Jakub Rympel dopowiada szczegóły: Golonkowie ukrywali rodzinę Maxa Halperna pod klepiskiem swojej stodoły, Skąpski ulokował dodatkowych mieszkańców domu m.in. na strychu, prostytutka znalazła miejsce dla znajomego taty pod własnym łóżkiem.
Mama ojca o tym, jak przeżyła okupację, nie opowiedziała mu jednak nigdy. Odcięła w pamięci głód, strach, upokorzenia. Mieszkanie w podkrakowskiej wsi, gdzie gospodarze kazali słono płacić za lokum. Handel bimbrem przywożonym z Warszawy do Krakowa z ośmioletnim synem, który butelki ukrywał pod zeszytami. W relacji złożonej w Żydowskim Instytucie Historycznym opowiedziała jednak o tym, jak w desperacji upiła z mężem jedyne dziecko i nacięła mu żyły. To było wtedy, kiedy wydawało się, że mogą pójść już tylko na gestapo…
Ludwik Rympel, który przeżył tamto zdarzenie jedynie dlatego, że nacięcia były za płytkie, by popłynęła krew, mówił o tym: „Mamusia przez nieuwagę zraniła mnie gałęzią”. Poza tym nie szczędził szczegółów, nawet takich, jakie wydawały się Jakubowi mało prawdopodobne. Bo jak uwierzyć, że w 1942 albo 1943 r., kiedy jego ojca przechowywała na strychu znajoma rodziny, bawił się karaluchami, wiążąc im nogi w taki sposób, że z owadów powstawały rydwany? Miało ich być aż tyle? Przecież to był dom przy ul. Bohdana Zaleskiego, w zamożnej dzielnicy Krakowa wybudowanej w dwudziestoleciu międzywojennym za cmentarzem Rakowickim.
„A kiedyś zjadłem wiśnie pozostałe po zrobieniu nalewki, które wyniosła na strych moja opiekunka. I się upiłem” – w to Kubie też trudno było uwierzyć. Nie dociskał jednak ani nie dopytywał. Nawet kiedy dorósł i przeczytał relację ojca o okupacyjnych losach złożoną w ŻIH-u, w której nie było słowa o rydwanach z karaluchów i wiśniach z nalewki. Może ojciec tak właśnie chciał to pamiętać? Nie dławiący lęk przed innymi lokatorami domu, nie tęsknotę za mamą, która ukrywała się gdzie indziej, tylko karaluchy i pierwszy alkoholowy szum w głowie. O tym, że gdyby Niemcy odkryli jego schronienie, zabiliby i opiekunkę, i jego, nie mówił nigdy. To było oczywiste. Zupełnie nieoczywiste było jednak to, że mimo kary śmierci znajdowali się ludzie, którzy podejmowali ryzyko.
*
Jakub Rympel urodził się w 1969 r. Rok po tym gdy w Polsce z powodów politycznych rozpoczęła się nagonka antysemicka i ocalali z Holokaustu członkowie jego rodziny wyjechali z kraju. Pozostały mu cmentarze i rodzice.
Oboje byli Żydami (mama, z domu Horowitz, przeżyła wojnę w ZSRR) i w takiej tożsamości wychowywali syna. Ten uważał siebie za Żyda i Polaka. Był już po studiach na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie i pracował jako rehabilitant w nowohuckim szpitalu, kiedy został pilotem uczestników Marszu Żywych. Żydzi ocaleli z Zagłady i uczniowie z izraelskich szkół organizowali je od 1988 r., odwiedzając Auschwitz i Birkenau. I niewiele więcej, jakby przyjeżdżali na cmentarz, a nie do kraju, gdzie wciąż żyli Żydzi. Na przykład tacy jak Jakub, który spędzał z nimi czas, opowiadając o kraju, który widzą za oknem autobusu. Był z nimi także podczas spotkań ze Sprawiedliwymi – Polakami, którzy ukrywali Żydów podczas okupacji. W ten sposób w 2005 r. poznał Mirosławę Przebindowską-Gruszczyńską. Odebrał ją z taksówki, zaproponował kawę. Podczas spotkania dowiedział się, że miała 10 lat, kiedy wczesną wiosną 1943 r. jej ciocia przyprowadziła do mieszkania przy Sławkowskiej w Krakowie, gdzie Mirosława mieszkała z mamą i siostrą, kilkunastoletnią Annę Allerhand. Uciekła z likwidowanego getta. Miała zostać jakiś czas. Ostatecznie mieszkała z nimi do stycznia 1945 r.
„Pan jest krakowskim Żydem? I należy pan do gminy żydowskiej?” – dopytywała, kiedy czekali na powrotną taksówkę. – Bo prezes Jakubowicz obiecał nam kiedyś pewną tablicę…” Kuba wysłuchał szybko opowiadanej historii obietnicy odsłonięcia w Krakowie tablicy poświęconej polskim Sprawiedliwym. Nim zatrzasnęły się drzwi auta, zdążył zapewnić, że zajmie się sprawą.Żeby wiedział, co go czeka… Rozmowy, spotkania, dopełnianie kolejnych wymogów formalnych. Rympel działał niczym zwornik między różnymi oczekiwaniami, pokonując bezwład instytucji i angażując ludzi, by w lipcu 2011 r. na dziedzińcu synagogi Remu przy ul. Szerokiej w Krakowie pojawiła się tablica z cytatem z Talmudu: „Lepsza jest odrobina, którą ma sprawiedliwy, niż wszelkie bogactwa występnych. Rośnie potęga bezbożnych, a sprawiedliwych umocni Pan”. „Dwa lata wcześniej stworzyłem z przyjaciółmi nieformalną grupę, którą nazwałem Żydowską Inicjatywą dla Sprawiedliwych” – konkluduje Rympel, układając prawą, lekko bezwładną rękę na blacie stołu. Od kilku lat choruje na stwardnienie rozsiane. Inicjatywę tworzy grupa znajomych, którzy w jej działania angażują się na tyle, na ile pozwalają im praca i finanse. „Sprawa z tablicą, jak teraz choroba, zmieniła moje życie”. Jakub Rympel przekonał się, że bohaterstwo ulega trywializacji. Słowa wycierają się do błysku w kolejnych przemówieniach i na tablicach, niewiele już przekazując. Równie trudno wyobrazić więc sobie koszmar Holokaustu, jak skalę poświęcenia tych, którzy Żydów ratowali. „Język stał się nieadekwatny – przyznaje Rympel. – A dotykałem spraw najważniejszych w swoim życiu – chciałem podziękować ludziom, dzięki którym przeżył mój ojciec, jego przyjaciele, dalsza rodzina, znajomi i nieznajomi. To była część mnie, a mimo to czułem się wobec tego bezradny. Nie wiedziałem, co mogę zrobić, co powinienem, jak, z kim, za co…” Dlatego chciał zrobić coś konkretnego. Najpierw, żeby pomagać tym Sprawiedliwym lub ich rodzinom, którzy sobie nie radzą, bo mieszkają np. w nieremontowanych od lat mieszkaniach komunalnych i żyją za mniej niż średnią krajową. Później, żeby opisywać strychy, piwnice i inne schrony, gdzie z odruchu serca albo z czystej kalkulacji dokonywały się rzeczy wielkie, a czasami podłe, ale których zdaniem Jakuba Rympla nie sposób oddać takimi słowami, jak należy. * Jedno z takich miejsc poznał dzięki rabinowi Majerowi Jehudzie Szapiro, który w 1930 r. założył Lubelską Szkołę Mędrców, największą uczelnię talmudyczną na świecie, i zaproponował studiowanie Talmudu przez czytanie jednej strony dziennie. Wyznaczała ją lubelska jesziwa, dzięki czemu ta sama strona była studiowana przez wyznawców w różnych częściach świata. Przeczytanie całości zabiera siedem lat. Jakub jechał do Lublina na uroczyste zakończenie kolejnego cyklu czytania, kiedy szukając miejsca na wypicie kawy, trafił do ponorbertańskiego klasztoru w Hebdowie niedaleko Nowego Brzeska. Poza kawiarnią znalazł w dawnym opactwie galerię z wystawą obrazów Jerzego Skąpskiego. Omiótł oczami biogram malarza, którego nazwisko nic mu nie mówiło: studia u prof. Emila Krchy na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, autor projektów witraży dla ponad 50 obiektów sakralnych w Polsce, Szwecji i Rosji, malarz, grafik. Oglądał po kolei obrazy – po niektórych przelatywały anioły, wiele przedstawiało hebdowskie widoki, ale jakby sprzed kilku dekad. Błądząc oczami między złocistymi żółciami i plamami kobaltu kolejnych dzieł, zauważył obraz, którego historia rozgrywała się na dwóch planach. W górnej części obrazu dostrzegał znajomą sylwetę klasztoru, w którym teraz przebywał. W dolnej ogród z zieloną trawą, krzewami, rabatami kwiatów, dużą altaną. I piwnicą, która znajdowała się pod nią. W na pół otwartych drzwiach stał bosy chłopiec. Patrzyło na niego 13 par dużych oczu, z wyraźnymi źrenicami. Na przedzie stał mężczyzna w chałacie i jarmułce, z palcem przyciśniętym prostopadle do ust. „Jureczek, powiedz tatusiowi, że tu jesteśmy, cała rodzina, żeby tatuś tu przyszedł. Tylko nie mów nic Niemcom” – to miał usłyszeć od Szulima Sztrosberga mały Jerzy Skąpski, który kilka dekad później namalował scenę niespodziewanego spotkania w hebdowskim ogrodzie. Jakub Rympel dowiedział się tego parę tygodni po obejrzeniu obrazu, gdy odnalazł jego autora w Krakowie. Bosonogi chłopiec okazał się synem Antoniego Skąpskiego – zarządcy majątku Małopolskiego Towarzystwa Rolniczego, które gospodarowało na ziemiach należących do dawnego opactwa norbertanów. Skąpski, zakonspirowany oficer Armii Krajowej, utrzymał stanowisko w czasie okupacji i produkował żywność dla III Rzeszy. Poza tym żywił blisko 100 żandarmów stacjonujących w dawnym klasztorze, krewnych z różnych stron okupowanego kraju (bywało, że do stołu siadało ponad 30 osób) i kilkunastu Żydów. W tym rodzinę Szulima Sztrosberga, handlarza zbożem z Nowego Brzeska, z którym od lat prowadził interesy. „Znalazłem ich dlatego, że skobel zamykający drzwi do schowka pod altaną, gdzie ogrodnik przechowywał narzędzia, nie był zatknięty….