W dawnej kaplicy sióstr salezjanek na Starych Bałutach w Łodzi Iwona Karaś, szefowa Specjalistycznego Ośrodka Wsparcia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie, opowiada, jak będzie wyglądał Magiczny Ogród SOW-y. Zielona rabata, szpaler nasadzeń, część przeznaczona wyłącznie dla dzieci stanie się mikroplażą, bo zostanie wysypana piaskiem.
„W takim miejscu jak to najgorsza jest bylejakość” – zapewnia, pokazując dokładnie rozrysowaną makietę zmian. Matka dwóch dorosłych synów, prywatnie żona pastora łódzkiego zboru Kościoła zielonoświątkowego, Piotra Karasia, jest szczupła, ma rude włosy i prawie trzy dekady doświadczeń w pracy z ofiarami przemocy w rodzinie.
Przy bramie pozostaną cztery potężne kasztanowce pamiętające czasy Ochronki Bałuckiej założonej w tym budynku na początku XX w. dla sierot i dzieci z polskich i żydowskich rodzin. Salezjanki pojawiły się tam w czasie wielkiego kryzysu gospodarczego w 1930 r. i przetrwały przy Franciszkańskiej kilka następnych dekad, prowadząc m.in. ochronkę, szkołę krawiecką dla dziewcząt, świetlicę. Z jednopiętrowego budynku wysiedliło je zarządzenie okupacyjne, na mocy którego długa ulica wyłożona do dzisiaj kocimi łbami znalazła się w środku żydowskiego getta, utworzonego z Bałut i Starego Miasta w lutym 1940 r.
Grube mury z wysoko sklepionym sufitem nie przepuszczają czerwcowego skwaru. Kanapy i półki z książkami i zabawkami dla dzieci wypełniają dawną kaplicę, która w ośrodku stała się salą przeprowadzania rozmów i spotkań, także terapeutycznych. Iwona Karaś pojawiła się w niej pierwszy raz w 1994 r., kiedy nowo powstały ośrodek, który był wówczas hostelem dla matek i dzieci doświadczających przemocy, szukał pielęgniarki. Ona miała wykształcenie i kilka lat stażu w wyjątkowym miejscu – szpitalu powiatowym w Trzebnicy niedaleko Wrocławia, gdzie od 1973 r. istniał Ośrodek Replantacji Kończyn. Założył go doktor Ryszard Kocięba – chirurg, który przeprowadził z sukcesem pierwszą w Europie operację przyszycia pacjentowi dłoni utraconej w wypadku. Kiedy Iwona Karaś przyjechała do Trzebnicy w 1989 r., jako pielęgniarka tuż po liceum Medycznym, pracowali tam już jego wychowankowie, m.in. doktor Jerzy Jabłecki, który kilkanaście lat później doprowadzi do powstania w Polsce programu przeszczepiania rąk od nieżywych dawców.
W 1989 r. jest jednym z przełożonych Iwony, która zbiera doświadczenia m.in. na oddziale intensywnej terapii. Uczy się szybkiego podejmowania decyzji i pracy w zespole ludzi, dla których najważniejszy jest pacjent. Zabiera tę naukę, gdy z mężem przeprowadzają się do Łodzi, nie mając nic poza rocznym stażem małżeńskim. Łódź, gdzie mieszka dziadek męża, wydaje się dobrym miejscem, żeby zacząć w życiu coś nowego.
Klientki, nie podopieczne
– Zrób cokolwiek – to główna zasada naszej pracy z dziewczynami. Zazwyczaj słyszymy: „Ale ja nie umiem” albo: „Źle to zrobię”. Odpowiadamy: „Zrób, jak umiesz”.
Nasze dziewczyny siadają więc przed białą kartką papieru i próbują pisać. Skreślają, poprawiają, zaczynają po kilka razy. Wiele z nich w nic już nie wierzy, przede wszystkim w możliwości, które wciąż w nich są – to skutek wieloletniego bicia, manipulowania i stosowania kontroli graniczącej z ubezwłasnowolnieniem – więc nie wierzą i w sens tego pisania.
Decyzja o opuszczeniu domu, często nagła, podejmowana w desperacji, była dla nich heroiczna. Po tym, co przeszły i ile kosztowało je wyrwanie się z piekła, liczyły na coś innego. Że tak jak wcześniej partner wszystkim kierował, tak teraz zrobimy to my, tylko bez krzyku i poniżania.
To nie tak: pomagamy, ale nie wyręczamy. Dziewczyny muszą nauczyć się samodzielnego prowadzenia swoich spraw, wtedy trudniej będzie nimi manipulować. A poza tym raz poznanych praw czy odkrytych możliwości już nie dadzą sobie łatwo odebrać.
I dziewczyny piszą, np. podanie do władz miasta o przyznanie lokalu socjalnego. Można na nie czekać nawet pięć lat, ale jeśli nie rozpocznie się procedury, będą musiały je wynająć albo kupić na wolnym rynku. Inne podanie musi być skierowane do sądu: o ustalenie miejsca pobytu dzieci przy matce. Na to z kolei czeka się jakieś sześć miesięcy, czasami dłużej. Bez tego orzeczenia, jeśli ojciec nie ma ograniczonych praw rodzicielskich, może zabrać dzieci, np. gdy będą wracać ze szkoły, i… ma do tego prawo. Nawet jeśli wcześniej był agresorem, a dzieci chce odzyskać m.in. po to, by dręczyć ich matkę, utrudniając jej kontakt z nimi. Kolejna sprawa: własne konto bankowe, na które będą wpływać świadczenia na dzieci, bo do tej pory konto miał tylko partner naszej klientki, więc jest bez grosza. Jeśli dzieci są podrośnięte albo mają opiekę, dziewczyny szukają pracy.
Spraw jest bez liku, jedna pączkuje z drugiej, ale każdy krok do przodu pokazuje im, że wysłuchiwane przez lata komunikaty: „Do niczego się nie nadajesz”, „Nic nie umiesz”, „Beze mnie sobie nie poradzisz” – to były kłamstwa. Nadają się, umieją i sobie radzą. Fachowcy nazywają ten proces odzyskiwaniem poczucia sprawczości.
Jak mówić „nie”
W pomaganiu ofiarom przemocy nie ma spektakularnych przemian. To raczej nauka wykonywania drobnych kroków w dobrą stronę. Ale np. dla Marii dwa krótkie zdania wypowiedziane do męża: „Myślę inaczej. Zrobię, jak będę uważała”, były życiową rewolucją. Przekonała ją o tym jego reakcja: „Boże, co oni z tobą zrobili”. Terapeuci z ośrodka, gdzie spędziła trzy miesiące, zasugerowali jej warsztaty asertywności – była po pięćdziesiątce, kiedy nauczyła się mówić „nie”, przedstawiać własne zdanie i stawiać granice. A przynajmniej próbowała to robić.
###banner###
Gdy pojawiła się przy Franciszkańskiej, miała trzech prawie dorosłych synów, za sobą kilka dekad ciężkiej pracy w gospodarstwie męża i niewielkie oszczędności (mąż nie dzielił się z nią wypracowanymi wspólnie dochodami).
Była głęboko religijna. Dla wszystkich miła i uczynna, pozbawiona własnego zdania i zawsze podporządkowana. Tak ją wychowano, tego oczekiwał mąż. Urządził jej w życiu wiele awantur, które mogły się rozpocząć z każdego powodu, i właśnie podczas jednej z nich Maria, nie bardzo wiedząc, dlaczego właśnie teraz się na to decyduje, spakowała się i wyjechała do Łodzi.
Ktoś przekazał jej adres ośrodka dla ofiar przemocy. Tam opowiadała swoje życie, racjonalizując wszystkie złe rzeczy, które ją spotkały, i usprawiedliwiając męża.
Opowiedz, jeśli chcesz
– Nie mówię do klientki: „Rozumiem” ani: „Nie rozumiem”. Ona tyle przeszła, a ja po kilkunastu zdaniach jej opowieści mam ją zapewniać, że „rozumiem”? W taki sposób mogłabym się zwrócić do osoby, która np. rozpoczyna leczenie onkologiczne, bo sama zakończyłam je dwa lata temu, walcząc z chłoniakiem. Ale też nie do końca, bo nasza sytuacja byłaby jedynie podobna, nie ta sama.
Mówię do dziewczyny: „Widzę, że źle się czujesz”, „Opowiedz, jeśli chcesz”. To jedyne, co mogę zrobić: odpowiedzieć z empatią na problem, który mi się przedstawia. I nie dziwić się, np. niespójności opowieści. Bo jak to? On ją poniża, a ona szuka dla niego usprawiedliwień? Popatrzmy na to oczami ofiary. Kocha i poniża, często bijąc, ten sam mężczyzna. Kobiety słyszą przecież: „Kocham cię, ale…”. I tu następuje litania powodów, które w partnerze budzą agresję: „Spójrz, jak wyglądasz”, „Jak ty się zachowujesz?”, „Teraz to już przesadziłaś!”. Spirala się nakręca. Po latach takiego treningu ona jest przekonana, że na miłość i akceptację trzeba zasłużyć.
Straszne rzeczy, np. przemoc fizyczna, nie dzieją się od początku. Ona pamięta, że kiedyś był oddany i pomagający. Do dzisiaj potrafi taki być wobec dzieci. Pamiętając dobre chwile, kobieta usprawiedliwia jego agresję. Zwłaszcza jeśli pojawiła się ona na skutek konkretnych zdarzeń: partner stracił posadę albo zachorował, albo czuje się lekceważony w pracy, ktoś go zdenerwował. Budowane latami zagrożenie, w jakim ofiary znalazły się za sprawą najbliższej sobie osoby, staje się dla nich przezroczyste. Nie dziwię się, kiedy kobiety podczas pierwszej rozmowy przed przyjęciem do ośrodka, pytają nas: „Jak to możliwe, że się tu znalazłam?”.
Co jest nie tak?
Anita nie chciała zdjąć antycovidowej maseczki z twarzy, mimo że rozmawiała z Iwoną Karaś w pokoju z wysoko zawieszonym sufitem i przy zachowaniu co najmniej dwumetrowej odległości. „Po co? – wyznała wreszcie. – Mam zdrapaną całą twarz”.
Swędzenie było zbyt natarczywe, żeby się powstrzymać. Ból zaschniętych rozdrapań mieszał się z dziwną przyjemnością zadawania sobie kolejnych ran, bo czuła wtedy, jak się uspokaja. Stres wywoływały banalne uwagi męża, np.: „Po co kupiłaś dziecku dwie koszulki? Przecież szybko rośnie i drugiej nawet nie zdążysz mu założyć”, „Mogłabyś się przyłożyć i sprzątać zabawki po dziecku na bieżąco – jeszcze ktoś się wywróci”. Każdego dnia takich uwag potrafiło paść kilkanaście.
Kobieta nie pracowała, bo, jak tylko na świecie pojawiła się córka, dowiedziała się, że jej wychowania nie da się pogodzić z pracą zawodową. Wydawanie pieniędzy kontrolował mąż, gdy ocenił, że jest nieoszczędna i nie potrafi zrobić sensownych zakupów. Sprzątanie też nie mogło się obyć bez jego uwag, bo i z tym Anita sobie nie radziła, a przecież zajmowała się dorobkiem jego rodziców (mieszkali w domu przez nich zbudowanym). Zadrapania na twarzy stały się koronnym dowodem na zaniedbanie, w którym się pogrąża. Koleżanki? To strata czasu, więc lepiej, jak kolejny raz odkładane spotkanie Anita odwoła. Kontrola? Anitę mąż przekonuje, że to nie jest kontrola, tylko troska o rodzinę.
Dziewczyna nie pamięta, od kiedy większość jej wysiłków jest oparta na jednej kalkulacji – jak uprzedzić kolejne wybuchy poirytowanego męża? O czym pamiętać, co zrobić zawczasu? Zmywać na bieżąco, przecierać półki na mokro i na sucho, zbierać zabawki do jednego miejsca. Żyje jak w strefie przyfrontowej: czujna i zwarta. Mąż nigdy jej nie uderzył, więc właściwie – i to pytanie zadała w ośrodku przy Franciszkańskiej – co jest nie tak, bo jej nie chce się już żyć?
Czas nam dany
– Szef i założyciel ośrodka Jacek Leonkiewicz chciał mieć zespół, który zapewni klientkom wsparcie psychoterapeutyczne. Podejście było pionierskie, bo miejsca, które przyjmowały ofiary przemocy domowej, działały trochę jak przechowalnia. Nie było wówczas żadnych ram działania, nawet Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie pojawiła się dopiero w 2005 r. Ale byli ludzie, którzy mieli doświadczenie pracy z ofiarami przemocy. Tacy jak Jacek Leonkiewicz właśnie, od którego brałam wiedzę garściami. I jednocześnie uzupełniałam wykształcenie: studiowałam na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego, ukończyłam Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie (gdzie uczyła mnie m.in. Anna Lipowska-Teutsch, współzałożycielka Ośrodka Interwencji Kryzysowej w Krakowie, jednego z pierwszych w Polsce miejsc wsparcia dla ofiar przemocy) czy specjalistyczny Trening Zastępowania Agresji….