Subskrybuj

Marzenie o Kościele

Mam takie marzenie, aby na czele naszego lokalnego Kościoła był biskup, którego mogłabym spotkać w SKM-ce, bo nie woziłby się limuzynami po mieście. Który raz w tygodniu odwiedzałby chorych w hospicjum. Biskup, który pamiętałby, że życie nie toczy się tylko w pałacach i urzędach.

Czy można jeszcze ufać polskim biskupom?

Niestety, uważam, że obecnie nasi biskupi stracili wiarygodność. Osobiście im nie ufam. Już wcześniej trudno było uważać ich za dobrych pasterzy. Mają tendencję do strasznego moralizatorstwa – często mówią o rzeczach, których sami nigdy nie doświadczyli, a towarzyszy temu nieznośne poczucie wyższości. To niewątpliwie dla wielu osób odpychające.

Zaufanie społeczne stracili przede wszystkim przez swoją postawę wobec cały czas odkrywanych kolejnych przypadków pedofilii w Kościele. W zasadzie poza prymasem Polakiem nie ma żadnego hierarchy, który potrafiłby zająć wyraźne stanowisko i podjąć konkretne kroki wobec innego biskupa, jeśli ten dopuścił się poważnych zaniechań. Polscy hierarchowie zachowują się jak średniowieczni władcy feudalni – każdy uważa, że diecezja to jego latyfundium. Mam wrażenie, że dla większości moich znajomych biskupi nie są żadnymi autorytetami. 

Swój brak zaufania i niezgodę na przemilczanie trudnych spraw wyraziłaś razem z innymi podczas protestu Odzyskajmy nasz Kościół. Skąd wziął się pomysł na tę akcję?

W diecezji gdańskiej mieliśmy… mamy dużo problemów od wielu lat. Problemów związanych przede wszystkim z działaniami abp. Sławoja Leszka Głodzia. Po prostu w pewnym momencie czara goryczy się przelała.

Po pierwszym filmie braci Sekielskich pt. Tylko nie mów nikomu Ania Koziołkiewicz-Kozak z Trójmiejskiego Klubu „Tygodnika Powszechnego” utworzyła grupę dyskusyjną na Facebooku o nazwie „Głos archidiecezji gdańskiej”. Rozmawialiśmy tam o tym, co nam się w Kościele w Gdańsku nie podoba, i jak mogłoby to wyglądać inaczej. Dzieliliśmy się inspiracjami, opowiadając, jak sprawy maja się w innych diecezjach – nie tylko w Polsce.

W pewnym momencie zaczęłyśmy – początkowo w gronie samych kobiet – spotykać się i rozmawiać bardziej konkretnie: co my możemy zrobić, jakie kroki podjąć, żeby poprawić sytuację w naszej diecezji? To było w wakacje 2019 r. Wtedy jeszcze żyłyśmy w przeświadczeniu, że listy, petycje, pisma formalne itp. to jest droga, którą każdy katolik niezadowolony z danej sytuacji powinien podążać. Tak też na początku działałyśmy

We wrześniu tego samego roku odbyło się spotkanie w Sopocie z abp. Grzegorzem Rysiem. Starał się bardzo dyplomatycznie odpowiadać, że jeden biskup nie może wpłynąć na innego, że nad biskupem jest tylko papież, że biskupi są od siebie niezależni. Ale przyciśnięty do muru bardzo konkretnymi pytaniami, w końcu przyznał, że jeżeli jest taka potrzeba, to czasami trzeba wyjść na ulicę. Pomyśleliśmy: jak trzeba, to trzeba.

Wyszliście więc? 

Nie od razu. To był czas wyborów, a my nie chcieliśmy, żeby nasz protest był utożsamiany z jakąkolwiek siłą polityczną. Na chwilę zatem sprawę zawiesiliśmy. I wtedy Kraków zrobił milczący protest właśnie pod hasłem „Odzyskajmy nasz Kościół”. Po tym wydarzeniu skontaktowaliśmy się z jego organizatorami, otrzymaliśmy od nich masę wsparcia i bardzo konkretnych porad – co i jak robić, żeby ten protest przebiegał dobrze.

Pod koniec października na kanale TVN był emitowany program Czarno na białym o mobbingu w naszej diecezji. W następną sobotę najbardziej wpływowi duchowni gdańscy wydali oświadczenie – opublikowane na portalu Gość.pl – w którym stwierdzali, że ten program jest systemowym atakiem na duchowieństwo i wiernych (!), a materiał został przekłamany i zmanipulowany. Pod słowami „wyrażamy naszą solidarność z Metropolitą Gdańskim” podpisali się m.in. biskupi pomocniczy, dziekani wszystkich dekanatów archidiecezji i moderatorzy z Gdańskiego Seminarium Duchownego. Dla nas to była bezczelność. Wtedy pomyślałam: „O nie, to już krok za daleko z ich strony”.

Następnego dnia wieczorem, jak zawsze, modliliśmy się w swoim domu o nawrócenie naszego biskupa – o to, żeby znalazł odwagę, żeby Duch Święty pchnął go do tego, by stanął w prawdzie, przeprosił wszystkie osoby, które skrzywdził. I wtedy mój mąż, który wie, jak bardzo mnie to boli, powiedział: „Nie, nie. Panie Boże, daj odwagę mojej żonie, żeby miała w sobie taką siłę, by jawnie zaprotestować przeciw temu złu”.

Zadziałało?

Tak. Następnego dnia rano zadzwoniłam do paru znajomych i powiedziałam im: „Wiecie co, jednak musimy zrobić ten protest. Musimy, bo inaczej się nie da”.

Zgłosiłam więc naszą inicjatywę jako zgromadzenie publiczne i zaczęliśmy akcję w mediach społecznościowych, aby to wszystko nagłośnić. W międzyczasie przyszedł piękny baner z Krakowa – w dodatku z kartką z pozdrowieniami od organizatorów ich protestu, co było bardzo miłe! I 3 listopada stanęliśmy pod kurią. Było nas około 200 osób. Policja nas zabezpieczała, nie odbyły się żadne kontrmanifestacje – wszystko przebiegło spokojnie i zgodnie z planem. Po samym proteście, gdy już się rozeszliśmy, podeszła do mnie jedna pani – powiedziała, że przywracamy jej wiarę w Kościół, że może być autentyczny, wiarygodny i ewangeliczny (mówiła, że przestała chodzić do kościoła katolickiego i od pewnego czasu uczęszcza do kościoła ewangelicko-augsburskiego). Pomyślałam sobie wtedy: „Ale super, ewangelizujemy na ulicy, i to jeszcze w taki sposób!”.

Po paru dniach pozytywna energia nieco z nas zeszła – dostawaliśmy mnóstwo wiadomości od ludzi na różne sposoby pokrzywdzonych przez biskupa. Od osób zgorszonych jego poniżającymi słowami skierowanymi do kleryków przez ludzi zbulwersowanych „ekscesami alkoholowymi” i takich, którzy osobiście doświadczyli mobbingu, aż po bliskich osób zranionych przez księży pedofilów, które nie mogą doczekać się sprawiedliwości. To nas trochę przytłoczyło – a jednocześnie pokazało, że protest był potrzebny i uzasadniony. Ludzie w pewnym sensie potrzebowali takiego wentylu – problemów nagromadziło się mnóstwo, a oni musieli to z siebie wyrzucić. Nasza inicjatywa stała się tubą, przez którą mogli zaprotestować.

Rozumiem, że przed protestem wypróbowaliście ścieżkę listów, prywatnych spotkań…? 

Tak. Próbowaliśmy wielokrotnie spotkać się z biskupem. Niestety, okazało się, że najwidoczniej nie byliśmy dla niego odpowiednimi partnerami do rozmowy. Nie byliśmy jedyni – znajomi z innej wspólnoty też próbowali się z nim umówić, również bezskutecznie. Takie osobiste spotkania z abp. Głodziem są mało prawdopodobne. Jeżeli nie jest się politykiem czy jakąś znaną osobą z dobrymi koneksjami, to raczej nie ma na co liczyć…

Czyli trzeba wychodzić na ulicę. 

Niestety. Po swoich doświadczeniach mam poczucie, że bardzo dużym problemem w Kościele jest brak transparentności. Jako świeccy w ogóle nie wiemy, co mamy prawo zrobić. Możemy złożyć zażalenie – ale pisanie do własnego biskupa ze skargą na niego samego trochę mija się z celem. Adresowanie listów do episkopatu, który twierdzi, że nie ma żadnej jurysdykcji nad innymi biskupami, też nic nie da.

Teoretycznie osobą, do której można się zwrócić, jest nuncjusz apostolski. Ten przystanek również zaliczyliśmy po drodze. Pisaliśmy trzy razy listy z prośbą o spotkanie w nuncjaturze. Wysyłaliśmy je też od razu do informacji prymasa i Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej – jedyne potwierdzenie odbioru, znak, że adresat jest poinformowany, że się za nas modli i nam błogosławi, dostaliśmy od prymasa Polaka. Od reszty – nic. Sytuacja zmieniła się dopiero po kolejnym liście, w którym napisaliśmy, że skoro nuncjusz jest taki zajęty i ma problem z wyznaczeniem terminu spotkania, to my chętnie przyjedziemy i zrobimy zgromadzenie publiczne przed budynkiem nuncjatury. Wizja demonstracji katolików przed siedzibą nuncjusza chyba trochę go zmobilizowała. Być może też przyczyniły się do tego naciski z Sekretariatu Stanu – choć to już nasze domysły.

Nuncjusz powiedział, że się z nami spotka – pod warunkiem, że odwołamy protest. Zgodziliśmy się, że go zawiesimy i nie odbędzie się do momentu wspólnej rozmowy, a potem – to zależy. Doszło więc do spotkania w nuncjaturze – rozmowa była bardzo… dyplomatyczna: dużo uśmiechów, mało konkretów.

Nuncjusz powiedział nam, że Kościół potrzebuje przepisów, prawa i procedur, żeby jasno określić, co jest białe, a co czarne. Nie zająknął się słowem o sumieniu, Ewangelii, Bogu. Prawo i przepisy – to jest to, czym żyją urzędnicy kościelni.

To spotkanie tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że procedury w Kościele są przede wszystkim niejasne. Mieliśmy poczucie, że Kościół funkcjonuje jak urząd z filmu Dwanaście prac Asteriksa, w którym trzeba biegać od okienka do okienka po różne formularze, zaświadczenia i znaczki. Może rzeczywiście trzeba jechać do Kongregacji ds. Biskupów w poniedziałek o 15.12, zabrać znaczek za 2 euro, nakleić, zanieść kopertę do pani w sekretariacie Kongregacji ds. Duchowieństwa, która przekaże innej instytucji itd. Absurd!

Z tego spotkania wyszliśmy bardzo zdegustowani. Nuncjusz twierdził, że do tej pory żadna oficjalna skarga na abp. Głodzia nie wpłynęła – ani jedna. A my wiedzieliśmy, że one były składane. Jedna z osób obecnych na spotkaniu osobiście napisała takie formalne zażalenie i wysłała je w dwóch wersjach językowych do Kongregacji ds. Biskupów. Ks. Adam Świeżyński, który również z nami wtedy był, zgłaszał problem mobbingu już w 2013 r. za czasów nuncjatury abp. Celestino Migliore. To wszystko było jednocześnie smutne i żenujące.

###banner###

Czy to wtedy pojawił się pomysł, by zrobić zbiórkę pieniężną i opublikować apel do papieża Franciszka we włoskiej gazecie?

Tak, chociaż pierwsza taka myśl, żeby uderzać do prasy włoskiej, pojawiła się już wcześniej. Zobaczyliśmy, że protesty nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Uznaliśmy wtedy, że trzeba napisać taki apel i go gdzieś opublikować – ale znajomi powiedzieli nam, że okres świąteczny to nie jest najlepszy czas, w grudniu i styczniu nie warto takich rzeczy robić, bo to utonie wśród innych spraw. Dlatego ten pomysł na chwilę przepadł.

Potem pojawił się drugi film braci Sekielskich,

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez Jezusa?