Wyobraźcie sobie baśniową, górzystą krainę na dalekiej północy, gdzie zimą słońce w ogóle nie wschodzi, a latem nie zachodzi. Gdzie prawie nie ma przemysłu, a przyroda wciąż pozostaje dziewicza. Wokół panują pustka i cisza przerywana jedynie szumem wartkich rzek. Ta kraina istnieje naprawdę, i to w Europie, nie tak daleko od nas, a do tego zajmuje powierzchnię większą niż Polska, ale w odróżnieniu od naszego kraju gęstość zaludnienia wynosi tam tylko pięć osób na 1 km2 . Ta kraina to Sápmi.
Łącznie okolice zamieszkuje ok. 2 mln ludzi, w tym szacunkowo do 100 tys. Saamów. Nic wam nie mówi ta nazwa? Może słyszeliście za to o Lapończykach? To o nich mowa, chociaż sami Saamowie – ludność pierwotna pochodzenia ugrofińskiego, najstarsi mieszkańcy półwyspów Fennoskandzkiego i Kolskiego – uznają tę nazwę za pejoratywną.
Jeśli interesujecie się Skandynawią lub byliście tam przypadkiem na wymianie studenckiej, być może nawet dotarliście za koło podbiegunowe, żeby po wizycie w wiosce św. Mikołaja lub przejażdżce psim zaprzęgiem popodziwiać zorzę polarną, pogłaskać renifera, usiąść w saamskim namiocie – goahti – i posłuchać joiku lub opowiadanych przy ognisku historii, w których pobrzmiewa echo pradawnych walk toczonych przez Saamów z Czudami (najpewniej innym ludem ugrofińskim napierającym z południa).
Podobny egzotyczny wizerunek Saamów pobrzmiewa w wielu tekstach prasowych, gdzie podróżnicy relacjonują swoje wyprawy na północ. Renifery, joik i tradycyjne niebiesko-czerwone stroje to oczywiście istotna część kultury (i przemysłu turystycznego), tak jak owce, oscypki i kierpce na Podhalu, ale dla wielu Saamów nie są już dziś codziennością. Tak samo ich kultywowany przez wieki koczowniczy styl życia.
Za tym utartym, barwnym wyobrażeniem powielanym przez foldery turystyczne zachęcające do przyjazdu w te rejony kryje się mało znana historia, która kładzie się cieniem na wizerunku Szwecji (a także Norwegii i Finlandii) jako opiekuńczego państwa równości i równouprawnienia.
Saamowie, podobnie jak wiele ludów pierwotnych – Indianie w Stanach Zjednoczonych czy Aborygeni w Australii – byli uważani za gorszych, mniej inteligentnych, niezdolnych do samodzielnego życia bez nadzoru i pomocy państwa.
Przez lata podlegali systemowej dyskryminacji i wynaradawianiu. W I poł. XX w. Szwecja i Norwegia porozumiały się nad ich głowami o konieczności ograniczenia stad reniferów i przesiedleniu Saamów z tradycyjnie zajmowanych pastwisk bardziej na południe. Koczownik nie ma przecież prawa do ziemi.
###banner###
Granice dzielą świat
Rzymska maksyma „dziel i rządź” w przypadku Saamów ma wiele zastosowań. Jeśli odejść od jej pierwotnego znaczenia, w 1751 r., kiedy wytyczano na północy granicę między Szwecją a Norwegią, chodziło właśnie o to, żeby podzielić administracyjnie Sápmi i przypisać jej mieszkańców odpowiedniej władzy. Wcześniej Saamowie nikomu oficjalnie nie podlegali, nie należeli do konkretnego państwa ani też z żadnym się nie identyfikowali. Żyli tam, gdzie się urodzili i gdzie wcześniej mieszkali ich przodkowie, i śladem ojców wędrowali między letnimi i zimowymi pastwiskami. Władze Szwecji i Norwegii świadome ich szczególnego stylu życia podpisały wówczas jako załącznik do traktatu granicznego tzw. kodycyl lapoński, rodzaj glejtu gwarantującego hodowcom reniferów swobodne przekraczanie granicy, prawo wyboru obywatelstwa, użytkowania ziemi i wody w innym kraju za niewielką opłatą i samo prawo wypasu reniferów. Sytuacja jednak stopniowo zmieniała się na niekorzyść Saamów.
Po XIX-wiecznym przebudzeniu narodowym władze w Norwegii zaczęły dążyć do ograniczenia praw Saamów i liczby reniferów w Norwegii oraz zachęcać rolników i rybaków do zajmowania obszarów na północy kraju (w tym czasie wzmogła się także szwedzka kolonizacja ziem Saamów od południa – w konsekwencji Saamowie stanowią dziś mniejszość na tym terenie). W 1852 r. Norwegia zamknęła granicę z Rosją i Wielkim Księstwem Finlandii. Norwescy Saamowie przenieśli się do Szwecji, bo tam jako hodowcy reniferów mieli jeszcze prawo swobodnego przemieszczania się przez granicę szwedzko-fińską. Migracja doprowadziła jednak do zwiększenia liczby reniferów w okolicach Gárasavvon (szw. Karesuando) i w 1889 r. Finlandia zamknęła granicę ze Szwecją, a wtedy część Saamów powróciła do Norwegii.
Kiedy w 1905 r. została rozwiązana unia szwedzko-norweska, Norwedzy nie chcieli już dłużej tolerować Saamów, którzy latem wędrowali z reniferami na nadmorskie pastwiska w okolice Tromsø. Dla Norwegów Saamowie byli Szwedami i to szwedzkie władze powinny się nimi zająć. Sztokholm zobowiązał się coś z tym zrobić. Szwedzi wymyślili, że przesiedlą Saamów – w końcu jako nomadzi są przyzwyczajeni do wędrówek. W 1919 r. Szwecja i Norwegia uzgodniły konwencję regulującą wypas reniferów (obowiązywała do lat 70., kiedy podpisano nową). Saamom odebrano ziemię i ograniczono liczbę hodowanych przez nich zwierząt. Zdecydowano też o relokacji, która trwała do początku lat 30. XX w.
Najpierw przesiedlano ich na południe regionu Norrbotten, a gdy tam zrobiło się ciasno, od 1926 r. kierowano ich dalej na południe do Västerbotten i Jämtland, dlatego niektórzy byli przesiedlani nawet kilka razy. Początkowo relokacje były dobrowolne – władze chciały się zabezpieczać na wypadek skarg – i Saamowie musieli wnioskować o przesiedlenie. Nie wiadomo jednak, jak wypełnianie dokumentów odbywało się w praktyce i czy Saamowie wiedzieli, co podpisują, bo większość z nich miała problemy z czytaniem i pisaniem. Z czasem władze zrezygnowały z tego zabezpieczenia – i tak nikt nie mógł im nic zrobić – i przyznały urzędowi ds. Lapończyków prawo dowolnego wyznaczania przesiedleńcom miejsca zamieszkania, oddalonego nawet o kilkaset kilometrów od ich rodzimych stron.
Przesiedlano całe wioski, nie zważając przy tym na pokrewieństwo i prośby samych zainteresowanych, rozdzielano rodziny i przyjaciół, wysyłając ich w różne strony. Saamowie ruszali w nieznane na południe, mając nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie im dane powrócić na ziemię ojców. Ci, którym pozwolono zostać, nie wiedzieli, co się dzieje z przesiedleńcami: możliwości kontaktu były ograniczone z powodu braku telefonów i niepiśmienności Saamów. Jeśli ktoś nie chciał się przenieść, mógł ewentualnie wybić całe stado reniferów, inaczej groziły mu kary finansowe, których zazwyczaj nie był w stanie zapłacić.
O ile jednak człowiek, nie mając innego wyjścia, przyjmie do wiadomości, że nie wolno mu się przemieszczać na północ, o tyle reniferom trudniej to wytłumaczyć. Zwierzęta instynktownie kierowały się „do domu” i gubiły w nieznanym sobie terenie. Tym samym Saamowie tracili to, co mieli najcenniejszego. Jeśli reniferom udało się wrócić na dawne pastwiska, władze wlepiały ich właścicielom kary za nielegalny wypas zwierząt.
Warto wspomnieć, że choć Saamowie postrzegali się jako jeden lud, nie byli jednolitą grupą. Różne odizolowane od siebie społeczności miały własne tradycje, odmienne sposoby hodowli i nie mówiły jednym językiem (wyróżnia się dziesięć języków saamskich, z czego sześć ma formę pisaną). Języki te tworzyły wprawdzie kontinuum i Saamowie zamieszkujący sąsiadujące ze sobą tereny mogli się porozumieć, ale ci, którzy historycznie mieszkali dalej od siebie, nie rozumieli się nawzajem. Wielu Saamów nie znało też szwedzkiego.
Saamów, dla których zabrakło miejsca na północy, nie przesiedlano na pustkowie, ale na obszary zamieszkiwane przez inne saamskie społeczności. Nie jest jasne, czy ktoś coś z nimi wcześniej ustalał lub choćby informował je o planowanych relokacjach. Tu maksyma „dziel i rządź” znów o sobie przypomina, tym razem w kanonicznej formie. Przesiedlenia Saamów z północy prowadziły do konfliktów z Saamami z południa, bojącymi się konkurencji i konieczności dzielenia pastwiskami z innymi oraz niemającymi pewności co do własnej przyszłości. Część z nich apelowała do władz, by odesłały przybyszów z powrotem, inni woleli się nie wychylać, obawiając się, że może ich spotkać ten sam lub nawet gorszy los. Wzajemna niechęć i podziały między Saamami utrzymywały się długo po przesiedleniach, a sprawy o zawłaszczoną ziemię toczą się w sądach do dziś.
Władze nie traktowały Saamów równo, dzieląc ich na grupy i przyznając różne prawa. W promowaniu i wcielaniu w życie rasistowskiej polityki nie bez winy był luterański Kościół Szwecji, m.in. gdy chodzi o obrzydzanie Saamom ich tradycji traktowanej jako przejawy pogaństwa (zaciekle zwalczał szamanizm, palił na stosach bębny i przyrównywał joik – tradycyjny śpiew – do animalistycznego diabelskiego wycia).
W 1906 r. Vitalis Karnell, proboszcz i inspektor szkół dla nomadów, pisał tak: „Kiedy jakiś Lapończyk albo Laponka zaczyna spacerować po Sztokholmie w mniej lub bardziej złachmanionym lapońskim stroju, kiedy Lapończycy zaczynają tworzyć stowarzyszenia i mieć własne gazety, kiedy zaczynają pobierać nauki w wyższych szkołach ludowych, wtedy przestają być Lapończykami, a stają się najnędzniejszymi ludźmi, jakich sobie można wyobrazić” (tłum. Natalia Kołaczek). Dlatego jego zdaniem wszelkiej nauki poza obyczajnością i życiem w trzeźwości należało dla ich własnego dobra zaniechać.
Zgodnie z teoriami darwinizmu społecznego inny duchowny – sympatyzujący z prawicą biskupa Luleå – opowiadał się za odseparowaniem prymitywnych Saamów od cywilizowanych Szwedów i wspierał działalność Instytutu Biologii Rasowej w Uppsali. Był jednym z głównych orędowników koncepcji sformułowanej przez Karnella, że Lapończyk ma pozostać Lapończykiem. W swoim pseudonaukowym artykule Lappernas Etnografi, språk och historia…