Historię o poszukiwaniu misji zawodowej Aureliusz Leżeński – dyplomowany coach i specjalista z zakresu human resources – ma „spakowaną”, czyli gotową do opowiedzenia na wykładach o „wartości i misji”. Jako fachowiec od rozwoju zawodowego i zarządzania zmianami opowieścią o osobistych dylematach odpowiada na pytanie, jak znaleźć sens w pracy, której głównym celem jest generowanie zysków. Wie, o czym mówi, bo napięcie wynikłe z rozważań nad sensem życia pojawiło się u niego zaledwie kilka miesięcy po rozpoczęciu pracy w korporacji.
Wcześniej przez wiele lat uczył języka polskiego i był dyrektorem II Liceum Społecznego w Warszawie. Misja była oczywista: praca z młodzieżą, która nie chciała albo nie potrafiła zmieścić się w standardach publicznego szkolnictwa. Co może być misją pełnomocnika zarządu ds. szkoleń i rozwoju zasobów ludzkich w Empiku? Zyski osiągane ze sprzedaży kultury, których oczekują udziałowcy? O pomoc w szukaniu odpowiedzi na te pytania poprosił coacha. Konkluzja, do której doszli, spowodowała, że niepokój Leżeńskiego o to, czy aby nie popełnił błędu życiowego, zamieniając lekcje na szkolenia, minął. Skoro w życiu zawodowym najważniejsze jest dla niego humanizowanie systemu – czyli wprowadzanie takich zmian, które byłyby dobre i dla systemu, i dla ludzi w nim funkcjonujących – nie ma znaczenia, o jaki system chodzi.
„Poczułem, że praca w Empiku ma sens” – opowiada po latach. Młodzi ludzie rozpoczynający tam pracę potrzebowali przecież wsparcia tak samo jak jego dawni uczniowie, którzy nie potrafili zagrzać miejsca w żadnym liceum publicznym. Menadżerów mógł z kolei uczyć współpracy i rozwiązywania konfliktów równie skutecznie, jak kiedyś robił to w szkole wobec nauczycieli.
*
Kiedy Leżeński stawiał kolejny krok na HR-owej ścieżce, był już certyfikowanym coachem i zastanawiał się, jak zbudować w firmach system idealny. Dzisiaj nazywany „turkusową organizacją”, opiera się na przekonaniu, że przełożony może być coachem dla podwładnego. Kimś, kto nie tylko rozlicza z wyników, ale też zapewnia wsparcie, dla kogo zaufanie jest ważniejsze niż kontrola. Odpowiedzialność za własne zadanie do wykonania staje się z kolei istotniejsza od miejsca zajmowanego w firmowej hierarchii.
„Praca w obszarze HR-u dawała mi tyle satysfakcji, ile stawiała wyzwań – zapewnia Leżeński. – Ale po pracy łapałem się na myśleniu, że to wciąż tylko biznes, czyli wskaźniki, budżety, cele, na których wyznaczenie miałem niewielki wpływ. Zauważyłem, że brakuje mi pracy z młodzieżą”.
Zaproponował grupie znajomych, z którymi 10 lat wcześniej zakładał liceum społeczne, żeby zrobili coś razem, np. powołali do życia fundację. Pomysł się spodobał. Ale komu mieliby pomagać? Kiedy w maju 1989 r. Krystyna Starczewska, pionierka szkolnictwa społecznego w Polsce, powiedziała Leżeńskiemu: „Załóż liceum, bo nie mogę przyjąć wszystkich do szkoły na Bednarskiej”, zadanie było oczywiste. Trzeba było założyć szkołę dla młodzieży zdolnej, ale słabszej, która nie radziła sobie w szkołach publicznych schyłkowego PRL-u. W salkach katechetycznych, wynajętych przy ul. Gorlickiej w Warszawie, utworzył „Dwójkę”, czyli II Społeczne Liceum Ogólnokształcące (dzisiaj im. Pawła Jasienicy).
„Dla młodzieży, która potrzebowała pewnej czułości we współpracy – dopowiada Leżeński. – Kilkanaście lat później rodzajów szkół było już tak wiele, że nie widzieliśmy potrzeby uruchamiania kolejnego. I bez tego było w czym wybierać. Na co jednak mogli liczyć, np. wychowankowie domów dziecka?”.
Z dyskusji wychodziło im, że reguły nie ma, ale młodzi ludzie, którzy dorastali w pieczy zastępczej – tak w rodzinnej (rodziny zastępcze i rodzinne domy dziecka), jak w instytucjonalnej (różnego typu placówki opiekuńczo-wychowawcze) – nie zawsze posiadają najważniejszą umiejętność: samodzielnego życia w dorosłości.
Młodym ludziom brakuje pewności siebie, bo wielu z nich nie spotkało choćby jednego dorosłego, który by w nich wierzył. Nie potrafią nazywać emocji i radzić sobie z frustracją, wstydem czy agresją.
Strach przed niepowodzeniem paraliżuje chęć do działania, nie mówiąc o podejmowaniu takich, jakie wiązałyby się z wytrwałością czy ryzykiem porażki. Tę niemal zawsze traktowano jako powód do wstydu, a nie jako pole samodzielnego zdobywania doświadczeń. I jeszcze roszczeniowość – czasami nieuświadamiana, która pojawia się wraz z myśleniem, że „skoro tyle przeszedłem i mam trudniejszy start, potrzebuję pomocy większej niż inni”… Niektórzy mają problemy z okazywaniem wdzięczności.
Tego wszystkiego w 2002 r., kiedy Aureliusz Leżeński i jego znajomi założyli w Warszawie Fundację Robinson Crusoe, nie mogli jeszcze wiedzieć. Bohatera powieści Daniela Defoe, który przeżył na bezludnej wyspie ponad 28 lat, uznali jednak za poręczną metaforę swoich aspiracji: nauczyć wychowanków różnych instytucji opiekuńczych wytrwałości. Przekonać ich, dzięki osobistym doświadczeniom, że wiara w możliwość kierowania własnym życiem to nie mrzonki.
###banner###
*
Twarze młodych ludzi zasłaniają antycovidowe maseczki, młodzi trzymają w dłoniach karty Dixit. Za chwilę każdy z nich, zainspirowany wybraną kartą o tajemniczych znaczeniach, powinien opowiedzieć zmyśloną historię. Zamiast tego padają jednak pojedyncze zdania. Barbara Biernat i Kuba Słowik, pedagożka i psycholog prowadzący spotkanie, zachęcają: „Opowiedz, dlaczego wybrałeś właśnie tę, co ona mówi o tobie”. „Widzę w niej tęczową moc”. „Na mojej karcie jest wieczór – moja ulubiona pora”. „Gdy się zdenerwuję, mogę uderzyć”. „Skojarzyła mi się z kuchnią, a ja lubię gotowanie i jedzenie”. „Nie lubię tego, co jest”.
Kolejne zdania lapidarnych historii przebijają się przez stuki tramwajów przejeżdżających kilkanaście metrów od uchylonych okien. W ciepłym powietrzu sobotniego przedpołudnia wirują żółte liście. Następnego dnia nastąpi załamanie pogody – ostrzegają meteorolodzy. Tymczasem ponad 20 młodych osób, zamiast łapać ostatnie godziny babiego lata, cierpliwie uczestniczy w czterogodzinnym spotkaniu, po którym tylko jedna na zakończenie powie: „Nie podobało mi się, za dwa tygodnie raczej mnie nie będzie”.
Konrad, Sandra, Marek, Janek, Maria, trzech Bartków i kilkanaścioro ich znajomych są w szkole średniej. Każde przebywa w pieczy zastępczej. Uczestniczą w spotkaniu Wehikułu Usamodzielnienia – w jednym z programów Fundacji Robinson Crusoe, pierwszym zorganizowanym w Krakowie w nowym roku szkolnym. Krakowski Wehikuł, korzystając z pomieszczeń jednej z lokalnych fundacji, istnieje od 2017 r. i jest jednym z dziesięciu, które do tej pory powstały w całym kraju. Gromadzą ponad 200 osób, które spotykają się co dwa tygodnie przez dwa lata.
W pierwszym roku działania Wehikułu w Krakowie na zajęciach pojawiła się Barbara.
„Pamiętam, że kiedy pierwszy raz znalazłam się w swoim domu, uderzyła mnie pustka – mówi niespodziewanie w kuchni. – W domu dziecka, gdzie mieszkałam przez 12 lat, było wiele cioć i wujków, koleżanek, znajomych, a tu nagle puste mieszkanie”.
Marek, który z koleżanką i kolegą przyjechał na zajęcia Wehikułu z Rudy Śląskiej, i Janek, który dzięki fundacji odbył bardzo udany staż w jednym z lokali Starbucksa („Po raz pierwszy znalazłem się w miejscu pracy, gdzie nikim nie pomiatano”), nie czują się skrępowani wyznaniem. Barbara, szczupła blondynka ze smartfonem, który wydaje się przyklejony do dłoni (tak często jest w użytku), mówi szybko, niemal na jednym oddechu. Drugi oddech pozwala jej powiedzieć, jak to na tym telefonie właśnie słuchała wykładów, kiedy w marcu 2020 r. wprowadzono lockdown. Była w połowie pierwszego roku pedagogiki.
„Laptop, który dostałam od Robinsona, uratował mi życie” – zapewnia. Nie jest precyzyjna. Nowe urządzenie na pewno pomogło jej ochronić oczy, męczące się od wpatrywania w wąską płytkę smartfona, ale – co równie ważne – fundacja niczego nie daje. Raczej zachęca do działania.
Barbara była zdolną uczennicą, angażowała się w zajęcia Wehikułu, więc pewnego dnia usłyszała od prowadzących zajęcia: „Nie chciałabyś przystąpić do programu Dream Worker?”. To program stypendialny fundacji, z którego można korzystać przez kilka lat pod warunkiem, że się opracuje – z osobistym tutorem, pod którego opieką przebywa się podczas stypendium – Indywidualny Plan Rozwoju. Konieczność jego napisania zmusza do przemyślenia spraw najważniejszych: kim chcę zostać i dlaczego?, czy chcę iść na studia?, czego potrzebuję, żeby osiągnąć swój cel? Do planu trzeba przekonać władze fundacji – temu służy rozmowa rekrutacyjna do programu. Ważny jest opiekun, który ma być wsparciem w chwilach zniechęcenia albo zmiany planów. Barbarze spodobał się pomysł, opracowała zatem plan, którego częścią są studia. Właśnie dlatego otrzymała laptop. Jej plan obejmuje zresztą nie tylko najbliższe lata. Myśli o pracy w przedszkolu, zwłaszcza że podczas pierwszych praktyk zaintrygowały ją zajęcia z dziećmi autystycznymi.
„Dlaczego angielska nazwa programu? Bo chcemy, żeby aspirowali, np. do takiego świata, w którym język angielski jest równie potrzebny jak ojczysty” – wyjaśnia Leżeński, prezes Fundacji Robinson Crusoe (funkcję wykonuje społecznie, zarabiając na życie jako coach, facylitator i wykładowca). „Program nauki angielskiego nazwaliśmy Future Makers. Nieprzypadkowo, bo niezależnie od tego, gdzie nasz podopieczny będzie pracował, ten język mu się przyda, a jego opanowanie odblokowuje odwagę. Przełamując barierę językową, trudniej się obawiać, że coś jest nie dla mnie, bo za trudne. A jeśli w coś chcielibyśmy wyposażyć naszych podopiecznych, to w wiarę, że sobie poradzą. I to w każdych okolicznościach”.
Trzymiesięczne konwersacje odbywają się 2–3 razy w tygodniu. Telefonicznie lub on-line. Prowadzą je, społecznie, mentorzy, którymi są pracownicy firm (nie zawsze mówiący po polsku), finansowo wspierający Fundację Robinson.
*
Ponad 55 tys. – tyle osób znajdowało się w rodzinnej pieczy zastępczej w 2018 r. w Polsce.
W instytucjonalnej było ich ponad 17 tys. (dane podane przez Koalicję na rzecz Rodzinnej Opieki Zastępczej w lutym 2020 r.). Czym wobec takich liczb jest praca z nawet kilkuset osobami, które przeszły przez 17 programów (w tym 5 międzynarodowych) Fundacji Robinson Crusoe? Szukanie odpowiedzi w dużej skali może zaprowadzić na manowce, bo skala wyzwań wydaje się przekraczać dużo większe możliwości niż te, które posiada jedna fundacja. Jeśli jednak zejść do poziomu pojedynczego człowieka, który chce zmienić życie, rozważania o sukcesie zaczynają się robić ciekawe. Zosię, uczestniczkę jednego z Wehikułów, trudno było zrozumieć z powodu wady wymowy. Jeżeli w ogóle zabierała głos, bo – przynajmniej w pierwszym roku udziału w zajęciach – prawie zawsze milczała. Ale w kolejnym roku prowadzący zapytał uczestników o ich pasję. Siedząc…