Niedawno na urodzinach naszej koleżanki kilka osób zaczęło opowiadać sobie o tym, jak nadają modelowi językowemu, z którego korzystają, imię i płeć, żeby czuć, że jest im „bardziej bliski”. Ile razy sami słyszymy, że „AI coś wymyśliło”? Albo „wymyśliła” lub „wymyślił”, bo tu zgody nie ma. Sam model językowy, kiedy wpisujemy do niego zadanie, zanim wygeneruje odpowiedź, wyświetla przecież taki komunikat (dosłownie: „myślę”). Nowy słownik wszedł również do potocznej mowy, bo o maszynach symulujących funkcje ludzkiego intelektu trudno nam mówić inaczej, niż je antropomorfizując. Joshua Rothman w tekście What’s Happening to Reading? pytał na łamach „New Yorkera”, czy sztuczna inteligencja (AI) czyta książki, skoro operuje pozyskaną z nich treścią. Czy rzeczywiście nasze czytanie od maszynowego, jak sugeruje Rothman, różni się jedynie tym, że jesteśmy poruszeni przez czytane treści, bo – w odróżnieniu od modelu językowego – mamy emocje, a „nasze serca mogą przyspieszyć z napięcia”? Czy rzeczywiście to, iż w pewnych aspektach czytania AI nas przewyższa, oznacza, że sztuczna inteligencja „osiąga nadludzki poziom”? Nie jesteśmy co do tego przekonani. Stawiane w ten sposób pytania wpisują się jednak w pewną tendencję i wynikają z zamętu wokół pojęć i metafor filozoficznych, za pomocą których AI jest charakteryzowana.
We wrzawie medialnej wokół tematu przypisywanie maszynom obliczeniowym atrybutów myślowych, takich jak świadomość, sprawczość czy autonomia, stało się powszechne (słyszymy o „świadomej AI”, „autonomicznej AI”, „nadludzkiej AI” czy o „superinteligencji”). W przypadku sprawczości i autonomii pojęciowy zamęt może wynikać z pomieszania potocznego użycia słów z zawężonym i precyzyjnym znaczeniem, które tym samym słowom nadaje się w języku naukowo-technicznym. Przypadek czytelniczych zdolności AI wydaje się podobny. W końcu czytniki CD też „czytają”, w matematyce też się interpretuje, a językiem w informatyce jest właściwie wszystko, tylko co z tego? Ale mówienie o „świadomej AI” lub sięganie po metaforę „nadczłowieczeństwa” do opisu skuteczności systemów obliczeniowych, podobnie jak pochodzące od informatyków z firmy OpenAI wrzutki o tym, że ChatGPT „to coś więcej niż kod” i że „powstaje inteligentniejszy od nas gatunek”, należy już uznać za informatyczny odlot. A przede wszystkim za konsekwentnie realizowaną strategię biznesową, która utrzymuje ruch w interesie, przyciągając uwagę medialną i pieniądze inwestorów.
Pytania o czytanie – o jego funkcję, potrzebę i sens – w erze AI będą tym trafniejsze, im szybciej uporządkujemy ten pojęciowy zamęt, ale też oduczymy się romantyzować tę czynność, przyjmując nowe linie obrony czytelnictwa. Powszechny dostęp do generatorów tekstów wymusza na nas usytuowanie tych pytań w kontekście szerszym niż kultura literacka i jej dyskursy. No i ostatnie, równie istotne, o ile nie największe wyzwanie: uznanie faktu, że AI ma o wiele więcej wspólnego z brzydkim słowem na literę „k”, niż powszechnie się o tym mówi. Przyszłość czytania zależy od tego, na ile będziemy potrafili wyciągnąć z tego faktu polityczne wnioski.
Romantyzowanie czytania
Choć czytanie sporo dla nas obojga znaczy i jest wartością samą w sobie bez względu na przemiany technologiczne, nie będziemy tutaj łączyć go z literaturą. Nie będziemy mówić również o prawach twórców w sieci, choć nam na nich zależy. Będziemy natomiast mówić o percepcji tekstu, która zmienia się pod wpływem środowiska cyfrowego jako środowiska poznawczego. Dlatego że rozmowa o tym, co dzieje się z czytaniem i pisaniem, nie może być dzisiaj tylko rozmową o życiu / rynku literackim, trendujących gatunkach, o tym, co lepiej czytać ani jakie są spadki lub wzrosty czytelnictwa. A przynajmniej nie powinna być jedynie o tym, jeśli ma do czegoś prowadzić w sytuacji, w której AI przekształca nasze praktyki czytelnicze i funkcje poznawcze wynikające z piśmienności.
Oboje dorastaliśmy w świecie, w którym zamiłowanie do czytania było – choć tylko jednym z wielu i niekoniecznie najważniejszym – czynnikiem naszych awansów z klasy ludowej do średniej, umożliwiając nam przy okazji, z racji wykonywanych zawodów, funkcjonowanie w polu intelektualnym lub literackim. Ale czy w 2025 r. zamiłowanie do czytania może wciąż być taką dystynkcją? Mamy co do tego poważne wątpliwości. Po pierwsze, dlatego że wielu młodych ludzi nie ma szans, aby do klasy średniej – w znaczeniu zarabiania godnej pensji, stabilnych warunków pracy, a także możliwości jej znalezienia w zgodzie z własnymi aspiracjami – awansować, przed czym ekonomistki (m.in. Elżbieta Mączyńska) przestrzegają od co najmniej dekady. Po drugie, dlatego że powszechny dostęp do modeli językowych obnażył to, co było widoczne przed ich upowszechnieniem: kulturowy status czytania jako czynności uchodzącej za atrakcyjną i pożądaną wyraźnie zmalał.
Mimo to wierzymy, że czytanie wciąż może być emancypujące. Inaczej jednak niż kiedyś. Nie chodzi już o tę emancypację, którą my sami, do pewnego stopnia, wyczytaliśmy sobie z książek. Wiele tekstów zmieniło nasze życie, postrzeganie spraw, dodało nadziei, wytrąciło z pewności, wkurzyło, wzruszyło i ukształtowało światopogląd, a także pozwoliło poznać światy, do których nie mamy dostępu. Dlatego zdarza nam się romantyzować nasz stosunek do literatury, od prozy i poezji po eseje filozoficzne i teksty teoretyczne. Dzięki nim mogliśmy czuć wewnętrzną spójność, łączyć własne życie z lekturą w ten subtelny i uwznioślający codzienność sposób – gdy jakaś książka przychodziła akurat wtedy, gdy była potrzebna, i rozświetlała myśli. To się pewnie nie zmienia, choć ewoluuje. Wiemy jednak, że emocjonalny opis osobistego stosunku do książek nie trafia do kogoś, kto ma zacząć czytać lub odkryć czytanie na nowo po tym, gdy przestał sięgać po teksty drukowane i musi się tego ponownie nauczyć.
Dzisiejsze wyzwanie polega na tym, aby inaczej dobierać argumenty w obronie czytelnictwa, czerpiąc je nie tylko z kultury literackiej samej w sobie. Nie stawiając temu czoła, podzielimy się na obozy tych przekonanych o transformacyjnej mocy literatury i jej wyjątkowym statusie pośród innych sztuk oraz tych, którzy nic z takiej mowy nie rozumieją i scrollują dalej. Czytanie jest niezbywalnym elementem dobrego życia, może budować wspólnotę i tworzyć przestrzenie rozmowy, ale w 2025 r., na najbardziej fundamentalnym poziomie, ma ono związek z kształtowaniem umiejętności poznawczych, które dzisiaj, w chaosie pojęciowym wokół AI, wielu ochoczo przypisuje maszynom. Gra toczy się o to, żeby tych umiejętności nie stracić, a nie o to, aby ludzie więcej czytali ilościowo – choć byłby to oczywiście dobry skutek uboczny.
Nowa nauka o czytaniu
To, że czytanie drukowanych tekstów wpływa na funkcjonowanie mózgu, jest dobrze dowiedzione na gruncie neuronauki i powiązanych z nią nauk kognitywnych. „Umiejętność czytania i pisania drastycznie zmienia mózg – dosłownie!” – pisze w książce Reading in the Brain. The Science and Evolution of a Human Invention Stanislas Dehaene (cytujemy go tutaj za literaturoznawczynią N. Katherine Hayles i jej równie dobrą pracą How We Think. Digital Media and Contemporary Technogenesis). Francuski neurobiolog przypomina badania z udziałem 12 dorosłych Portugalek, opisane w artykule opublikowanym w 1998 r. Wszystkie z nich pochodziły z tego samego środowiska społecznokulturowego i wychowywały się w rodzinach, które były zbyt biedne, by rodzice mogli posłać wszystkie dzieci do szkoły (sytuacja dość powszechna w Portugalii lat 30. XX w.). W rezultacie do szkoły szła tylko młodsza z sióstr, podczas gdy starsza zostawała w domu i opiekowała się najmłodszym rodzeństwem. Poddając badaniu przy użyciu technik obrazowania pracy mózgu sześć par takich piśmiennych i niepiśmiennych sióstr, naukowcy poprosili je, aby powtarzały te same portugalskie słowa, z których część nie miała sensu. W trakcie badania zaobserwowano, że siostry niepiśmienne miały trudność w powtarzaniu bezsensownych słów. Zamiast wiernie je powtarzać, odczytywały je jako słowa już im znane: capeta jako cabeza (głowa), travata jako gravata (krawat). Obrazowanie pokazało, że w momencie gdy je słyszały, w ich mózgach nie aktywowały się te same obszary co w mózgach piśmiennych sióstr, które nie miały problemów z wiernym powtórzeniem tego, co słyszały.
Badania dowiodły więc, że zdolność rozumienia składników języka mówionego (jego struktur fonemicznych) ulega wzmocnieniu w przypadku mózgu piśmiennego. Mózg piśmienny mobilizuje znacznie więcej zasobów lewej półkuli niż mózg niepiśmienny nawet wtedy, gdy słuchamy jedynie mowy. Jednocześnie czytanie nie tylko wykorzystuje i wzmacnia wrodzoną specjalizację lewej półkuli (odpowiedzialnej za funkcje związane z mową i pisaniem). Usprawnia również współpracę z prawą półkulą (odpowiedzialną za funkcje takie jak kreatywność, wyobraźnia, intuicja czy myślenie abstrakcyjne). To dlatego umiejętność czytania i pisania ma fundamentalne znaczenie w procesie uczenia się, o czym francuski neurobiolog pisze z kolei w książce Jak się uczymy? Dlaczego mózgi uczą się lepiej niż komputery… jak dotąd. Mówiąc krótko, umiejętność czytania reorganizuje mózg i wpływa na jego historię w wymiarze epigenetycznym, czyli powiązanym z czynnikami środowiskowymi (naturalnymi, kulturowymi i technicznymi).
Od F do I?
Nie popadając w „neurocentryzm”, warto wnieść taką perspektywę do publicznej dyskusji o czytaniu, ponieważ przybliża nas ona do precyzyjniejszego rozumienia tego, co może się dziać z naszymi mózgami czytającymi w zetknięciu z systemami AI, a z pewnością do tego, co dzieje się z nimi w sieci. Bo również to warto odnotować: systemy AI stały się powszechnie dostępne w sieci, której architektura, podobnie jak ilość wytwarzanych informacji i ich natura, zmieniła się nie do poznania wraz z ultraszybką ewolucją mediów społecznościowych. Choć przypominanie o tym może wydawać się oczywiste, w przypadku umiejętności czytania i pisania ma to kolosalne znaczenie.
Tak jak neuronauka potwierdza, że czytanie reorganizuje pracę mózgu i aktywizuje jego obszary, tak równie mocne są dowody na to, że proces cyfryzacji naszego środowiska poznawczego niesie za sobą zmiany w funkcjonowaniu mózgu, a architektura tego środowiska i jego przesycenie informacjami wymuszają nowe wzorce czytania. Dobrym przykładem może tutaj być tzw. wzorzec F (F-pattern), który pokazuje, jak czytamy w internecie. Opisał go duński informatyk i projektant interfejsów użytkownika Jakob Nielsen, gdy media społecznościowe dopiero raczkowały. Przeprowadzone przez jego firmę Nielsen Norman Group badania eye-trackingowe pokazały, że gdy czytamy strony internetowe, ruch naszych gałek ocznych przebiega po schemacie litery F: po pierwszej linii poziomej (nagłówek i menu), po drugiej linii poziomej (krótszej od pierwszej, na której znajduje się początek tekstu), by następnie przesuwać się w dół po linii pionowej i skanując jedynie początkowe słowa w kolejnych linijkach.
Czego to dowodzi? Przynajmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze, nasz wzrok zaadaptował się do czytania po schemacie litery F, aby móc pełnić funkcję poznawczą w informacyjnie przeciążonym środowisku. Z ekranu (nie mówimy tutaj o czytnikach) nie czytamy tak samo jak z książki, bardziej przeglądając, niż czytając wyświetlającą się treść, a tekst internetowy – o czym wie każda projektantka interfejsów – ma inną strukturę niż tekst drukowany. Współcześni projektanci muszą dopasować teksty do nowych wzorców czytania, używając do tego celu różnych technik (wypunktowania tekstu, podtytuły, krótkie akapity, krótsze zdania i tworzenie treści łatwych do przejrzenia wzrokiem).
Po drugie, media społecznościowe, z uwagi na fakt, że domyślnym sposobem ich przeglądania jest scrollowanie lub, jak w przypadku TikToka, bierne poddawanie się strumieniowi krótkotrwałych i hipnotyzujących treści wyświetlanych automatycznie, wzmocniły wzorzec F. Można wręcz zaryzykować tezę, że przekształciły go we wzorzec I: przebiegamy wzrokiem w dół po komunikacie. Potencjał poznawczy takiego wzorca wydaje się bardzo niski. Zwłaszcza jeśli staje się on dominujący i niezależny od tego, jakie treści podpowiada nam spersonalizowany algorytm. Tutaj nie chodzi już o selekcję treści (jako użytkownicy sterowani „niewidzialną ręką algorytmów” mamy na nią zresztą niewielki wpływ), lecz o tryb (nie)czytania. Warto o tym pamiętać, chcąc zadbać o higienę umysłu.
Technologiczna dojrzałość
Trudno oczekiwać, że młode osoby, które w cyfrowym środowisku poznawczym nie mogły nabyć nawyku czytania dłuższych i bardziej zaawansowanych tekstów, zyskają ten nawyk, używając AI. Bardziej prawdopodobne jest natomiast to, że AI zintensyfikuje wszystkie patologie poznawcze splatformizowanej sieci, dorzucając do nich nowe.
Wypracowanie skutecznych rozwiązań tych problemów wiąże się z dążeniem do osiągnięcia technologicznej dojrzałości, niemającej nic wspólnego z wiekiem (można być niedojrzałym technologicznie dorosłym), lecz oznaczającej świadomość tego co, robią z nami technologie i co my możemy zrobić z nimi. Jak wynika z raportu Pokolenie AI. Jak młodzież korzysta ze sztucznej inteligencji, powstałym na podstawie badania przeprowadzonego w listopadzie 2024 r. z inicjatywy Fundacji IT Girls, młodzież oczekuje odpowiedzialnego podejścia do rozwoju i stosowania AI. 53% młodych respondentów biorących udział w badaniu opowiedziało się za wprowadzeniem regulacji, które zobowiązałyby firmy tworzące modele językowe do ujawniania danych wykorzystywanych podczas ich trenowania. Widzą więc coś, co często umyka dorosłym politykom decydującym o kształcie polityk publicznych. O naszych rodzimych rekinach biznesu, którzy regulacje nazywają „kagańcem dla innowacji”, nie wspominając.
Etyka w zakresie danych przetwarzanych przez modele językowe to jednak nie wszystko. W kontekście umiejętności piśmienno-czytelniczych równie ważne jest osadzenie AI w szerszym kontekście psychospołecznym. Dojrzałość technologiczna to również postawa etyczna – etos polegający na świadomym odstąpieniu od korzystania z modeli w sytuacjach, które są poznawczo niekorzystne. Takich ram etycznych firmy za nas nie ustalą, bo nie zależy im przecież na tym, abyśmy mniej korzystali z modeli językowych, a tym samym więcej pisali sami i komunikowali się ze sobą. Wręcz przeciwnie. Firma OpenAI opracowała nawet przewodnik dla uczniów i studentów o tym, jak pisać z pomocą ChatGPT. Jego autorzy przekonują nawet, że ChatGPT nadaje się również do tego, aby prowadzić z nim dialog sokratejski.
Dopytywanie o wpływ AI na nas – na to, jak czytamy i piszemy, gdy świadomie nie korzystamy z modeli lub używamy ich w sposób krytyczny – to jedyna droga do samowiedzy i uodpornienia się na taką propagandę. Świetnym przykładem demontażu fałszywych założeń, na którym ona się opiera, jest przewodnik o tym, jak nie pisać z ChatGPT (A Student’s Guide to Not Writing with ChatGPT), autorstwa Arthura Perreta, francuskiego badacza specjalizującego się w naukach o informacji. Pytania o to, czy AI wzmacnia nasze myślenie, czy je osłabia, pisząc za nas, pisząc z nami lub streszczając dla nas teksty, będą zawieszone w próżni, jeśli nie towarzyszą im pytania o to, kto, gdzie i do jakich celów jej używa.
AI jako właściwość kapitału
Czas jednak odkryć karty. Brzydkie słowo na „k”, które zaanonsowaliśmy na początku tekstu, to kapitał. To ono pozwala nam zrozumieć, co, kto i dlaczego chce, żebyśmy używali modeli, pracując więcej, produktywniej i szybciej.
Generatywna sztuczna inteligencja jest właściwością skomputeryzowanego kapitału i jeśli w czymkolwiek nas zniewala, to jedynie jako jego właściwość. Zniewolenie bierze się stąd, że skomputeryzowanym kapitałem staliśmy się również my. Jesteśmy żywą częścią infrastruktury informacji, którą tworzą połączone w sieć mózgi i pracujące w tych mózgach biologiczne maszyny.
Owszem, w tym połączeniu drzemie również wyzwalający potencjał. Ale można go przebudzić i przekuć w konkretne działania tylko wtedy, gdy organizację tej infrastruktury wyobrazimy sobie inaczej niż na kapitalistyczną modłę, odrzucając charakterystyczny dla niej kult produktywności, którą AI – jak głoszą jej entuzjaści – ma zwiększać. Jaki ma to związek z czytaniem? Taki, że w późnokapitalistycznym języku produktywności czytania obronić się po prostu nie da. Jest zbyt kosztowne względem ewentualnych korzyści, a przede wszystkim zbyt czasochłonne, podczas gdy czasem, podobnie jak wszystkim innym od ciała i zdrowia po emocje, relacje i projekty na życie, trzeba „zarządzać” jak kapitałem…