Subskrybuj
Doktorant w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UJ, współpracuje z miesięcznikiem "Znak".

Jakim filozofem byłby kot?

Cała zabawa polegała na tym, że zastanawiałem się, co by powiedział kot, gdyby został filozofem. Oczywiście domyśliłby się, że ludzie nie są zbyt inteligentni i nie posłuchają jego rad. Kot mógłby filozofować dla rozrywki, a nie po to, by zmieniać świat.

Marek Maraszek: Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Pana książce Feline Philosophy (Kocia filozofia), pomyślałem o sporej odwadze, której wymaga ten temat. Od dwóch lat mieszkam z kotką i odnoszę wrażenie, że wtajemniczenie mnie w jej świat jest absolutnie ostatnią rzeczą, na której jej zależy.

John Gray: Z całą pewnością jest to wyzwanie. Koty nie wykazują bowiem żadnego zainteresowania w komunikowaniu ludziom swoich poglądów, o czym przekonałem się, mieszkając z nimi przez ponad 30 lat. Ostatni z nich, kot rasy birmańskiej imieniem Julian, zmarł przed rokiem w wieku 23 lat, a zatem w dość sędziwym. Przez ten czas miałem okazję poznać i  uszanować głęboką różnicę między nami w sposobie, w jaki odnosimy się do świata. Zaakceptowałem więc fakt, że jakakolwiek rekonstrukcja kociego zachowania to coś z gruntu spekulatywnego, opartego na domniemaniach.

Niełatwo znaleźć drogę do umysłu kota.

Tak, choć patrząc na zagadnienie z innej perspektywy, koty to nie tylko bardzo różniące się od nas stworzenia, ale też takie, z którymi – obok psów – posiadamy najbliższą i najgłębszą więź. Tych 10–12 tys. lat temu nauczyły ludzi, by je kochać. Można więc zaryzykować tezę, że rozumieją nas lepiej niż my samych siebie.

Niewątpliwie koty są zwierzętami, które są autonomiczne. Niemniej zawsze uważałem, że możemy się czegoś nauczyć od tych stworzeń, nawet jeśli one nie wykazują entuzjazmu, by tę wiedzę nam przekazywać. Odwagi dodawał mi fakt, że choć filozofowie poświęcili niewielkie ustępy swoich prac kotom, to jednak byli w dziejach myśliciele, którzy kochali te zwierzęta i zdecydowali się, by coś o nich napisać tu i ówdzie. I  w  przeszłości, i  obecnie znajdziemy autorów odwołujących się do kotów jako przykładu pewnych cnót czy zachowań, które ludziom ciężko przyswoić.

W jaki sposób realizował Pan wyzwania, którym było opisanie kociej filozofii?

Jednym z eksperymentów myślowych, o których piszę w książce, jest postawienie pytania, kim byłby kot, gdyby posiadał ludzką zdolność do abstrakcyjnego myślenia. Gdyby mógł filozofować, jaka by to była filozofia? Próbowałem wyobrazić sobie koty tak, jak funkcjonują obecnie w naszym doświadczeniu, ale z intelektualnymi zdolnościami do pełnego komunikowania się z ludźmi.

Pomyślałem, że nawet wtedy mogłyby nie chcieć dzielić się własnymi poglądami ze światem, ponieważ nie są skłonne do przekonywania kogokolwiek do czegokolwiek. Myślę, że ten „koci styl” towarzyszył mi już wcześniej w mojej twórczości filozoficznej – nie chciałem skłaniać czytelników do przyjęcia danego poglądu, ale zachęcać raczej do samodzielnego myślenia. Zauważam zresztą, że gdy ludzie wnikliwie zapoznają się z moimi książkami, wyciągają z nich coś dla siebie, nie rezygnując z własnej tożsamości. Wśród czytelników moich prac o ateizmie i religii są m.in. chrześcijanie, którzy mówili mi, że lektura ich czegoś nauczyła, ale pozostali mimo wszystko sobą, dalej wyznawali chrześcijaństwo.

A więc owa niechęć do narzucania swoich przekonań stanowi zalążek tego, jak koty by pisały, gdyby tylko mogły. Jak sądzę, przekazywałyby idee w zabawny i intrygujący sposób, bez skłonności do prozelityzmu.

Pańska książka o zwierzętach też może wzbudzić jakiś religijny niepokój. Hierarchowie Kościoła, których głos jest ważny w polskiej debacie publicznej, surowo oceniają traktowanie człowieka jako po prostu jednego ze zwierząt. Arcybiskup krakowski Marek Jędraszewski mówi wręcz o tym, że nie mamy już do czynienia z ekologią, ale „ideologią ekologizmu”, która ignoruje prawdę o królowaniu człowieka nad światem przyrody. Podziela Pan te obawy?

Nie, chociaż sam wyrażam krytycyzm względem współczesnego ruchu ekologicznego z tego powodu, że pełni obecnie funkcje humanistycznej religii, w której człowiek nadal wierzy, że sprawuje kontrolę nad planetą. Myślę, że to niefortunne, ponieważ kryzys ekologiczny wymaga od nas przyjęcia rygorystycznej racjonalności. Jedną z głównych konkluzji nauki jest to, że proces zmiany klimatu został wprowadzony w ruch i nie zostanie całkowicie zatrzymany. Taki wniosek trudno przełknąć aktywistom, którzy chcieliby dalej wierzyć, że potrafimy pokierować zmianami. Chociaż to niepopularny pogląd, sądzę, że musimy pogodzić się z faktem, iż pozostaje nam przede wszystkim adaptacja do nowych warunków.

Pomimo mojego sceptycyzmu, nie mogę się zgodzić z arcybiskupem pod żadnym innym względem. Nie podzielam antropocentryzmu chrześcijaństwa i innych monoteistycznych systemów. Nie uznaję istnienia Boga skrojonego na miarę ludzkich oczekiwań, pojmowania Go jako idealnego człowieka. Religie, które bardziej mnie interesują – chociaż nie jestem wyznawcą żadnej z nich – to te, które mówią o mistycznej rzeczywistości, dalekiej od ludzkich wyobrażeń.

Co możemy zatem powiedzieć o różnicy między człowiekiem a innymi zwierzętami?

Ludzie są zwierzętami, ale posiadającymi paradoksalną cechę, o której piszę w książce w kontekście filozofii Montaigne’a i Pascala – nie są zadowoleni z bycia zwierzętami. Buntują się przeciwko własnej naturze, i to ich wyróżnia. Przyczyną niezgody jest świadomość nie tyle samej śmierci, bo posiadają ją też inne zwierzęta, ile typowa dla ludzi, towarzysząca im przez niemal całe życie, świadomość śmiertelności.

Sam doświadczyłem na własne oczy, że gdy koty zbliżają się do momentu końca, przeczuwają i  akceptują ten fakt. Oczywiście pozostają przywiązane do życia, potrafią się nim cieszyć i o nie dbać, jednak nie trzymają się go kurczowo. Gdy zbliża się śmierć, przyjmują to w pełni, lecz zanim dojdzie do ostatnich chwil, w ogóle o tym nie myślą. Słonie z  kolei w  sytuacji śmierci innego osobnika zdają się rozumieć, że wydarzyło się właśnie coś bardzo ważnego. Nie powoduje to jednak, że spędzają życie na konstruowaniu historii, by poradzić sobie z własną śmiertelnością. Tymczasem ludzie myślą o  tym nieustannie od momentu, gdy tylko przestaną być bardzo młodzi. Fakt przemijania staje się nieusuwalną częścią ich świadomości.

Czym to skutkuje?

Ludzie rozumieją życie jako opowieść, historię, która ma nadawać mu sens. Problem w tym, że opowieść może skończyć się w każdej chwili. Możemy zachorować, umrzeć. Chociaż na drodze czekają nas również pozytywne niespodzianki – np. przydarzy się nam zakochanie – to jednak przede wszystkim boimy się nagłego końca. Stąd rodzi się w nas pragnienie kontynuowania naszej historii po śmierci. Na tę potrzebę odpowiadają religie, zawierające obietnicę zaświatów. Ale także systemy polityczne, takie jak komunizm czy liberalizm, realizujące potrzebę spełnienia własnej historii. Opowieść, którą nam serwują, głosi, że nawet jeśli umrzemy jako jednostka, to ludzkość dalej dąży ku jakiemuś celowi; zatem poprzez swój wkład mogę dołożyć cegiełkę do czegoś większego.

Gdy zaczynałem studia, już na pierwszych zajęciach usłyszałem myśl, która powracała potem przy każdej dyskusji o tym, czy warto filozofować. Przytoczone słowa należały do Johna Stuarta Milla: Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią; lepiej jest być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem”. Czy mamy do czynienia tutaj tylko z fałszywym pocieszeniem dla antropocentrycznych myślicieli?

To interesujące zagadnienie, ponieważ zanim w 2007 r. dobrowolnie zakończyłem karierę akademicką, spędziłem 20  lat życia na studiowaniu Milla. Zawsze się zastanawiałem, skąd mógł wiedzieć, że nie jest lepiej być świnią niż człowiekiem. Byłem ciekaw, dlaczego uznał, że prawdziwe przyjemności w życiu mają charakter intelektualny, moralny. W końcu twierdził, że jest empirystą, nieprawdaż? Każde twierdzenie powinno być więc oparte na doświadczeniu. Czy spacerował i zadawał ludziom to pytanie? Pewien filozof z Cambridge, Henry Sidgwick, powiedział pod koniec życia: „Spoglądam wstecz i nie widzę nic, prócz zmarnowanych godzin”. Sądził, że powinien był robić w życiu coś innego. Wydaje się zatem, że doświadczenie ludzi praktykujących filozofię nie dowodzi, iż zyskali tym sposobem więcej od innych. Nazwijmy „sokratejskim przesądem” to, że filozoficzne badanie wzbogaca ludzi. Czy w istocie jest tak zawsze?

Niektórzy z pewnością by odpowiedzieli, że tak.

Podam przykład osoby, która podawała to w wątpliwość. Joseph Conrad na podstawie swoich doświadczeń jako marynarza twierdził, że wspaniałe życie prowadzili często ludzie niekwestionujący swoich przekonań, nieznający filozofii. Naigrywał się z pomysłu niektórych przyjaciół, że posiadaliby oni jeszcze lepsze życie dzięki refleksyjnemu badaniu samych siebie. Pytał wtedy: a po co mieliby to robić? Jaką filozofię mieliby przyjąć, jeśli są już odważni na tyle, by dobrze wykonywać swoją pracę i radzić sobie z trudnymi okolicznościami? Skoro potrafią śmiało przechodzić przez katastrofy, jakie zastosowanie miałaby mieć dla nich filozofia? Conrad uznał, że mogłaby im jedynie zaszkodzić. Podzielam to przekonanie. Większość ludzi nie praktykuje filozofii, ale czy to oznacza, że ich życie jest nic niewarte? Odpowiedź nasuwa się sama. Wielu ludzi nie prowadzi refleksyjnych badań nad sobą, nie kwestionuje systematycznie swoich wartości, ale raczej improwizuje i adaptuje się do okoliczności, posiadając dzięki temu dobre, a nawet godne pozazdroszczenia życie.

Platon i Arystoteles uważali zdumienie za źródło filozofowania. Człowiek najpierw dziwi się światu, który obserwuje w życiu codziennym, a to rozbudza w nim pragnienie zbadania tego, co go otacza. Może filozofia rozumiana nie jako lekarstwo na lęk, ale zaciekawienie światem, byłaby bliższa kociej perspektywie?

W  rzeczy samej, koty są bardzo ciekawskimi stworzeniami… Filozofia, oczywiście, posiada różne motywacje, niemniej trzy główne szkoły antyczne – epikureizm, stoicyzm i  sceptycyzm  – wyraźnie wskazywały jako cel ataraksję, czyli wolność od lęku. Jak sądzę, większość myślicieli wierzyła, że praktykowanie filozofii uwalnia od niepokoju, nawet jeśli konkretne systemy rodziły się z  różnych źródeł. Spinoza, którego podziwiam, uważał, że można prowadzić spokojne, niezmącone niczym życie, jeśli tylko ujrzy się wszystko w świecie jako konieczne. Idea filozofii przynoszącej spokój duszy jest więc głęboko zakorzenionym przekonaniem. Koty nie podzielają naszego lęku przed śmiertelnością, nie poszukują więc podobnego remedium.

Prawdę mówiąc, nie jestem nawet pewien, jak zaciekawieni światem są filozofowie. Zazwyczaj wydają się skupiać na aspektach, najczęściej mogą potwierdzać ich poglądy, zwykle popierają też wartości typowe dla ich kręgu. Na przykład obecnie większość filozofów to akademicy wywodzący się z klasy średniej, więc wyrażają poparcie dla poglądów charakterystycznych dla tej warstwy społecznej.

Nawet jeśli spojrzymy na wielkich myślicieli z przeszłości, to znajdziemy u  nich konwencjonalne dla ich czasów poglądy, jak np. pozytywne uwagi Arystotelesa o niewolnictwie. Obawiam się więc, że filozofia może być znacznie rzadziej poszukiwaniem prawdy, niż sami filozofowie zwykli sądzić. Rzadko się zdarza, by ktoś potrafił radykalnie odmienić swoje przekonania.

Wśród postaci, które przywołuje Pan w swojej książce, znajduje się Montaigne, którego charakteryzuje Pan jako „kochającego koty antyfilozofa”. Czy to określenie pasuje również do Pana?

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Oswajanie samotności