mimo to są dla Księdza inspiracją?

Na pewno filozof religii Richard Kearney, Irlandczyk pracujący w Boston College, który rozwija ciekawą ideę „anateizmu” – powrotu do wiary po doświadczeniu ateizmu. Wspomniany już Charles Taylor, który jest jednym z największych myślicieli współczesnych i z którym łączą mnie też osobista więź i przyjaźń. Inspiracją do pisania pomiędzy bardzo specjalistyczną teologią a literaturą są też autorzy postmodernistyczni jak John Caputo czy Gianni Vattimo, choć często ich teksty nie są jednak wystarczająco przystępne dla szerszej publiczności.

 

A gdyby miał Ksiądz wybrać jedną teologiczną propozycję – współczesną bądź klasyczną – która trafiałaby w nasz kairos, to co by to było?

Najwyższy czas na ponowną lekturę chrześcijańskich mistyków. Podziwiam Mistrza Eckharta, który był nie tylko mistykiem, ale również wspaniałym teologiem, a także Jana od Krzyża. Staram się przenieść jego pojęcie nocy duchowej z poziomu jednostkowego doświadczenia do dziejów chrześcijaństwa. Myślę, że są epoki, które można nazwać kolektywną nocą duchową. Mistycyzm w połączeniu z teologią apofatyczną stanowi alternatywę dla scholastyki i sądzę, że możemy odczytać go na nowo w kontekście myśli postmodernistycznej.

 

Przejdźmy od teologii do spraw duszpasterskich. Niedawno zakończony Synod Amazoński analizował m.in. możliwość święceń dla żonatych mężczyzn (viri probati) i nowej roli kobiet we wspólnocie. Choć papież nie wyraził dotąd zgody na święcenie viri probati, to dyskusja trwa. W podziemnym Kościele komunistycznej Czechosłowacji bp Felix Davidek święcił żonatych mężczyzn i kobiety. Czy był to według Księdza profetyczny gest i inspiracja dla współczesności czy wyłącznie konsekwencja dramatycznej dziejowej sytuacji?

Działania bp. Davidka były reakcją na ówczesną sytuację. Przy czym uważam, że jego diagnoza polityczna była fałszywa. W latach 70. spodziewał się, że mogą wrócić prześladowania Kościoła na miarę tych z okresu stalinizmu, stąd jego śmiałe decyzje. Nie znałem go osobiście, ale z relacji wiem, że był szczególną osobą: balansował między geniuszem a szaleństwem – jak wiadomo, niełatwo między tymi dwoma stanami wytyczyć precyzyjną granicę.

Musimy jednak dziś z pewnością mierzyć się z tymi kwestiami. Nie tylko ze względu na brak księży w pewnych regionach świata, ale także z tego powodu, że skandale seksualne w Kościele mają pewien związek z celibatem (choć z całą pewnością nie jest to jedyna ich przyczyna). Uważam, że nadszedł czas, aby celibat powrócił tam, gdzie się narodził, czyli do życia monastycznego. Energia seksualna może zostać przekształcona w energię duchową, ale to bardzo trudny proces i zwyczajne seminarium nie jest zwykle w stanie tego nauczyć. Może to się łatwiej udać w klasztorze. Znaczenie ma też istnienie monastycznej wspólnoty, ponieważ celibat to nie tylko problem z seksualnością, ale także z izolacją i samotnością księży. Moim zdaniem naszedł też czas na święcenie viri probati. Celibat może zostać dla mnichów, misjonarzy czy ludzi żyjących w szczególnym rytmie – takich jak ja, którzy ciągle podróżują po świecie, a przez to nie mogą wieść zwykłego rodzinnego życia. Dla większości parafialnych księży lepsze byłoby życie w rodzinie, doświadczenie bycia mężem i ojcem. Nie możemy też zmarnować charyzmatu, który Bóg dał kobietom. Spotkałem wiele kobiet pracujących w protestanckich kościołach i podziwiam ich styl pracy duszpasterskiej i głoszenia Słowa. XIX-wieczny Kościół stracił klasę robotniczą, bo nauka społeczna Kościoła pojawiła się zbyt późno, w czasie kampanii antymodernistycznej stracił wielu intelektualistów, a teraz traci kobiety, które stanowią filar Kościoła. Myślę, że wiek XXI będzie wiekiem kobiet. Istnieją wspaniałe kobiety działające w polityce, w życiu publicznym: Angela Merkel czy prezydent Słowacji Zuzana Čaputová. Uważam, że kobiety…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Duchowe  światy Olgi Tokarczuk