Agata, ale jeśli ja mam to zrozumieć, jeśli coś ma się zmienić, ja muszę móc wypowiedzieć, co myślę, i w rozmowie z tobą wspólnie się zastanowić, co z mojego myślenia ma sens – powiedział mój przyjaciel w desperacji. Ja też byłam zdesperowana, w gniewnym retorycznym ferworze, na serio moralnie poruszona. Właśnie spadałam w przepaść: przepaść między wyobraźnią mężczyzn i kobiet obnażoną przez #MeToo.
A jednak musiałam się w tym locie zatrzymać. Bo choć miałam rację, on również ją miał – jeśli mamy zdementować patriarchalną wyobraźnię, której nosicielami i nosicielkami w różnym stopniu jesteśmy wszyscy, ale która dla mężczyzn jest wygodniejsza, a więc i bardziej przezroczysta, to tu, w kontekście długiej znajomości, gdy wiem, że on naprawdę próbuje zrozumieć, musimy stworzyć sobie jakąś safe space na wyrażenie niepoprawnych wątpliwości. Odetchnęłam głęboko, starając się wziąć w nawias moje słuszne oburzenie.
Bastiony pychy
Od #MeToo i tamtej rozmowy minęły już niemal cztery lata. Harvey Weinstein trafił do więzienia, Bill Cosby już z niego wyszedł. Kolejne sprawy ujawnionej przemocy przelatywały jak meteory przez przestrzeń publiczną – płonąc w gwałtownym rozbłysku zbiorowych emocji, wypalając się na salach sądowych, w gąszczach procedur, by spaść – nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie, bez morału.
#MeToo nie przyniosło zbiorowego katharsis: rozpoczęło burzliwy proces bez realistycznego scenariusza jego zamknięcia.
Jak bowiem odnosić się do ludzi, którzy zostali oskarżeni, ale sprawy się przedawniły albo trzeba było zamknąć śledztwo z braku dowodów? Jak miałyby wyglądać działania naprawcze wykraczające poza skazanie konkretnych przestępców? Czy po odsłonięciu rozmiarów seksualnej przemocy kobiety i mężczyźni nie muszą wypracować jakiejś wizji pojednania?
Z tymi problemami mierzy się Martha Nussbaum w swojej najnowszej książce Citadels of Pride. Sexual Abuse, Accountability, and Reconciliation (Bastiony pychy. Molestowanie, odpowiedzialność i pojednanie). Autorka, która jeszcze przed #MeToo pisała publicznie o swoim doświadczeniu dyskryminacji i gwałtu, stawia zdecydowaną tezę: środowiskowe piętnowanie oskarżonych nie jest zgodne z demokratycznymi standardami i nie stanowi najskuteczniejszej metody walki z przemocą. Podkreśla, że w USA rewolucyjne zmiany w ostatnich dekadach dokonały się dzięki żmudnej i niespektakularnej pracy prawniczek i prawników: interpretacja po interpretacji (prawo precedensowe!) zmieniano sposób rozumienia gwałtu i stworzono nową gałąź prawa związaną z molestowaniem seksualnym w pracy. Prawo i procedury – argumentuje Nussbaum – dają oskarżonym prawo do uczciwego procesu, ale też zmieniają powszechną świadomość, modelują zachowania. Dlatego to na ich zmienianiu powinniśmy się skupić.
Punktem wyjścia ma być diagnoza emocjonalnego podłoża przemocy seksualnej. Zdaniem Nussbaum za uprzedmiotowianiem kobiet stoi kulturowo podtrzymywana pycha mężczyzn (czyniąca ich podobnymi do czyśćcowych dusz z Boskiej komedii odpokutowujących ten grzech z twarzami zwróconymi do wewnątrz siebie). Lekarstwem na nią nie może być jednak zawstydzanie (wstyd nie może być karą w społeczeństwie demokratycznym, bo jest emocją opartą na nierówności), ale przyjmowanie takich reguł instytucjonalnych, by posiadający władzę mężczyźni nie mogli czuć, że są ponad prawem. Filozofka przedstawia szczegółowe projekty reform środowisk, w których obowiązująca ochrona prawna przed molestowaniem okazuje się w praktyce za słaba – do „bastionów pychy” należą praktyki studenckie u sędziów federalnych, sztuki performatywne i sport akademicki.
W propozycji Nussbaum inspiruje mnie poszukiwanie naprawczego rozwiązania na poziomie konkretu, analiza mechanizmu uprzedmiotowienia, próba wpisania walki z dyskryminacją w język troski o dobro wspólne, odwrócenie oświeceniowego patriarchalnego argumentu przez pokazanie, że to nie uprzedmiotowiane kobiety, ale uprzedmiotowiający mężczyźni nie dorastają do ideału liberalnej podmiotowości. A jednocześnie książka ta wywołuje we mnie silną irytację: z ustawieniem perspektywy w Citadels of Pride jest coś fundamentalnie nie tak.
Skalpel i siekiera
W ramach ruchu #MeToo kobiety zaczęły mówić o uczuciach i doświadczeniach wcześniej spychanych w sferę milczenia, tym samym przeciwstawiając się kulturowo podtrzymywanemu mechanizmowi automatycznego utożsamienia się z mężczyznami („dlaczego jeden błąd młodości ma mu zniszczyć życie”, „zrobiła karierę przez łóżko, a teraz go szantażuje”). Nussbaum, jak wielu innych, boi się odchylenia wahadła: że teraz będziemy automatycznie wierzyć ofiarom, nie słuchając oskarżonych. Wydaje się, że rozwiązaniem byłoby etycznie zaangażowane prezentowanie głosów kobiet i mężczyzn, krytyczne zderzanie perspektyw, dekonstruowanie zastanych dyskursów – tak, by żadna strona sporu nie została zinstrumentalizowana. Nie jest to jednak podejście stosowane przez autorkę Citadels of Pride.
Filozofka rekonstruuje kariery konkretnych mężczyzn, rozpracowuje procedury zatrudnienia i drabinę zarobków, rozwodzi się nad „zwinnością i ekspresywnością” kontratenorów czy pięknem sportu – tymczasem tezę o resentymencie #MeToo stawia bez jednego konkretnego przykładu, opierając się na etycznej refleksji o moralności ofiar… i analizie Hekabe Eurypidesa. Pokazując, jak mężczyźni dokonujący seksualnej przemocy sami są instrumentalizowani w ramach struktury organizacyjno-biznesowej, otwiera pole dla empatii wobec nich – np. tych młodych czarnych chłopców, którym przyznaje się stypendia studenckie i których przestępstwa się kryje, by reprezentowali uczelnię w futbolu amerykańskim, a potem zostawia się ich bez wykształcenia i perspektyw na przyszłość. Jeśli jednak autorka „ze swojej strony życzy dobrze” Jameisowi Winstonowi, któremu udało się zostać rezerwowym rozgrywającym w New Orleans Saints, to dlaczego nigdzie nie zdobywa się na wyrażenie emocjonalnego stosunku do Eriki Kinsman, która wskazała go jako jednego ze swoich gwałcicieli, była zastraszana i musiała zmienić uczelnię, a policja zrobiła wszystko, żeby chronić podejrzanego (łącznie z ostrzeżeniem prawników zajmujących się przykrywaniem skandali drużyny uniwersyteckiej)? Ma się zatem wrażenie, że w zależności od płci zmienia się precyzja narzędzi Nussbaum: mężczyzn operuje skalpelem, kobiety – siekierą.
Ale ta nierówność dyskursu – przeskakiwanie między empirycznym konkretem, grubo ciosaną metaforą, językową kliszą, filozoficznym konceptem – ma również konsekwencje merytoryczne. W XXI w. media społecznościowe da się analizować subtelniej niż na podstawie średniowiecznych kategorii („dyby”, „pręgierz”, „tłuszcza”). Wobec rozwoju antropologii i socjologii emocji traktowanie pychy jako ahistorycznej i uniwersalnej, działającej w późnym feudalizmie tak samo jak w późnym kapitalizmie, jest po prostu anachroniczne. Jeśli sama Nussbaum pisze, że to, co późnośredniowieczny poeta nazywa pychą, dziś nazwalibyśmy „narcyzmem”… to dlaczego przy tym terminie nie zostać?
Wszak #MeToo wpisuje się w mechanizm narcyzmu kulturowego opisanego przez Richarda Sennetta, czyli traktowania świata społecznego nie jako sfery działania, ale projekcji własnego życia wewnętrznego. Należąca do pokolenia millenialsów Jia Tolentino w Trick Mirror: Reflections on Self-Delusion (Zwodnicze lustro. Refleksje o samooszukiwaniu się) zauważa, że w mediach społecznościowych łatwo o utożsamienie autoekspresji z emancypacją, wyrażania oburzenia – z aktywizmem. „Ludzie piszą o kobietach »zabierających głos« z modlitewną czcią, jak gdyby sama mowa mogła im przynieść wolność – jak gdyby lepsza polityka, ekonomiczna redystrybucja i prawdziwe zaangażowanie ze strony mężczyzn nie były również konieczne” – zauważa Tolentino. Z większym wyczuleniem na medium wskazuje zatem na tę samą, co Nussbaum, słabość #MeToo: traktowanie go jako ersatzu działania politycznego.
W tym kontekście można czytać Citadels of Pride jako brutalne skonfrontowanie nas z realnością. #MeToo dało złudzenie, że ujawnienie przemocy będzie działaniem naprawczym i uwalniającym, podczas gdy w rzeczywistości – wobec niemożliwości dowiedzenia większości krzywd przed sądem – pozostawia tak oskarżające, jak i oskarżonych w zawieszeniu. Kobiety powinny więc pogodzić się z tym, że nie dojdą sprawiedliwości za czyny z przeszłości, i skupić się na tym, by prawo zabezpieczało je na przyszłość.
Czy znaczy to jednak, że świadectwa przemocy, które nie są zeznaniem sądowym, nie powinny ujrzeć światła dziennego?
Zapomnij o prawie
Rok 1968, czas erotycznego wyzwolenia. On był czterdziestoletnim sławnym aktorem, ona dwudziestoletnią studentką. „Miała jakieś seksualne doświadczenie, ale nie za dużo”, pragnęła „stać się częścią tej kultury”, więc po paru randkach zaprosiła go do domu. „Z pewnością chciałam się zgodzić na stosunek seksualny – po wielu latach pisze ona. – Nie zgodziłam się jednak na makabryczną, przemocową i bolesną napaść, w którą on zamienił ten stosunek”.
Dalej następuje opowieść, którą tak dobrze znamy: kobieta nie zgłosiła gwałtu – wstydziła się, nikt by jej nie potraktował poważnie, przecież zgodziła się na seks. Nawet dziś prawo nie radzi sobie z takimi sytuacjami: „Zgoda jest zwykle rozumiana w kategoriach »wszystko albo nic«”, choć przecież istnieje „olbrzymia różnica między tym, na co zamierzałam się zgodzić, i tym, co mi się przydarzyło”. Ale i zmiana prawa nie byłaby wystarczająca: on był sławny, oskarżenie go zrujnowałoby jej życie.
Co zatem zrobiła? Zamiast zgłaszać akces do kontrkultury, wybrała monogamię, urodziła dziecko, wiodła szczęśliwe życie. Publiczny entuzjazm dla swojego prześladowcy obserwowała z „ironicznym dystansem”. Gdy po 30 latach on kandydował na urząd publiczny, rozważała nagłośnienie sprawy. Przyjaciele odwiedli ją od tego – przecież zostałaby oskarżona o oszczerstwo lub uznana za szantażystkę. „Pocieszyłam się faktem, że mimo wszystko był demokratą startującym przeciw mocno zwietrzałemu republikaninowi. Nawet dziś, kiedy nie żyje, nie ujawniam jego imienia, ponieważ (…) ochrona prywatności może przetrwać śmierć i kto wie, co jakiś sąd mógłby orzec o ochronie reputacji”.
Pisząca sama ocenia tę postawę jako „samolubną i nakierowaną na ochronę siebie”. Zastanawia się, czy nagłośnienie napaści nie zapobiegłoby innym potencjalnym atakom. Jednak przeciągające się postępowanie sądowe zorganizowałoby jej życie wyłącznie wokół doznanej krzywdy, a to wydaje się „poświęceniem, którego moralność nie wymaga”. Ważne zatem, by kobiety nie stawały się zakładniczkami daremnego dążenia do sprawiedliwości. „Skup się na swoim własnym dobrostanie, co w tej sytuacji znaczy: zapomnij o prawie”.
Paradoks polega na tym, że autorką cytowanego wyżej artykułu Why Some Men Are Above the Law (Dlaczego niektórzy mężczyźni są ponad prawem), opublikowanego w 2016 r. na fali oskarżeń Billa Cosby’ego, jest… Martha Nussbaum.
Uwikłania
Autorka Citadels of Pride odsyła do tego artykułu w przypisie (podając przy tym imię i nazwisko napastnika – Ralph Waite) i zaznacza, „że nie widzi potrzeby opowiadania tych doświadczeń znowu”. Problem w tym, że jej własne świadectwo i przedstawiona przez nią filozoficzna propozycja pozostają w niepokojącym napięciu .
Dlaczego Nussbaum tak usilnie zaleca działania prawne, skoro sama wie, jak radykalnie teoria może się rozmijać z praktyką policyjną i sądową i jak trudno stworzyć prawo chroniące ofiary gwałtów randkowych?
Czy łatwość, z jaką przypisuje #MeToo rys resentymentalny, nie wynika z tego, że osobiście wybrała inną strategię – strategię, która w niej samej wzbudza etyczne wątpliwości? Jeśli uznaje, że publiczne oskarżanie mężczyzn poza procedurą sądową pozbawia ich prawa do uczciwego procesu i obrony, to dlaczego sama opublikowała swoje świadectwo po śmierci napastnika (w oryginalnym tekście argumentując niepodanie personaliów lękiem przed…