Subskrybuj
Studiowała socjologię i antropologię stosowaną oraz kulturoznawstwo Europy Środkowo-Wschodniej na UW. Publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, „Kontynentach” i magazynie „Kontakt”. Pracuje w Centrum Edukacji Obywatelskiej

Jak dzieci rodziców na polskość namawiały

Do Uzbekistanu wyjechali lub zostali zesłani ich przodkowie. W ZSRR ukrywali swoje pochodzenie, na wszelki wypadek nie uczyli dzieci i wnuków polskiego. Dziś młodzi Uzbecy odkrywają swoje korzenie i wracają do ojczyzny pradziadków. Uczą się polskości, by potem przekazać ją swoim rodzicom.

Oleg Skuridin co środę spotyka się z taszkencką Polonią, żeby omówić bieżące sprawy, spędzić razem czas, a przy okazji porozmawiać po polsku. Języka zaczął się uczyć jako dorosły. – Rodzice mojej matki wyjechali z Polski 100 lat temu. Nigdy nie mówili, z jakiej przyczyny. Ale to musiało być coś poważnego, bo uciekali razem z dziećmi do oddalonego od centrum ZSRR Kirgistanu. Tam przyszła na świat moja mama. Z ośmiorga rodzeństwa tylko najstarszy jej brat, który w czasie II wojny światowej służył w wojsku polskim, mówił po polsku. Reszcie dzieci moi dziadkowie przekazywali w tajemnicy polskie tradycje. Na wszelki wypadek nie uczyli ich jednak polskiego, bo znajomość tego języka mogła oznaczać problemy – tłumaczy.

Do Polski po raz pierwszy pojechał dopiero w 2012 r. Migał się. Uważał, że za słabo zna język, ale namówił go ówczesny ambasador RP w Taszkencie Marian Przeździecki. Wkrótce potem został orędownikiem polonijnych wyjazdów do historycznej ojczyzny. Zwłaszcza wyjazdów młodzieży. – Dla młodych ludzi najważniejsza jest nauka, wszechstronny rozwój. A my staramy się stworzyć warunki do realizacji tych potrzeb. Ale nikogo nie namawiamy. To powinien być ich wybór – twierdzi

Liceum, a następnie studia w Polsce skończyła jego córka. – Gdy wyjeżdżała, miała 16 lat. Serce bolało, ale pozwoliłem jej samej zadecydować. Wcześniej była tam dwa razy. Wiedziała, na co się pisze. I myślę, że dzisiaj nie żałuje – mówi Oleg. – Niedawno rozmawialiśmy z panem Marianem i okazało się, że w ciągu kilku ostatnich lat liceum w Polsce ukończyło ponad 150 wysłanych przez nas osób. Część poszła potem do pracy, część na studia. Nie słyszałem, żeby ktoś wrócił do Uzbekistanu – dodaje.

 

Lekcja polskości w odcinkach
– Uzbekiem nie czułem się chyba nigdy. Ale po wyjeździe z Taszkentu szybko zatęskniłem za smakiem plowu i prawdziwego kebabu – twierdzi Stefan Ciczerin, uczeń polonijnego Liceum im. św. Stanisława Kostki przy ul. Bobrowieckiej w Warszawie.

Rodzice wychowali go po europejsku. W domu mówili po rosyjsku, w szkole też. Nie chodzili do meczetu i nie czytali Koranu. Od zawsze czuł, że nie pasuje do uzbeckich rówieśników, więc wcale się nie zdziwił, kiedy jako nastolatek odkrył, że ma polskie korzenie.

###banner###

– To była dla mnie otwarta droga do Europy. A w Uzbekistanie wszyscy mówią, że trzeba tam wyjechać – tłumaczy. W gąszcz gałęzi rodzinnego drzewa genealogicznego zaciągnął najpierw matkę. Razem chodzili do archiwum szukać zdjęć i dokumentów na temat przodków. – Pradziadek od strony taty pochodził z okolic polskiego wtedy Lwowa. Jego brat był księdzem. Pisali do siebie listy, dzięki czemu udało nam się odtworzyć jego losy. Został zesłany do Aszchabadu, a potem do Taszkentu. Pracował tam jako architekt, a później jako nauczyciel i tłumacz, bo znał niemiecki. O prababci od strony mamy wiemy mniej. Z Polski wywieziono całą jej rodzinę, ale do Taszkentu dotarła bez rodziców, których prawdopodobnie zamordowano po drodze. Pierwszy rok na obczyźnie spędziła u żydowskiej rodziny. Miała na nazwisko Budrewicz i mimo że było to niebezpieczne, w dokumentach zawsze zaznaczała, że jest Polką. Tyle wiemy dzięki archiwom, bo sama nigdy nie mówiła o swojej młodości – opowiada Stefan.

W przekonaniu, że warto jechać do Polski, utwierdziła go babcia, która powiedziała, że rodzina zawsze chciała tam wrócić. A matka, widząc jego determinację, stwierdziła: „Jeżeli naprawdę chcesz być Polakiem, to musisz poznać ten kraj, bo nic o nim nie wiesz”. I w rozwijanie pasji syna zaangażowała wszystkich domowników. Z jej inicjatywy co sobotę zbierali się na lekcje polskości w odcinkach. Oglądali zdjęcia, filmy i słuchali ciekawostek na temat kolejnego polskiego miasta, które za każdym razem przygotowywał inny członek rodziny.

Dzięki lokalnej Polonii matka Stefana poznała także panią Agnieszkę Mikulec, nauczycielkę z Ośrodka Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą (ORPEG), u której jej syn zaczął się uczyć polskiego. Dwa razy w tygodniu z grupą w ambasadzie i trzy razy w tygodniu indywidualnie u niej w domu. Nikt inny nie brał tak wielu lekcji. – Zawsze interesowałem się językami obcymi, uczyłem się angielskiego i niemieckiego. Po pierwszej lekcji polskiego od razu zrozumiałem, że niektóre słowa, np. liczby, są podobne do słów z języka rosyjskiego. Poza lekcjami oglądałem też filmy i wideo na YouTube po polsku. Potem zacząłem trochę czytać. Było intensywnie, ale naprawdę szybko przyswajałem nowy język. Już po trzech miesiącach pani Agnieszka powiedziała, że mogę składać dokumenty na Kartę Polaka. Od tego momentu moja nauka polskiego była ściśle związana z historią i geografią, z polskimi nazwami – wspomina Stefan.

 

Cztery tysiące kilometrów bliżej
Kiedy było wiadomo, że idzie do liceum w Polsce, przez znajomych poznał Jarosławę Onochinę. – Zaczęliśmy rozmawiać, długo i codziennie. Dwa miesiące przed moim wyjazdem zostaliśmy parą. Od tej pory spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę – wspomina.

A potem zaczął się rok szkolny. Jarosława została w Taszkencie. W książkach zawsze wolała ilustracje od liter, a do pójścia do kina, teatru czy na koncert potrafił namówić ją plakat. Dlatego wybrała liceum artystyczne.

Ona też nigdy nie czuła się Uzbeczką. – Są u nas ludzie, którzy mówią po rosyjsku, i ludzie, którzy mówią po uzbecku. Jestem wśród tych rosyjskojęzycznych. Mój pradziadek był Tatarem, dziadek miał polskie pochodzenie, a rodzice wychowali mnie na Europejkę – twierdzi.

Zawsze wiedziała, że będzie studiować za granicą, ale nie miała pomysłu gdzie. – Dopiero Stefan otworzył mnie na Polskę – mówi. – Zaczęłam uczyć się polskiego, dzięki któremu zainteresowałam się słowiańską kulturą i historią. Odkryłam katarzynki [fetowany przez kawalerów odpowiednik andrzejek – przyp. aut.], mikołajki i inne obchodzone w Polsce święta oraz tradycje. Chciałabym zobaczyć je na żywo w Polsce. Ale przede wszystkim chciałabym studiować grafikę na ASP w Krakowie. W Uzbekistanie nie mamy żadnej akademii sztuk pięknych na poziomie. Jeżeli chcę coś osiągnąć w dziedzinie animacji, designu lub ilustracji, to po liceum muszę wyjechać – tłumaczy. A kierunek wyjazdu jest oczywisty, ponieważ jej związek ze Stefanem, mimo niemal 4 tys. km, które dzielą od siebie Taszkent i Warszawę, trwa już prawie trzy lata.

 

Jak w Ferdydurke
Początki były trudne. Ojciec nie był zwolennikiem wyjazdu syna, ale pozwolił mu podjąć samodzielną decyzję. Nie wszyscy rówieśnicy mieli tyle szczęścia. – Mój kolega, wychowany zgodnie z uzbecką i muzułmańską tradycją, miał problem z wyjazdem. Rodzice nie chcieli mu pozwolić na naukę za granicą. Mówili: przecież jesteś najstarszy i powinieneś zostać, żeby się nami opiekować, gdy będziemy starzy – opowiada Stefan.

Do Polski wyjechał razem z matką, która musiała osobiście zobaczyć, gdzie będzie mieszkał, co będzie jadł i kto zostanie jego wychowawcą. Zwiedzili razem Pałac w Wilanowie, schodzili Stare Miasto i Łazienki Królewskie, spacerowali po bulwarach. – My mamy zupełnie inną architekturę: wschodnią, arabską. Po raz pierwszy w życiu widziałem na żywo styl europejski, gotyckie kościoły, barokowe czy renesansowe budynki. Robiłem tysiące zdjęć – wspomina. Matka też była zachwycona, ale w końcu musiała wracać. – Dopiero wtedy poczułem, że jestem zupełnie sam w obcym kraju. Chociaż dzięki temu, że razem z rodziną dużo o Polsce czytałem, to tak naprawdę nigdy nie czułem się tu jak obcy – mówi.

– Pierwszym zaskoczeniem było to, że Polacy mówią dużo szybciej niż pani Agnieszka [śmiech]. Zwłaszcza w sklepach, gdy jest kolejka. Pamiętam sytuację, kiedy nie wiedziałem, o co chodzi, a pytali po prostu: kartą czy gotówką? [śmiech]. Zresztą nauczyciele też mówią po polsku szybko. I trzeba ich zrozumieć, bo to lekcja. Drugim zaskoczeniem było podejście do nauki.

U nas jest trochę jak w Ferdydurke. Słowacki wielkim poetą był, i trudno. A w Polsce zmusili mnie, żebym sam myślał, pisał rozprawki. To było wyzwanie – wspomina Stefan.

– Zauważyłem też, że zacząłem tu szybciej chodzić. Dostrzegam to dopiero, jak wracam do Taszkentu, gdzie mogę spacerować spokojnie i powoli. W Warszawie moje życie przyspiesza. Ludzie się spieszą i chyba dlatego ja też – zastanawia się

Zamieszkał w internacie razem z rówieśnikami ze Wschodu, którzy podobnie jak on postanowili wrócić do ojczyzny przodków. Od urodzenia mówią po rosyjsku, dzięki czemu łatwiej było się zaaklimatyzować. Szybko poznał też Polaków. – Mam kolegę ze szkoły, który jest wielkim kibicem Legii. Razem oglądamy mecze. To są takie emocje, że po prostu nie da się wytrzymać, siedzisz i krzyczysz ze wszystkimi – opowiada. Dał się też uwieść twórczości Andrzeja Sapkowskiego. – W szkole stykamy się tylko z klasyką. Pan Tadeusz czy Potop nawet mi się podobały, ale na przykład Chłopi to była masakra. Nie doczytałem. Na szczęście odkryłem Wiedźmina. Mistyka, obrzędy, tajemnicze nazwy, które musiałem sprawdzać w internecie. Ta lektura wciągnęła mnie najbardziej ze wszystkich – wyznaje. Więcej czasu niż książkom poświęca tylko Jarosławie.

 

Na niebieskiej walizce w internacie– Na początku myśleliśmy, że nie przetrwamy. Mimo dzielącej nas odległości postanowiliśmy jednak spróbować. Byliśmy ze sobą krótko, więc musieliśmy poznać się lepiej przez telefon – wspomina Jarosława. Zaczęli rozmawiać codziennie. Stefan kończy lekcje i dzwoni do niej o 16.00. W Taszkencie jest wtedy 21.00. Mają ok. dwóch godzin. Potem ona idzie spać, a on na kolację i do książek. – Okazało się, że można się nawet pokłócić przez telefon. A potem przez ten sam telefon trzeba dojść do porozumienia. Albo cztery godziny klik, klik, klik, pisać do niej, żeby się pogodzić. Nigdy nie było tak, żebyśmy nie rozmawiali ze sobą np. przez tydzień. Dla nas to nie do pomyślenia. Nie palę, ale gdybym z nią nie rozmawiał, to na pewno bym zaczął. Bo nasze rozmowy to dla mnie antystresor. Mogę jej opowiedzieć o wszystkim, co mnie trapi – wyznaje Stefan. Na żywo widzą się trzy razy w roku. Zimą na święta, wiosną na Wielkanoc, a potem latem przez całe szkolne wakacje. Kiedy są razem, zawsze idą do teatru. To ich tradycja. Jeżdżą też za miasto do babci Stefana, która ma dom z ogrodem pełnym kwiatów. Pożegnania są pełne emocji. – Wychodzę cały mokry, bo jest wielki płacz i smutek. Za każdym razem dostaję też od niej długi list, który otwieram, gdy jestem w samolocie. Mam już cały stos takich listów – opowiada Stefan. W przyszłości planują zamieszkać razem w Krakowie. Ona spróbuje się dostać na ASP, a on chce studiować prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. – W Uzbekistanie widziałem przypadki łamania praw człowieka i powiedziałem sobie, że muszę coś z tym zrobić. W Polsce chcę zdobyć wykształcenie, które pozwoli mi pomagać słabszym, tak jak robi to moja mama, która pracuje w UNICEF-ie – tłumaczy Jeśli plan idealny się nie powiedzie, spróbują zrealizować chociaż plan minimum. – Możemy mieszkać osobno. Dla mnie to nie problem, żeby co weekend jeździć do niej autobusem. Ważne, żebyśmy byli bliżej siebie niż do tej pory –…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęście – to skomplikowane