Subskrybuj
francuski filozof i historyk, znawca filozofii antycznej (a szczególnie neoplatonizmu i stoicyzmu), którą interpretował jako ćwiczenie duchowe i sztukę życia; wieloletni profesor Collège de France, autor licznych publikacji, w języku polskim ukazały się: Filozofia jako ćwiczenie duchowe (1992), Czym jest...

Zachwycenia

Książki, które na mnie oddziałały, wyrażały to, co odczuwałem sam w sposób mglisty, wypowiadały lepiej ode mnie to, co sam chciałbym powiedzieć.

„Jako filozofować znaczy uczyć się umierać” (tłum. T. Boy-Żeleński). Gdy w roku 1936, mając lat 14, czytałem Próby Montaigne’a, natrafiłem na rozdział pod takim tytułem, który stał się dla mnie objawieniem. Od tego czasu symbolizuje on dla mnie jednocześnie Próby Montaigne’a, jak i moje życiowe „próby”, i filozofię starożytną, i filozofię jako taką.

Pojąłem wówczas, że filozofia to nie żadna teoretyczna ani abstrakcyjna konstrukcja, lecz ćwiczenie, terminowanie, nauka, nie tylko umierania, ale także życia podług pewnego sposobu, życia świadomego i przytomnego.

I że jedynym sensem dyskursu filozoficznego jest doprowadzenie do tego, by tak żyć, wreszcie – że ten gatunek filozofii był filozofią taką, jaką pojmowała i przeżywała starożytność, skoro w rozdziale Prób, o którym mowa, Montaigne opierał się na Platonie, epikurejczykach i stoikach.

Później wielokrotnie czytałem Próby i zawsze wracam do nich jak do domu, gdzie czuję się u siebie, gdzie odnajduję równowagę i pogodę ducha, gdzie za każdym razem natrafiam na rzeczy nieoczekiwane i nieznane. Skądinąd, czytając Próby, spotykamy się nie z książką, lecz z człowiekiem, czyli zagadką fascynującą i niemal niewytłumaczalną, z człowiekiem, który opowiada o sobie w sposób bezpośredni, bez samozadowolenia ani odrazy, który akceptuje siebie takiego, jaki jest, usiłując w łagodny sposób osiągnąć pogodę ducha, to Gelassenheit, jak powiedzieliby Niemcy, które nie jest niczym innym jak tylko mądrością. Już samo słowo „próba” dobrze wyraża te usiłowania, te ćwiczenia, te doświadczenia, które określają wysiłki podejmowane przez człowieka nazwiskiem Montaigne. W tym poszukiwaniu mądrości zestawia on bez zażenowania pozornie sprzeczne podejścia różnych starożytnych szkół: szkoły sokratejskiej, epikurejskiej, stoickiej, cynickiej, sceptycznej, które skądinąd, pomimo wszelkich rozbieżności, stawiały przed wysiłkami filozofii ten sam cel: dążenie do pogody ducha. Montaigne nauczył mnie tego, że ludzka rzeczywistość jest tak złożona, iż można ją przeżywać, jedynie wykorzystując, jednocześnie lub po kolei, bardzo różne nastawienia: napięcie i odprężenie, zaangażowanie i dystans, entuzjazm i rezerwę, pewność i krytykę, pasję i obojętność. Montaigne to brewiarz starożytnej filozofii, podręcznik sztuki życia: „Najwyższa to doskonałość i jakoby boska umieć szczerze zażywać swego istnienia”.

Montaigne nauczył mnie też wartości sokratejskiej prostoty, której „sekretne światło” przyświeca jedynie tym, co mają „jasny i dobrze przetarty wzrok”. Sokrates mówi tak, by zrozumieli go wszyscy, czy raczej nie mówi, lecz żyje i sprawia, że odkrywamy, iż każdy z nas ma, tak jak on, środki do tego, by osiągnąć mądrość: „Jesteśmy, ogółem biorąc, bogatsi, niż sami myślimy (…). Zbierzcie się w sobie; wraz znajdziecie argumenty natury przeciw śmierci, prawdziwsze i sposobniejsze, aby wam służyć”. W oczach Montaigne’a ludzie prości wykazują często w obliczu śmierci odwagę większą niż filozofowie.

*

W etyce Wittgensteina można by znaleźć ten sam podziw dla ludzi „skromnych”, których duch nie został zepsuty sztuczkami filozofii; tę samą sugestię, że rozwiązanie problemu życia polega na odkryciu, iż żadnego problemu nie było, czy raczej że odpowiedzi należy szukać nie w filozoficznej teorii, ale w życiu samym. Ono dowodzi ruchu przez poruszanie się, a życia szczęśliwego – przez bycie szczęśliwym. Zagadnienia te badał i poddał analizie w sposób godny podziwu Jacques Bouveresse w swej książce Wittgenstein: la rime et la raison (Wittgenstein: rym i rozum), wydanej w 1973 r. w Paryżu, w wydawnictwie Minuit. Można by jednak spróbować ustalić tradycję, w której mieszczą się niektóre sformułowania etyki Wittgensteina – na które, być może, natrafił po prostu za pośrednictwem Schopenhauera – zwłaszcza to twierdzenie z Traktatu…: „Ten żyje wiecznie, kto żyje w teraźniejszości” (tłum. B. Wolniewicz).

Jakkolwiek by było, to właśnie ten problem życia chwilą obecną zafascynował mnie szczególnie w Rozmyślaniach Marka Aureliusza. Ten myśliciel wielokrotnie zaleca koncentrowanie uwagi na teraźniejszości i życie z pewnego rodzaju świadomością integralną: świadomość siebie kontroluje w każdej chwili myśli; w każdej chwili świadomość moralna czuwa nad spełnianiem czynów, podjętych z zamiarem służenia ludzkiej wspólnocie; wreszcie świadomość kosmiczna sytuuje w każdej chwili to, co przypadkowe w biegu natury i uniwersalności kosmosu. Często powracam do tych Rozmyślań cesarza filozofa nie tylko z obowiązków zawodowych (przygotowanie tłumaczenia opatrzonego komentarzem), lecz także po prostu po to, by uporządkować myśli, by odnaleźć pogodę ducha, by próbować zyskać wspomnianą świadomość integralną przez koncentrację na chwili bieżącej. Gdy powracałem do tej książki, zawsze zadziwiało mnie to, że jest ona wciąż tak żywa. Ernest Renan nazwał ją „wieczną ewangelią, która nigdy się nie zestarzeje”, odnajdywał w niej „religię absolutną, wynikającą z prostego faktu posiadania świadomości moralnej, która stoi oko w oko ze światem. Nie będą zdolne zmienić jej żadna rewolucja, żaden postęp, żadne odkrycie”. To właśnie dlatego znaczna część teorii filozoficznej, a zwłaszcza kosmologia, w Rozmyślaniach jest zredukowana do minimum. Wielokrotnie znajdujemy w nich argumentację, którą można tak streścić: jeśli świat jest rozumny, działaj zgodnie z rozumem, jeśli jest wydany przypadkowi, ty się przypadkowi nie poddawaj, lecz działaj też zgodnie z rozumem. Jesteśmy tu, jak słusznie zauważył Renan, blisko Kanta. To sam Kant jest, w swej doktrynie moralnej, spadkobiercą fundamentalnej idei stoicyzmu, głoszącej, że jedynym dobrem jest dobro moralne, czyli intencja działania w zgodzie z rozumem, bez żadnego innego motywu niż sama powinność. Ta czystość intencji moralnej, niełączącej się z żadnym interesem, z żadną przyjemnością, jest celem sama dla siebie. Sama jest dla siebie zapłatą i nie oczekuje niczego od bogów.

Można do tego dodać, że wiele myśli Marka Aureliusza ma charakter ponadczasowy, uderzają nas równie mocno jak autor, który je sformułował dla siebie. Na przykład, gdy chodzi o medytację na temat śmierci: „Wnet zapomnienie o wszystkim przyjdzie na ciebie! I wnet zapomnienie wszystkich o tobie!” (tłum. M. Reiter); lub o próżności dążenia do sławy: „Jak wielu nie zna nawet twego imienia, ilu o nim wnet zapomni”.

Powróćmy teraz do Wittgensteina. Nie pamiętam już, jak natrafiłem na jego Tractatus logico-philosophicus; było to ok. roku 1958. Zgodnie z dobrymi tradycjami francuskimi, w owym czasie niewiele mówiono o tej książce, która ukazała się 40 lat wcześniej. Sądzę, że byłem jednym z pierwszych we Francji, którzy pisali o myśli Wittgensteina w latach 1959–1960. Skądinąd nigdy nie miałem pretensji do uchodzenia za specjalistę od Wittgensteina, filozofa niezwykle złożonego i trudnego. Prace Bouveresse’a i innych szczęśliwie nadrobiły stracony czas i zapoznały czytelników francuskich z tym filozofem. Mój Wittgenstein, w roku 1960, sprowadzał się do kilku zdań z Tractatus…: „Jest zaiste coś niewyrażalnego. To się uwidacznia, jest tym, co mistyczne”; „Odczucie świata jako ograniczonej całości jest uczuciem mistycznym”; „Nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Szczęście – to skomplikowane