Subskrybuj
Dr historii, autorka książki Przemoc i honor w życiu społecznym wsi na Mierzei Wiślanej w XVI–XVII wieku (2021), obecnie związana z Uniwersytetem w Uppsali

Małe wielkie historie

W mikrohistoriach przedmiotem analizy staje się człowiek zapomniany przez wielką historię, któryw końcu przemawia własnym głosem.

Historia, której uczyliśmy się w szkole, to była głównie opowieść o „wielkich” mężczyznach: królach, dowódcach, papieżach itd. „Zwykli” ludzie, o ile w ogóle się w tej narracji pojawiali, to tylko jako ciemna, zależna od innych, anonimowa masa. Historycy, którzy chcieli dowiedzieć się więcej o życiu niższych warstw społecznych, sięgali głównie po źródła statystyczne, w których jednak doświadczenia jednostkowe giną. Nawet w popularnym ostatnio w Polsce nurcie „historii ludowej” chłopi są często postrzegani jako masa, uciemiężony „lud”. O tym, jak jednostki odbierały świat w odległej przeszłości, uczyliśmy się na języku polskim, ale znów byli to wyłącznie wybitni mężczyźni: wielcy myśliciele, mistrzowie słowa, wieszcze. Ich punkt widzenia uznawano za reprezentatywny dla czasów, w których żyli. Nikt nie stawiał wtedy pytania, czy „chłop renesansu” albo jeszcze lepiej „chłopka renesansu” myśleli podobnie do Jana Kochanowskiego. Niektórzy zakładają, że nie, bo przecież „prości” ludzie nie zawracali sobie głowy głębszymi rozważaniami. A co, jeśli przemyślenia młynarza okażą się równie fascynujące jak niejednego mędrca, a losy chłopa w XVI w. nie mniej emocjonujące niż legendarnego bohatera?

Wizja świata pewnego młynarza

„Wszystko było chaosem, czyli ziemia, powietrze, woda i ogień razem przemieszane; i to wszystko utworzyło jedną masę, tak właśnie jak wyrabia się ser z mleka, i w niej powstały robaki, były to anioły; z woli Najświętszego Majestatu stały się one Bogiem i aniołami; a wśród tych aniołów był także i Bóg, stworzony również z tej samej masy w tym samym czasie, i uczyniony został panem, a przy boku miał czterech kapitanów: Lucivella, Michała, Gabriela i Rafaela” (tłum. R. Kłos) – tak brzmiała kosmogonia Domenica Scandelli zwanego Menocchio, młynarza z małego miasteczka u stóp Alp. Menocchio miał już 52 lata, kiedy w 1582 r. stanął przed Świętym Oficjum, by wytłumaczyć się ze swoich bluźnierstw. Od wielu lat był znany w okolicy z odważnych poglądów, przy czym nie bał się objaśniać swojej wizji świata także duchownym, a nawet samych sędziów gotów był „zadziwić tym, co ma do powiedzenia”. A do powiedzenia miał wiele, np. to, że „niebo, ziemia, morze, powietrze, otchłań i piekło, wszystko jest Bogiem, i my też jesteśmy bogami”. Był to panteizm zaskakujący jak na XVI-wieczną rzeczywistość. Menocchio nie był jednak byle dziwakiem czy człowiekiem niespełna rozumu: prowadził udaną działalność gospodarczą, pełnił funkcję lokalnego urzędnika, utrzymywał wiele znajomości, był lubiany. Część jego poglądów nie była wcale aż tak oryginalna, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka: to, że sakramenty poza Eucharystią są wymysłem ludzi, że każdy może być kapłanem bez otrzymywania święceń, że Chrystus był człowiekiem, podzielały grupy anabaptystyczne, których trzon stanowili właśnie „zwykli” mieszkańcy miast i wsi obu płci w różnych zakątkach Europy. „A wy, księża i braciszkowie, chcecie wiedzieć więcej od Boga, i jesteście niby demon, bogami na ziemi chcecie się uczynić” – takie słowa można by z kolei przypisać nie tylko radykalnemu, lecz i głównemu nurtowi reformacji. Menocchio nie miał jednak bezpośredniego kontaktu z protestantami. Poza tym żaden ewangelik nie powiedziałby, że „Chrystus dał się powiesić niby zwierzę jakieś”, ani nie nazwałby Marii „ulicznicą”.

Menocchio swoje przekonania kształtował głównie, czytając książki, do których miał dostęp. Carlo Ginz­burg – historyk, który we wznowionej niedawno po polsku pracy Ser i robaki. Wizja świata pewnego młynarza z XVI wieku wydobył postać ludowego filozofa na światło dzienne – krok po kroku analizował wszystkie możliwe źródła inspiracji tak oryginalnego światopoglądu. Najbardziej fascynuje go „rozdźwięk między teks­tami przeczytanymi przez Menocchia a sposobem, w jaki je przyswoił i przekazał inkwizytorom”. A to oznacza, jak zauważył w posłowiu Tomasz Wiślicz, że nie możemy analizować kultury poprzez publikacje z danej epoki, bo sposób ich interpretacji mógł być zupełnie odmienny od oczekiwanego (dziś przez nas). Na przeczytane książki Menocchio nałożył warstwę kultury ustnej – obecnie już dla nas niedostępnej – a następnie przefiltrował to przez własne życiowe doświadczenia i autorskie przemyślenia. Ostatecznie wiele poglądów Menocchia brzmi raczej zdroworozsądkowo: trudno się dziwić, że jako ojciec jedenaściorga dzieci nie mógł uwierzyć w to, że kobieta może pozostać dziewicą po porodzie, a zobaczywszy, jak wyrabia się ciasto na hostie, skonstatował: „Nie widzę w tym nic poza kawałkiem ciasta, jak to być może, że jest to Bóg”. Wyobrażenie sobie powstawania świata jako wyrabianie sera przecież również było bliskie doświadczeniu mieszkańców miasteczek i wsi. Być może takich Menocchiów było znacznie więcej, tylko nie mieli tyle odwagi, by głośno wyrażać swoje zapatrywania, byli ignorowani jako niegroźni dziwacy lub ich zeznania się po prostu nie zachowały. Domenico Scandella za swoje poglądy zapłacił ostatecznie życiem.

Historie filmowe i serialowe

Nawet jeśli inni „zwykli” ludzie nie mieli tak wyrazistego światopoglądu, to ich życie mogło być nie mniej barwne. Choć określa się ich często mianem „grup podporządkowanych”, a nawet zdominowanych, to nie oznacza, że nie próbowali układać swojego życia według własnych pragnień. Pewien baskijski chłop, Martin Guerre, żyjący również w XVI w., został zmuszony przez rodzinę do ślubu już w wieku 14 lat i męczył się w niechcianym związku przez następne lata, do tego wyszydzany z powodu impotencji. Wreszcie rzucił wszystko i zaciągnął się do wojska, zmienił tożsamość i przez lata żył przygodą. Porzucona żona – młoda i piękna Bertrande – musiała funkcjonować w stanie zawieszenia (nie mogła wziąć ponownie ślubu), co rzutowało na jej status społeczny i sytuację ekonomiczną. Po kilku latach Martin nagle powrócił, choć odmieniony. Jego rodzina nie mogła się nim nacieszyć, z Bertrande miłość kwitła jak nigdy dotąd, doczekali się nawet dziecka. Sytuacja skomplikowała się, gdy po kolejnych kilku latach do wioski powrócił… drugi Martin, jak się okazało, ten prawdziwy. Dotarł do domu, kuśtykając na drewnianej nodze, bo został ranny w jednej z wielu bitew. Jakie musiało być jego zaskoczenie, gdy za drzwiami znalazł swojego sobowtóra w ramionach żony. Amerykańska badaczka Natalie Zemon Davies w swojej książce Powrót Martina Guerre’a poświęciła przy tym więcej uwagi postawie samej Bertrande – czy była świadoma tego, że ten, kto do niej powrócił, nie jest jej mężem? Czy przyjęła obcego mężczyznę w swoje progi, by dać sobie szansę na lepsze, szczęśliwsze życie? Jak starała się z tego wytłumaczyć przed sądem, by ochronić siebie i dzieci? Każdy z bohaterów tego dramatu starał się wieść szczęśliwe życie, co w tamtych czasach mogło być wielce ryzykowne. Fałszywy Martin został ostatecznie stracony na szubienicy ustawionej przed domem Guerre’ów.

Podejście mikrohistoryczne to także świetny sposób na pogłębienie badań nad historią kobiet, których często nie widać w „wielkich” narracjach. Dlatego to im poświęciła swoją kolejną książkę Natalie Zemon Davis i nieco przewrotnie zatytułowała ją Kobiety na marginesach. Trzy opisywane przez nią postaci zdecydowanie ani nie były osobami marginalnymi, ani nie żyły na marginesie społeczeństwa. Przeciwnie, mimo formalnych i kulturowych ograniczeń odnosiły sukcesy i spełniały swoje marzenia. Jednocześnie niemal wszystko je różniło: wyznanie, pochodzenie, zdolności i dążenia. Glikl bas Juda Lejb była Żydówką z Hamburga, wydaną za mąż w wieku 14 lat, matką 12 dzieci. Po śmierci męża, aby utrzymać rodzinę, przejęła po nim interesy i z sukcesem je rozwinęła. Sprowadzała z zagranicy towary i sprzedawała je z zyskiem, regularnie wyjeżdżała na międzynarodowe targi, zakładała własne warsztaty, wystawiała weksle w całej Europie. Napisała księgę swojego życia, w której zawarła wszystkie swoje radości i cierpienia, opowiadania, wspomnienia i porady dla swoich potomków.

Z kolei Marie Guyart pochodziła ze skromnej katolickiej rodziny w Tours. Dla niej również śmierć męża otworzyła drogę do samorealizacji: w jej wypadku było to oddanie się życiu duchowemu. Wstąpiła do klasztoru urszulanek, czuła jednak, że to dla niej za mało, i w 1639 r. udała się na misję do francuskiej kolonii w Quebecu. Marie założyła tam klasztor i szkołę, do której (dobrowolnie) uczęszczały zarówno córki tubylców, jak i kolonistów. Ta „kobieta apostolska” fascynowała się nie tyle odmiennością ludów tubylczych, co ich podobieństwem do Europejczyków. Sama nauczyła się kilku języków indiańskich, by w latach 60. XVII w. wydać w nich katechizmy i słowniki swojego autorstwa. Marie, zwana Marią od Wcielenia, została świętą Kościoła rzymskokatolickiego w XX w.

Trzecią bohaterką mikrohistorii autorstwa Zemon Davis jest Maria Sybilla Merian, urodzona w luterańskiej rodzinie artystów we Frankfurcie nad Menem. Świetna rysowniczka, od dzieciństwa przejawiała zainteresowanie owadami. Jaja i larwy nie były jednak tematem właściwym dla płci niewieściej, dlatego jej pierwsza publikacja zawierała jedynie ryciny kwiatów. W 1679 r. wydała jednak pierwszy, a kilka lat później drugi tom z miedziorytami owadów w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ile nas dzieli od szczęścia