Obieram za początek ten krótki moment wyciszenia, gdy jedynie zbliżająca się do mnie piana syczy jak fermentujące w beczce wino. Już chwilę później łamie się kolejna fala, szum rozlewa się przede mną w obu kierunkach, stopniowo wypełniając całą panoramę słyszenia. Niemal jednocześnie wysoka fala trochę dalej od brzegu zawija się, jej szczyt z łoskotem wali się przed siebie w rozbujaną morską pianę. To dudnienie sięga najniższego pasma słyszalnych częstotliwości; raz na jakiś czas towarzyszy mu charakterystyczne puknięcie. Zawieszam się, obejmując uszami przestrzenny wymiar tych brzmień. Szum wędruje po wyobrażonej pięciolinii od góry do dołu, od dołu do góry; czyni to asynchronicznie z mojej lewej i prawej strony. Wystarczy, że uniosę głowę znad kartki, by do uszu wpadło mi więcej piany, a mniej dudnienia. Rozglądam się po plaży powoli w obu kierunkach. Szum wypełnia najpierw jedno, potem drugie ucho.
Próba przekazania słowami muzykalności oceanu jest porywaniem się z motyką na słońce. To, co nazywamy szumem fal, składa się z nieprzyswajalnej ilości brzmieniowych drobinek i odgłosów, których język nie jest w stanie objąć. Trzeba by ratować się wymyślanymi na bieżąco onomatopejami, kategoryzować te wszystkie dźwięki, wziąć je bardziej na serio. To zaś miałoby sens tylko, gdybyśmy zechcieli słuchać oceanu jak muzyki przyznać mu status instrumentu muzycznego. Na co oczywiście będę uporczywie w tym tekście nalegał.
Šuma
Zamknij oczy i wsłuchaj się w szum. Obserwuj, jak roznosi się w przestrzeni, z czego się składa. Czy jest jednolity czy zmienny? Raczej wysoki, średni czy niski? W którym momencie jest najcichszy? Najgłośniejszy?
Ze słowem „szum” jest pewien problem – nie można go przetłumaczyć na inne języki. W każdym ma zupełnie inny zbiór znaczeń.
Słowiańskie słowo „szum” jest dźwiękonaśladowcze, ale czy aby na pewno pasuje jak ulał do oceanu? Po serbsku шума (šuma) to las. Być może swojski „szum” wywodzi się z szeptów i zawodzenia drzew na wietrze?
Co w żadnym wypadku nie przeszkadza anglojęzycznemu „noise’owi” zawierać to, co my nazwalibyśmy oddzielnie odgłosem, szumem i hałasem. Angielski termin nie ma w sobie też nic z onomatopei.
Porozumieć się z innymi nacjami w sprawach szumu pomaga na szczęście ścisła definicja szumu akustycznego – sytuacji, gdy we wszystkich częstotliwościach mamy identyczne natężenie dźwięku (szum biały); albo gdy intensywność szumu we wszystkich pasmach częstotliwości jest tak dopasowana do biologicznych uwarunkowań ludzkiego słuchu (większe jego natężenie w niskich i coraz mniejsze w wysokich częstotliwościach), byśmy odbierali poszczególne jego składowe szumu jako równie głośne, a co za tym idzie, słyszeli ujednolicony szum (różowy). Bierze się to stąd, że dźwięki niskie o tym samym natężeniu percypujemy jako cichsze od wysokich. Tymczasem idealny, z fizycznego punktu widzenia, równiuteńki szum biały odbieramy jako… syczenie. Większość szumów wokół nas jest natomiast zabarwiona na różowo i do tego przystosowany jest nasz słuch.
Teraz skup się na kierunkach. Możesz nadal siedzieć wygodnie na piasku. Co wpada do twojego lewego, co do prawego ucha? Co dobiega z przodu? Z tyłu? Żeby lepiej ukierunkować słuch, wystarczy złożyć dłoń w muszlę i przedłużyć nią własne ucho.
Z taką „czujką” przyłożoną do głowy poobracaj się powoli w różne strony. Dołóż drugą dłoń, zwróć się twarzą do oceanu, i zamknij oczy. Teraz osłuchaj różne kierunki. Wróć do oceanu, wsłuchaj się. Zabierz równocześnie obie dłonie.
###banner###
Ższu! Ższu! Ższu!
Konwencjonalne formy użytkowania plaży szybko mnie nudzą. W podróży, zasiedziawszy się kilka miesięcy nad oceanem, wymyśliłem więc warsztaty ze słuchania szumu, które proponuję ludziom zażywającym słonecznych kąpieli na piasku. Wspominam im o trosce o środowisko dźwiękowe (ekologii akustycznej); sposobach otwierania uszu na otaczające brzmienia; tłumaczę, że dla mnie szumy oceanu są muzyką, że ocean jest największym i najbogatszym w brzmienia instrumentem muzycznym na Ziemi
Zawsze znajdzie się ktoś otwarty na eksperymenty, nawet jeśli inni plażowicze – zapytani o warsztaty słuchania oceanu – z zaciekawieniem, ale odmawiają. Co do publiki nie ma reguły, robiłem te ćwiczenia dla rodzin z dziećmi, rozbawionych emerytek, 20-osobowej grupy studentów z Europy, pijanych Brazylijczyków, par w podróży poślubnej, muzyków, inżynierek, zagubionych na plaży samotnych mężczyzn. W duchu podróżniczego dzielenia się tym, co kto ma, nieraz warsztatowaliśmy też z tutejszymi wędrownymi kuglarzami, rękodzielniczkami i sprzedawcami wegańskich burgerów. Ci hipisi – jak się ich niebezpodstawnie nazywa – tak jak ja dorabiają tu do nomadycznego stylu życia, zapewniając plażowiczom dostęp do różnych form sztuki (w tym kulinarnej).
Pierwsze ćwiczenie nazywam latarnią morską. Stań blisko oceanu, przyłóż do uszu łyżeczki z dłoni, tak jak to robiliśmy na początku. Zamknij oczy i obracaj się powoli, słuchając dźwięków dobiegających ze wszystkich stron. Wykonaj minimum pięć nieśpiesznych obrotów.
Tak jak latarnia morska rzuca snop światła we wszystkich kierunkach wokoło, tak ty sondujesz dźwięki. Baw się tym. Przerwij, kiedy się znudzisz.
Co czujesz? Czym różni się to od codziennego słuchania? Najbardziej szalona rzecz, jaką możesz zrobić, to zacząć obracać się bardzo szybko. Tylko uważaj, żeby nie upaść! Dźwięk oceanu dobiega wtedy do ciebie jak rytmiczne „Ższu! Ższu! Ższu!”.
Z napiwków można uzbierać na dobre jedzenie. Zresztą w zgodzie z „hipisowskim” etosem, gdy ktoś zainteresowany koncepcją kryguje się z powodu braku gotówki, przyjmuję w zamian uśmiechy i historyjki o dźwięku. Te ostatnie zbieram tak samo, jak plażowicze zbierają muszelki i kamienie. Kobieta ze starej rybackiej rodziny mówiła, że jako dzieci bawili się w podobny sposób, słuchając kumkania żab na mokradłach; mechanik samochodowy objaśniał, jak niezbędny jest wyczulony słuch przy naprawianiu silnika; dziewczynka tłumaczyła mi z przejęciem, że właśnie tak „kierunkowo” to słucha jej kot; młode małżeństwo opowiedziało o radości niewidomego synka znajomych, który na pustej dzikiej plaży mógł po raz pierwszy beztrosko pobiec przed siebie; a wolontariuszki z hostelu zżymały się, że morski szum, nieporównanie głośniejszy, męczy je dużo mniej od muzyki puszczanej w miejscu pracy.
Postapokaliptyczna utopia
Wracając zaś do oceanu, jego szum nigdy nie jest taki sam. Zmienny wiatr, wysokość fal, wznoszący się i opadający w rytm przypływów i odpływów poziom wody sprawiają, że kolejnego dnia nawet na tej samej plaży szum będzie skomponowany inaczej. Każda plaża brzmi też po swojemu. Łoskot fal bijących o kamienne cyple wysunięte ciut dalej w morze nie przypomina zaś w niczym łagodnego szeptu języczków piany wsiąkającej w mokry piasek. Rybaczka opowiadała mi też szczegółowo o zmianach w brzmieniu oceanu w zależności od pogody i pory roku. A to tylko zmiany w wielkiej skali. Wmyślając się w detale, uświadamiasz sobie, że w kalejdoskopie szumu nigdy już nie wydarzy się fala brzmiąca tak samo jak ta, która dopiero co wybrzmiała w twoich uszach. Sam nie jestem zresztą najbardziej kompetentną osobą do wypowiadania się o szumie oceanu, skoro nigdy nie miałem okazji nasłuchać się go do woli z łodzi oddalonej od brzegu.
Każda i każdy mamy też swój osobisty ocean, indywidualny sposób jego postrzegania, odmienne skojarzenia. Każdemu na hasło „ocean” przychodzi w pierwszej chwili do głowy trochę inne miejsce, inaczej zapamiętane bądź wyobrażone.
Dla mnie jest nim najbardziej oddalony od Montevideo fragment urugwajskiego wybrzeża – plaże graniczącego z Brazylią departamentu Rocha. Spokojny rodzinny kurort La Paloma, gdzie szum morza miesza się z szumem sosnowego lasu; La Pedrera, gdzie fale z nieustannym rykiem walą o klif, nad którym leży miasteczko; ulubione wśród „hostelowych” turystów Punta del Diablo, z czterema plażami o kompletnie odmiennej akustyce; wreszcie jedyne znane mi militarne przedsięwzięcie warte utrzymywania z kieszeni podatnika, czyli prowadzony przez wojsko gigantyczny camping Santa Teresa. Przez jego plaże – w moim odczuciu najpiękniejsze w Urugwaju – przewija się co roku ponad 1% obywatelek i obywateli kraju. Bezbrzeżnie wyjątkowy jest jednak dopiero wysunięty daleko w morze cypel Cabo Polonio. Właśnie z myślą…